Już w południe
rozłożono scenografię, a dziewczyny standardowo przed pracą wypijały cafe
latte.
-Przepraszam Emi, że cię tak zostawiliśmy w sobotę – powiedziała – Mam nadzieję, że nie czułaś się niekomfortowo?
-No coś ty. Zresztą, nie zostaliśmy długo. Wypiliśmy drinka, może dwa i wróciliśmy do domu. A wy? Czemu zwialiście?
-Brian wszedł do kuchni, kiedy Gates znajdował się kilka centymetrów od moich ust... – powiedziała zmieszana.
-Jenn, oszalałaś? – Emily odciągnęła ją na bok – Znowu ten Gates?
-Nie rozumiesz, przecież nic mnie z nim nie łączy. Pokłóciliśmy się. Nie powiedział Kate o tym, co było między nami. Potem trochę spięliśmy się z Brianem. Musiałam powiedzieć mu o weekendzie w Paryżu. Nie umiałam inaczej – powiedziała półgłosem.
-Dobrze, że jesteś z nim szczera. Chodź, wracamy do pracy, bo chłopaki znów będą mówić, że się obijamy. – Chwyciła ją pod rękę, lecz Jenn zachwiała się na nogach. Ruchem profilaktycznym zasłoniła usta, odwróciła się w kierunku przymierzalni i łazienek. Rzuciła się biegiem w tamtą stronę.
Zrezygnowana opadła obok umywalki, puszczając strumień zimnej wody.
-Co się dzieję Jenn? – Emily ogarnęła ją ramieniem – Hej, kocie, zatrułaś się? – Podała Jenn śnieżnobiały ręcznik.
-Boję się, że to coś innego...
Emily zamarła. „To niemożliwe, żeby Jenny była w ciąży” – pomyślała.
-Przecież nie byliście na tyle głupi, żeby się nie zabezpieczać? – Spojrzała na nią wymownie.
-Zawsze byliśmy ostrożni i odpowiedzialni...chociaż...
-Co?
-Był taki jeden wieczór. Poniosło nas wtedy, zapomnieliśmy się i oddaliśmy szaleństwu. To mogło stać się wtedy.
-I co teraz? – spytała Emily łamiącym głosem.
-Nic jeszcze niewiadomo. Być może czymś się zatrułam. Miejmy nadzieję, że tak jest – uśmiechnęła się blado – Wstawaj Emi, wracajmy na scenę.
-Przepraszam Emi, że cię tak zostawiliśmy w sobotę – powiedziała – Mam nadzieję, że nie czułaś się niekomfortowo?
-No coś ty. Zresztą, nie zostaliśmy długo. Wypiliśmy drinka, może dwa i wróciliśmy do domu. A wy? Czemu zwialiście?
-Brian wszedł do kuchni, kiedy Gates znajdował się kilka centymetrów od moich ust... – powiedziała zmieszana.
-Jenn, oszalałaś? – Emily odciągnęła ją na bok – Znowu ten Gates?
-Nie rozumiesz, przecież nic mnie z nim nie łączy. Pokłóciliśmy się. Nie powiedział Kate o tym, co było między nami. Potem trochę spięliśmy się z Brianem. Musiałam powiedzieć mu o weekendzie w Paryżu. Nie umiałam inaczej – powiedziała półgłosem.
-Dobrze, że jesteś z nim szczera. Chodź, wracamy do pracy, bo chłopaki znów będą mówić, że się obijamy. – Chwyciła ją pod rękę, lecz Jenn zachwiała się na nogach. Ruchem profilaktycznym zasłoniła usta, odwróciła się w kierunku przymierzalni i łazienek. Rzuciła się biegiem w tamtą stronę.
Zrezygnowana opadła obok umywalki, puszczając strumień zimnej wody.
-Co się dzieję Jenn? – Emily ogarnęła ją ramieniem – Hej, kocie, zatrułaś się? – Podała Jenn śnieżnobiały ręcznik.
