sobota, 10 listopada 2012

35. Everything will be alright !

 Odcinek dzisiaj troszkę dłuższy , bo miałam syndrom "dnia samotnego", czyli niekończącą się wenę. Dodawajcie dzisiaj odcinki, bo możecie się spodziewać ciekawych komciów. Aaaa i odcinek dla mojej Joanny, pośpieszam cię tym samym, chcę już przeczytać !  ;*

  Wieczorem w domu Briana panowała ogromna wrzawa. Emily razem z nim i z Maksem krzątali się po kuchni, przygotowując kolację. Brian gorączkował się najbardziej. Biegał od piekarnika do stołu w jadalni, gdzie gotowi już rodzice przyglądali mu się z ciekawością i zdziwieniem.
-Brianku, czemu nie dasz sobie pomóc? Na pewno przydałabym się wam w kuchni. – Megan milczała chwilę, po czym poderwała się z miejsca.
-Mamo siedź jak siedzisz. Wystarczy mi pomoc Emi i Maksa. To ma być wyjątkowa kolacja, którą chcę przygotować jak najlepiej  - powiedział, rozkładając sztućce na stole.
-Sugerujesz, że moja pomoc mogłaby coś popsuć?
-Nie mamo, mówiąc „ jak najlepiej” miałam na myśli „ z moim największym udziałem”.
-Dobrze, ale wiedz, że jesteś uparty jak osioł. Masz to po ojcu – dodała obrażonym tonem,
-Ej! – Steave podniósł  się z krzesła – Wyobraź sobie kochanie, że dziedziczenie cech odbywa się przy udziale obojga rodziców, więc to właśnie po tobie ma tą swoją urażoną dumę!
-Możecie się nie licytować, wyliczając moje wady? – Zmierzył ich piorunującym spojrzeniem – Do ogrodu, już, bo tylko tu przeszkadzacie! A wy z czego się śmiejecie ? – zwrócił się do chichoczących za blatem Em i Maksa – Do roboty lenie! – Przyprowadził siostrę do zlewu z naczyniami, a Maksowi oberwało się ścierą przez plecy.

     Ledwo zdążył wskoczyć w ciemne, wąskie spodnie i błękitną koszulę, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Najpierw ujrzał za nimi Sare, potem swojego przyszłego mordercę – Johna. A potem doznał olśnienia. W jego ramionach znalazła się Jenny, jeszcze piękniejsza niż zazwyczaj . Miała na sobie długą, czarną spódnicę w kolorowe wzory, do tego delikatną koszulę, w żółtym odcieniu. Jej materiał był tak miękki, lekki, prześwitujący, więc widać było pod nią zaokrąglony brzuszek Jenn. Jej czarne oczy błyszczały i iskrzyły mocno, a włosy lśniły aż do samych końców. Zauważył, że jej buzia trochę się zaokrągliła, przez co była jeszcze słodsza. Policzki wyraźnie się zarumieniły, a skóra wydelikatniała. Z dziewczynki zmieniła się w kobietę, która niedługo zostanie matką. Dopiero teraz ta rola zaczęła jej pasować. Kiedy wszyscy zniknęli w głębi domu, a oni zostali na progu, zapytała:
-Stresujesz się? – Poprawiła kołnierzyk jego koszuli.
-Tak samo jak wtedy, kiedy miałem pocałować cię po raz pierwszy – westchnął.
-Oj kochanie, zobaczysz, że ta nerwówka jest zupełnie niepotrzebna. John nigdy nie był odpowiedzialnym i surowym rodzicem. – Zaśmiała się, wskazując na swoje tatuaże.
-Ale ty od zawsze byłaś córeczką tatusia. Dziecko to poważna sprawa i ... – Zamknęła mu usta pocałunkiem i chwyciła za rękę.
-Chodźmy już.
W salonie rozbrzmiewały głośne rozmowy. Zajęli miejsce tuż obok Megan, która pogłaskała Briana po głowie.
-Muszę wam powiedzieć, że mój syn przygotował tą kolację sam. No może przy bardzo niewielkiej pomocy Emi i Maksa, bo oni głównie się obijali – zaczęła Megan – Nie wiem czy spowodowana była ta inicjatywa? Równie dobrze mogłam upiec kurczaka i wcisnąć się w jeansy, ale nie, ty kazałeś ubrać się elegancko.
-Bo to wyjątkowa chwila mamo – powiedział. Głośno przełknął ślinę i złapał Jenny za rękę. Ta ścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się motywująco – Ten dzień jest wyjątkowy, bo wiadomość, którą razem z Jenn mamy wam do przekazania jest szczególna. Jenny jest w ciąży. Nosi pod sercem moje dziecko, które już niedługo przyjdzie na świat.
Zapadła grobowa cisza. Po skroni Briana spłynęła wielka kropla potu. Przeszły go dreszcze pod ciężarem spojrzenia Johna. Matki były zdziwione, ale w ich oczach malował się uśmiech. John wstał od stołu i z hukiem przesunął krzesełko, na którym siedział. Powolnym krokiem zbliżył się do Briana, nawet na chwilę nie spuszczając go z oka. Chłopakowi zaczęły trząść się ręce, wiedział, co za chwilę go czeka.
-Tato...- Jenny obdarzyła go łagodnym spojrzeniem, lecz on nawet na chwilę nie zaniechał swojego piorunującego wzroku.
Kiedy stał już kilka centymetrów od Briana, wszyscy goście zamarli. Wyciągnął rękę, a Brian już skrzywił się na uczucie uderzenia, którego jednak nie poczuł. Wyczuł ciężkie ręce na swoich plecach, poklepujące go i zanim się zorientował, znalazł się w stalowym uścisku Johna.
-Synu – usłyszał i odetchnął z ulgą – nawet nie wiesz jak się cieszę.
Wszyscy wytchnęli głęboko, nawet Jenny, która wydawała się być spokojna. Wszystkie panie zaraz ją obskoczyły, przytulając, obsypując buziakami i dobrymi radami, głaszcząc jej brzuszek i... znów przytulając. Tymczasem John stał naprzeciw Briana i nie potrafił ukryć wzruszenia.
-Wiesz chłopie, cieszę się nie tyle z tego, że zmajstrowałeś dziecko, ale z tego, że okazałeś się taki odpowiedzialny. Jenny na pewno będzie z tobą bezpieczna.
-Cieszę się, że mi pan ufa.
-Nie wygłupiaj się, mów mi John, a mam nadzieję, że niedługo „tato” –Puścił mu oczko.
-Też mam taką nadzieję. Prawdę mówiąc, mam pewien pomysł, ale to niespodzianka.
-Moje biedne serce nie wytrzyma więcej niespodzianek!
-Kiedy przyjdzie czas, to pana... to znaczy, wtajemniczę cię... prawie tato. – Poklepał go po plecach.
-Liczę na to. Na ile zostajecie?
-Mamy dwa koncerty w stanach, a potem wyjeżdżamy na jakiś miesiąc. Potem przyjeżdżamy nagrywać płytę tutaj, do Huntington. A Jenn – spojrzał na nią czule – mam nadzieję, że uda mi się ją namówić, żeby została w domu. Prawdę mówiąc w trasie nam się już nie przyda, a tutaj przynajmniej odpocznie.
-Myślę, że to wcale nie pójdzie ci tak łatwo. Wiesz przecież, że Jenn nie umie usiedzieć na miejscu – zaśmiał się John.
-Wiem,  ale będzie musiała. Najważniejsze jest zdrowie jej i maleństwa.
-Znacie już płeć? – zwróciła się do nich Megan.
-Jeszcze nie byliśmy u lekarza – wybąknęła Jenny.
-Taa... nie mieliśmy czasu – odparł zawstydzony Brian, a Steave skarcił go spojrzeniem.
-Jutro z samego rana macie jechać do lekarza. Ciąża musi być prowadzona od początku do końca! – Sarah postawiła jasne warunki.
-Mamo, przecież dobrze się czuję, nie ma powodów do obaw.
-Ale kontrola też nie zaszkodzi – dodała Megan.
-Jutro pojedziemy do lekarza – powiedział Brian i objął Jenny ramieniem – a tymczasem nie pozostaje nam nic innego, niż uczcić nasze szczęście. – Uniósł kieliszek z winem – Za nasze maleństwo i jego piękną mamę!
     Atmosfera była radosna, wszyscy rozmawiali tylko o nowym członku rodziny, o tym, jak Jenny wypiękniała i jak służy jej ciąża, o przyszłości Briana, o ślubie. Nikt nie zauważył nawet jak tuż po jedenastej Emily zniknęła. Maks rozbawiony anegdotą z trasy opowiadaną przez Briana, sięgnął, aby objąć Em. Niestety, zamiast jej aksamitnej skóry poczuł obok siebie tylko powietrze. Zdezorientowany nachylił się do Jenny i spytał:
-Gdzie jest Emi?
-Nie mam pojęcia, może wyszła do łazienki – odpowiedziała i znów zajęła się rozmową.
Kiedy jednak przez dobre dziesięć minut Emily się nie pojawiła, Maks wstał od stołu i ruszył na piętro. Delikatnie uchylił drzwi łazienki, lecz nie było jej tam. Zajrzał do jej pokoju, ale niestety, łóżko idealnie pościelone, fotel pusty, miejsce za perkusją również. Nie było jej tutaj.
-Emily?! – zawołał, nie chcąc bez pytania wchodzić do sypialni Briana ani rodziców. Usłyszał jedynie ciszę.
Wymknął się wyjściem ze strony kuchni. Spenetrował taras i ogród. Swoją dziewczynę odnalazł dopiero na drewnianej huśtawce, w zakamarkach malowniczego ogrodu Megan.
-Co tu robisz skarbie? – Przysiadł obok niej i z miejsca zauważył coś dziwnego w jej oczach – Płakałaś?
-No coś ty głuptasie. – Uśmiechnęła się nieco sztucznie – To po prostu alergia.
-Alergia mówisz? – Objął ją ramieniem i przytulił do siebie – Przecież wiem, że nie masz żadnej alergii miś. Nie okłamuj mnie...- Zmusił ją, aby spojrzała mu w oczy, a ta wybuchneła płaczem.
Długo to trwało. Szlochała prosto w jego klatkę piersiową, ocierając co chwilę nos i wybuchając ponownie. On był jednak cierpliwy. Zatapiał dłonie w jej włosach bądź obejmował mocniej, głaszcząc delikatnie po łopatkach, ramionach. Tulił jej roztrzęsioną twarzyczkę, składał całusy na jej policzkach, czółku. W końcu płacz ucichł. Nie spytał ponownie, co było jego przyczyną.  Chwycił jej dłoń i przyłożył do swojego policzka. Poczuł ciepło bijące od Emily. Zajrzał głęboko w jej jeszcze zamglone oczy.
-Chciałabym inaczej Maks. Kocham cię. Kocham cię najbardziej na świecie. To uczucie nieporównywalne z żadnym innym. Jestem wpatrzona w ciebie od lat, podziwiam to, jakim cudownym i wrażliwym jesteś człowiekiem. Znamy się od dziecka, a ja wciąż zacinam się śmiesznie kiedy cię widzę, oddycham szybciej, kiedy słyszę jak grasz, a moje zmysły szaleją, kiedy mnie dotykasz. Tak bardzo jesteś dla mnie ważny...tak bardzo chcę mieć cię na zawsze...
-Emi skarbie, ja też bardzo cię kocha, zresztą, wiesz o tym. Tylko...dlaczego płaczesz?
-Bo nie mogę już słuchać jak Jenny i Brian są nieprzyzwoicie szczęśliwi!
-Przecież my też jesteśmy szczęśliwi! – przerwał jej stanowczo.
-Tak Maksiu, jesteśmy. Jednak Jenn jest z moim bratem tyle co my, są zaręczeni, planują ślub, a w drodze mają swoje maleństwo. Są w dojrzałym związku, wszystko jej między nimi jasne.
-A między nami nie? – Odsunął się od niej znacząco.
-A tak? Niby jesteśmy razem, ale cały czas żyjemy obok siebie. Sądzisz, że nie musisz tłumaczyć się ze swoich wyborów, ani planów na przyszłość, bo...no właśnie, dlaczego?
-Wiesz Emi, przecież zawsze możemy porozmawiać o wszystkim i... – przerwał jednak, kiedy wbiła w niego swoje smutne oczy. Zdał sobie sprawę, że brzmi śmiesznie, a Emily ma rację – Już wiem o co w tym wszystkim chodzi. Przepraszam Emi, przepraszam, że przeze mnie cierpisz – Objął ją ramieniem i wtulił się w jej włosy. Objął dłońmi jej twarz, które teraz znajdowała się centymetry od jego twarzy – Emi... mam tylko nadzieję, że ty wiesz, że traktuję cię poważnie i jesteś całym moim światem? – Znów w odpowiedzi usłyszał tylko ciszę – Emily...?
-Wiem, że nie jestem ci obojętna. – Słowa potwierdzenia nie przeszły jej przez gardło.
-Nie o to pytałem. – Miażdżąca go cisza – Czyli jednak. Przepraszam kochanie, że cię zawiodłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że nie jesteś pewna...przyszłości ze mną. Ja...
-Nic już nie mów Maksiu. – Zatkała mu usta palcem. Pocałował ją gorąco.
-Zrobię wszystko, żeby to naprawić.


     Jenny usiadła na brzegu kuchennego blatu, ostrożnie, zważając na każdy ruch. Brzuszek był coraz bardziej zaokrąglony. Odkąd Sarah dowiedziała się o ciąży, biega tylko wokół niej z propozycją zjedzenia czegoś zdrowego. Sama dobrze wiedziała, ze musi zmienić swoje nawyki żywieniowe. Zresztą, zaczęła dbać o siebie dużo bardziej. John za to wciąż upominał ją, że powinna uważać na każdy swój ruch, a więc wystrzegała się schylania, noszenia Jimmiego na rękach, dźwigania zakupów i sięgania na wysokie półki. Zaznaczała, że jest przecież w pełni sprawna, jednak argument: „dla dobra dziecka” zawsze kończył rozmowę. Brian wcale nie był lepszy. Wciąż upominał ją, że nie może się przemęczać i musi dużo odpoczywać, ale przede wszystkim nie może się denerwować. Prawda była taka, że dopiero po tych słowach ciśnienie podskakiwało jej gwałtownie.
Czekała na niego, przechadzając się po kuchni. Stanęła przed oknem i zapatrzyła się na rozpościerający się za nim widok. Fale uderzały spokojnie o brzeg, przypominając jej pierwsze miesiące w Huntington. Chciała, by te wszystkie chwile się nie zatarły. Jej pierwsi przyjaciele , mężczyzna, pocałunek, seks, elektryczna gitara, bal, występ przed publicznością, wyjazd do Paryża, ból fizyczny i fizyczny, cierpienie tnące jej serce na pół. Marzyła, aby czas się zatrzymał. Niewiadomo skąd Brian znalazł się w kuchni i zaszedł ją od tyłu. Pisnęła cicho, kiedy przyciągnął ją do siebie, jednak na widok barwnego tatuażu odetchnęła z ulgą. Czule przejechał wargami po jej szyi. Po chwili odwrócił ją energicznie, łapiąc za pośladki i przesuwając dłonią do jej Rumiach policzków. Wymruczał nad jej uchem:
-Nie powinienem cię straszyć, ale nie mogłem się powstrzymać. Cholernie seksownie wyglądasz w tych jeansach.
-Tylko jedno ci w głowie – westchnęła do jego ucha, zatrzymując dłonie na lśniących włosach.
-Zgadza się, ty – powiedział i delikatnie oblizał usta. Przygryzł jej wargę i wpił się w jej szyję, błądząc dłońmi po jej ciele.
-Wariat – mruknęła.
-Ale twój. Gdybyśmy nie musieli jechać do tego lekarza, wziąłbym cię tu i teraz kociaku. – Zsunął ramiączka jej bluzki, pieszcząc jej biodra.
-Ale do lekarza jedziemy – przygryzła jego wargę i odsunęła się od niego na długość ramion – Kocham cię Brian, jedźmy już – uśmiechnęła się uroczo.
Mruknął niezadowolony, robiąc minę zbitego psa. Zauważyła to i zaplątała ramiona wokół szyi.
-Dziś koncert, a potem mamy całą noc dla siebie. Może wynajmiemy jakiś pokój w hotelu, zupełnie jak w czasie trasy i zabawimy się Bri – wymruczała mu do ucha i ruszyła do samochodu, a on – w szoku i skowronkach – podążył za nią.


     Oślepiająca biel ścian przychodni niemiło raziła po oczach. Długi, wąski korytarz, którym szli trzymając się za ręce, zdawał się nie kończyć. Przy drzwiach gabinetu, gdzie wisiała złota tabliczka, Jenny zatrzymała Briana i przeczytała na głos:
-Doktor Larisa Fletcher. Jesteśmy na miejscu.
W środku słychać było rozmowy, a więc doktor przyjmowała pacjentkę. Dziewczyna usiadła na jednym z rzędu krzeseł przed gabinetem. Brian przechodził się nerwowo, nie spuszczając oczu z drzwi i oddychając głośno.
-Widzę, że ktoś tu się stresuje.- Posłała mu uśmiech, lecz nie usłyszała  odpowiedzi. Podniosła się ostrożnie i objęła go w pasie – To tylko rutynowa kontrola Brian, nie ma się czego bać. – Tym razem uśmiechnął się do niej pogodnie.
Chwilę tą przerwał ciepły głos pani w szpitalnym fartuszku.
-Zapraszam do środka. Usiądźcie. – Wskazała im miejsce – Mówcie mi  po prostu Lori. Przez czas trwania ciąży musimy się zaprzyjaźnić i ufać sobie bezgranicznie. Ty jesteś Jennifer, a ty? – spytała, lecz chłopak dłuższą chwilę nie odpowiadał.
-To mój narzeczony Brian – odezwała się za niego – Jest troszkę...zestresowany.
Oczy młodej pani doktor rozbłysły radośnie.
-Rozumiem, że jesteś ojcem dziecka?
-Tak – wybąknął szturchnięty przez Jenny.
-W takim razie gratuluję. No dobrze, zabieramy się do badania.
Po serii wszystkich zabiegów, na które Jenny reagowała z uśmiechem, a Brian robił zdziwione oczy, pani doktor uśmiechnęła się serdecznie.
-To już chyba wszystko – powiedziała.
-A USG? – podniósł głos Brian.
-Kochanie – upomniała go narzeczona – Lori wie co robić.
-Fakt, zupełnie bym zapomniała! To już w końcu trzeci miesiąc. Pewnie umieracie z ciekawości czy w waszym domu pojawi się chłopiec , czy dziewczynka. Jennifer, zapraszam cię na fotel. A ty podejdź tu bliżej, nie będziesz przecież siedział w tym koncie.
Stanął jednak w pewnej odległości od ekranu i miejsca, gdzie Jenny leżała z brzuchem na wierzchu. Pani doktor posmarowała go jej jakimś żelem i przesunęła głowicą we wszystkie strony. Wpatrywała się w ekran, aż napotkała życie. Uśmiechnęła się radośnie.
-Gratulację – zwróciła się do Briana – będziesz ojcem cudownego syna!
Jenny aż pisnęła z wrażenia. Jej narzeczony pierwszy raz od początku wizyty uśmiechnął się radośnie.
-Syna? Będę miał syna?! – Podszedł do Jenny i chwycił ją za rękę.
-To już wszystko z mojej strony. Bardzo dziękuję i jeżeli coś was zaniepokoi, dzwońcie nawet o północy. – Podała dłoń Brianowi – Jeżeli pozwolisz to chciałabym porozmawiać z Jennifer na osobności.
-Jasne, ale czy wszystko wporządku? – zaniepokoił się.
-Nie stresuj się tak, chciałabym z nią pogadać jak kobieta z kobietą.
-Poczekaj na zewnątrz kochanie – uspokoiła go słodkim pocałunkiem.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, Larisa odezwała się do niej zza dębowego biurka:
-Jennifer...
-Mów mi Jenn.
-Więc Jenn, pewnie wszyscy w domu bardzo o ciebie dbają. Widać, że twój narzeczony szczególnie się stresuje. Wiem, że to może irytować , ale nie denerwuj się na nich. Przede wszystkim – myśl o sobie. Ty i maleństwo jesteście najważniejsi. Musisz szczególnie o siebie dbać.
-Rozumiem. Lori, czy wszystko wporządku? Dziecko jest zdrowe? Nic nie powiedziałaś.
-Wszystko w swoim czasie. Następna wizyta za 2 tygodnie.
-Ale ja tu nie mieszkam...
-Będziesz musiała znaleźć czas. Do zobaczenia.
Uśmiechnęła się blado i wyszła z gabinetu na korytarz, gdzie siedział zniecierpliwiony Brian.
-Kochanie, wszystko wporządku? – spytał.
-Tak, czemu pytasz?
-Dlaczego nie mogło być mnie przy tej rozmowie?
-Bo nie musisz wiedzieć wszystkiego kotku. Wszystko ok., tylko wizytę mam za 2 tygodnie.
-W takim razie zostaniesz w domu. I tak razem z Johnem mieliśmy cię do tego namawiać.
-Nie ma mowy, jestem wam potrzebna! – zaprotestowała, jednak bunt został stłumiony dotykiem ciepłej dłoni.
-Jenn, wiesz, że to nieprawda. Tom nam pomoże, mamy jeszcze Emi. Ty siedziałabyś tylko, bo i tak nie wolno ci wykonywać ciężej pracy. W takim razie lepiej chyba odpocząć w domu i przyjść na wizytę?
-Ale gitary...
-Poradzimy sobie. To tylko miesiąc kotku, potem wracamy  do Huntington nagrywać. No już, bez dyskusji. Zostajesz z rodzicami i odpoczywasz!
-No dobrze. Wracamy do domu?
-Jenn z góry przepraszam za to co powiem. Dzwonił David i kazał mi przekazać od Garrego, że koniecznie mam przyjechać na próbę. Myślałem, że dadzą radę beze mnie, ale mają jakieś problemy. Wrócisz sama?
-Nie ma sprawy, pędź. – Ucałowała go w różane usta – Przejdę się, dobrze mi zrobi taki spacer.
-Widzimy się na koncercie – wyszeptał jej do ucha i zniknął za rogiem przychodni. 


     Pogoda była piękna, więc wybrała dłuższą drogę, przez centrum miasta. Myślała o swojej przyszłości, która powoli stawała się teraźniejszością. Urzeczywistniały się rzeczy, o których nigdy by nie pomyślała, że się jej przytrafią. Marzyła raczej o szalonej przyszłości w trasie i namiętnych nocach z Brianem, niż stabilnym życiu rodzinnym i przewijaniu pieluch o świcie. Nie była jednak zawiedziona i uśmiechała się do myśli o maleństwie i mężu. Mężu...Nie pozwoli mu zostawić zespołu i jeżeli będzie trzeba to sama zajmie się wychowaniem dziecka. „Jak ja się cholernie zmieniłam” – pomyślała, mijając szklaną wystawę sklepu z suknią ślubną. Bajeczne falbanki lśniły bielą, a za nią na różowym podłożu leżał długi, tak samo ozdobny tren. Gorset był delikatny, skromny, a na jego wykończeniu błyszczały srebrne diamenciki. Zamyśliła się chwilę, wyobrażając sobie siebie w tym cudzie,  a kątem oka zauważyła znajomą twarz, zbliżającą się do niej.
-Cholera! – zaklęła pod nosem i odwróciła głowę w drugą stronę. Spotkanie było jednak nieuniknione.
-Nie chowaj się piękna, poznałbym cię nawet z zamkniętymi oczami. W końcu tak dobrze znam każdy centymetr twojego ciała. – Uśmiechnął się cwaniacko.
-Nie bądź bezczelny Haner – warknęła – Żegnam!
-Nie tak szybko! – Przytrzymał ją przed sklepową wystawą – Piękna suknia. Będziesz w niej wyglądać obłędnie. Zresztą, bez niej też jest bosko. – Zbliżył dłoń do jej biodra, lecz strąciła ją natychmiast.
-Oszalałeś?! Czego ty chcesz?
-Nie gniewaj się, po prostu kiedy cię widzę czasami ciężko mi się powstrzymać. Czego chcę? Pogadać, dawno się nie widzieliśmy. Zgódź się na małą kawę i sernik. Wiem, że go uwielbiasz. – Wymownie wywrócił oczami.
-Chyba śnisz! Nie możemy się spotkać, Brian będzie wściekły.
-Ale Brian o niczym się nie dowie. Przynajmniej ja nie pisnę mu ani słówka.
-Nie ma mowy Syn.
-Przecież wiem, że chcesz. Jenn, ty nie potrafisz oszukiwać, nie mnie. Świecą ci się te małe węgielki i mówisz „Syn”. Kiedy chcesz żebym odszedł mówisz „Haner” lub „Brian”, ale kiedy mnie pragniesz, ściszasz głos i nazywasz mnie „Syn”.
Zamurowało ją. Krzyczała na siebie w myślach i zaprzeczała temu, co właśnie powiedział.
-Przestań. Ty naprawdę masz coś z głową...
-Ok., wiesz, że i tak ci nie odpuszczę. Zgódź się na tą kawę i dam ci spokój. – Spojrzał na nią wymownie. Nie potrafiła powiedzieć mu „nie”.
-Miejmy to z głowy. Chodźmy.
Restauracja roiła się od gości. Wszyscy pożerali wzrokiem Synystera Gatesa, co było krępujące, wiec poprowadził Jenny za rękę do stolika w samym kacie, za gigantycznym fikusem. Gdy kelner podszedł do stolika , bez wahania zamówił dwie kawy.
-Dla mnie czarną, a dla pani pół na pół z mlekiem. – Uśmiechnął się do niej obłędnie.
Dużo o niej wiedział. Zdecydowanie za dużo. Doskonale pamiętał co lubi, w jakich sytuacjach się zawstydza, kiedy kłamie oraz kiedy tak bardzo chce być blisko niego. Wtedy uśmiechał się w ten sposób.
Milczeli chwilę, a gdy zamówienie zaserwowano do ich stolika, zapytał:
-Co u ciebie Jenny? Tak długo się nie widzieliśmy. Wypiękniałaś, ale jakby przytyłaś? – Zaśmiał się charakterystycznie dla niego.
-W moim stanie to normalne.
-Masz depresję, bo nie rozumiem?
-Jestem w ciąży palancie.
Zakrztusił się kawą, wypluwając wszystko na ulubioną koszulę i spodnie. Ludzie patrzyli na niego dziwnie, więc poprawił się szybko i nerwowa zmierzwił idealną fryzurę.
-Kurwa, Jenny... – zaczął, lecz nie wiedział co właściwie chce jej powiedzieć.
-To miło, że się cieszysz. – Zgromiła go spojrzeniem.
-To nie tak Jenny, po prostu jestem w szoku. Wpadliście?
-To chyba nie jest twoja sprawa . – Wstała od stolika, lecz zatrzymał ją, chwytając za nadgarstek.
-Przepraszam, ja...
-Co cię tak dziwi do jasnej cholery? Jestem narzeczoną Briana, planujemy ślub i pragniemy dziecka, które się urodzi. W jakim ty świecie żyjesz? Dorośnij...
-Nie rozumiesz Jenny...- Zakrył twarz dłońmi.
-Więc mi wytłumacz.
-Odebrałaś mi jakąkolwiek nadzieję, że kiedyś...że moglibyśmy...że ja bym mógł..
-Syn, co się z tobą stało? Przecież byliśmy przyjaciółmi, miało tak zostać...
-Przyjaciółmi? Nie jesteśmy nimi od nocy w Paryżu, kiedy pozwoliłaś mi siebie posmakować.
-Do niczego wtedy nie doszło!
-Być może dla ciebie. Dla mnie to był jeden z najpiękniejszych wieczorów w życiu. Chłonąłem każdą chwilę, cieszyłem się tobą jak małe dziecko, wiedziałem, że kiedy ta noc się skończy nie będziesz już moja, będę musiał cię oddać. Wiesz jak cholernie się starałem? Żadnej kobiety nie dotykałem w ten sposób, mimo, że byłeś wtedy taka młoda. Nikogo nigdy tak nie pragnąłem, nikogo nigdy tak... – zawahał się, lecz to, co przyszło mu na myśl, nie przeszło mu przez gardło.
-Syn...cokolwiek teraz powiem, to nic nie zmieni.
-Ja również. Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi.
-Jesteśmy. – Uśmiechnęła się blado.
-Odwiozę cię, co?
-Poradzę sobie, wrócę taksówką.
-Chyba żartujesz! Ja zaparkowałem kilka metrów dalej, a ty będziesz jeździć taksówką? Nie ma mowy. Chodź kobieto w ciąży, wszyscy muszą o ciebie dbać.

3 komentarze:

  1. Ta panika Briana z początku odcinka jest genialna :) Jak powiedzieli już rodzicom o dziecku i John wstał tak bez słowa, już się bałam że obije Brianowi mordkę, a tu takie coś :D Fajnie, fajnie.. Zastanawiam się, o co może chodzić lekarce.. Oby nie działo się nic złego z dzieckiem. Kiedy Jenny spotkała się z Gatesem, nie wiedziałam co myśleć. Cholera, chyba dalej w głębi duszy trzymam za niego kciuki, chociaż Jenny jest z Brianem, dziecko itp :/ No i jest tak, jak myślałam - mimo że jest z Kate, nigdy chyba nie zapomni o Jenny. Szkoda Kate w tej sytuacji..
    Czekam na kolejny odcinek ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mhhhh Kochana moja :D Wena cię odwiedziła konkretna!! Cudowny jest ten odcinek. Dziękuję Ci za dedykację <3
    To zdenerwowanie Briana i przygotowania mnie rozczuliły. Jak on się biedny przejmuje i nie daje Megan niczego dotknąć. Ja mu się nie dziwię. Spotkanie oko w oko z przyszłym mordercą^^ Ta chwila napięcia i ja też myślałam, że Brianowi się oberwie. Ale nie, John to naprawdę spoko facet i ucieszył się. W końcu jego córka jest szczęśliwa u boku Briana. I ta troska mamusiek. No jasne one to przecież kopalnia dobrych rad. Szkoda mi tylko Emily, bo Maks jest ślepy i nie widzi co się dzieje. Jego ukochana cierpi żyjąc w zawieszeniu. Bo tak naprawdę nie wie co ją czeka. Maks chłopie ogarnij się wreszcie!!
    Mhhhh ta akcja w kuchni zaostrza apetyt na coś więcej. Z Jenny to się teraz robi taka sexy mamusia. I dobrze, a Brian niech się męczy! Już sobie wyobrażam zdenerwowanego Briana dreptającego tam i z powrotem po przychodni. I to jego nieogarnięcie gdy byli już w gabinecie. Wyluzuj chłopie!! Będą mieli synka!! Cudownie!
    Ludzie się zmieniają, dorośleją i nasza Jenny też. Będzie cudowną mamą, czuję to. No każda by się rozmarzyła widząc cudowną suknię ślubną. Ohooo Haner na horyzoncie. Coś go chyba ugryzło, bo nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Nie dziwię się Jenny, że nie chce się z nim spotykać. Brian na pewno by się wkurzył. I to jak on ją rozszyfrował ^^ Jego reakcja na ciążę Jenny po prostu bezcenna. Normalnie miałam to żywcem przed oczami. Tylko czemu on teraz wyskakuje jak Filip z konopi, skoro oboje ułożyli sobie życie. Cholera on ją dalej kocha. Szkoda mi go i szkoda mi Kate, bo ona dla niego zaryzykowała wszystko. A nie może liczyć na całe jego serce. Mam tylko nadzieje, że Brian ich razem nie zobaczy.
    Moja Kochana namieszałaś mi w uczuciach, namieszałaś. Ja w dalszym ciągu murem za Gatesem stoję, ale też za Jenny i Brianem. Były łzy wzruszenia, śmiech i wzdychanie do monitora. Dziękuję ci za to i za chwile z Twoim opowiadaniem, które mnie odrywa od samotności i szarej codziennej rzeczywistości. Naprawdę się dużo nauczyłam czytając Twoje opowiadanie. Kocham <3
    Always Your Sister Joan <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, tak Brian jakiś Ty dojrzały i tak dalej...Taki lekki sarkazm :) Od początku byłam i będę za Gatesem, skrycie wierze, że to może jego dziecko jest...

    OdpowiedzUsuń