-Boję się, że to coś innego...
Emily zamarła. „To niemożliwe, żeby Jenny była w ciąży” – pomyślała.
-Przecież nie byliście na tyle głupi, żeby się nie zabezpieczać? – Spojrzała na nią wymownie.
-Zawsze byliśmy ostrożni i odpowiedzialni...chociaż...
-Co?
-Był taki jeden wieczór. Poniosło nas wtedy, zapomnieliśmy się i oddaliśmy szaleństwu. To mogło stać się wtedy.
-I co teraz? – spytała Emily łamiącym głosem.
-Nic jeszcze niewiadomo. Być może czymś się zatrułam. Miejmy nadzieję, że tak jest – uśmiechnęła się blado – Wstawaj Emi, wracajmy na scenę.
Strugi deszczu
spływały po szybach wystaw sklepów, a aroganccy kierowcy pryskali wodą z
brudnych kół na prawo i lewo, ochlapując przechodniów z uśmiechem satysfakcji.
Jenny zaklęła pod nosem za jednym z nich, przechadzając się samotnie angielską
ulicą. Londyn wydawał się jej tak bliski, tak bardzo podobny do Phoenix. Mimo
wszystko czuła się tu dobrze. Mimo tej dręczącej ją myśli...Przyspieszyła
kroku, usilnie rozglądając się dookoła. In The Darkness byli w czasie próby, a
Emily zbyt zajęta, by zauważyć jej nieobecność. Po usilnych poszukiwaniach w
strugach deszczu, wreszcie znalazła aptekę.
-Poproszę test ciążowy – praktycznie szeptem zwróciła się do farmaceutki.
-Słucham? – lakonicznie, jak przystało na rasową Brytyjkę zadała jej pytanie.
Jenny nieco speszona podniosła wzrok.
-Test ciążowy...albo jednak dwa – Zajrzała do czerwonej portmonetki i wyjęła banknot dziesięciodolarowy – W takim razie poproszę trzy – powiedziała już bardziej zdecydowanie.
-Bardzo proszę. Życzę miłego dnia. Do widzenia – jakby od niechcenia wybąknęła farmaceutka.
Nie odpowiedziała jej nawet, bo stała już przy drzwiach.
„Miłego dnia”. Jaki wynik testu sprawiłby, że byłoby on miły? Taki był właśnie dylemat popołudniowego spaceru Jenny londyńską ulicą. Czego tak naprawdę chciała? Ewidentnie nie czuła instynktu macierzyńskiego i nie wyobrażała sobie typowego, rodzinnego życia : gotowania obiadów, prania pieluch, prasowania brianowych koszul i dbania o malutki ogródek przy białym domku z poddaszem. Do tej pory wszystko wyglądało inaczej. Życie jej i narzeczonego było szalone, niezobowiązujące. Może potrafiłaby się do tego przekonać, lecz był jeszcze jeden problem...jak zachowałby się Brian? Z pewnością nie rzuciłby zespołu i kariery, tym samym życia w trasie. W końcu to jedyne co miał. W takim razie zostałaby sama, z dzieckiem, w Huntington, u rodziców lub w małym, kupionym tanio domku. Briana widywałaby dwa lub trzy razy w roku. Być może kiedy dziecko będzie już starsze, Jenny znajdzie jakąś pracę, a wieczory będzie spędzać samotnie, tęskniąc za swoim – pewnie wtedy już – mężem. „Co to za życie?” – pomyślała w duchu. Kochała swoją codzienność, bardzo szybką, spontaniczną. Nic nie chciała zmieniać, a już na pewno nie teraz. Nie była na to gotowa. Teraz jednak nie miała na to wpływu. Testy schowała głęboko do torebki. Nie chciała znać odpowiedzi na pytanie, które ją dręczyło. Wiedziała, że nie było wyjścia z tej sytuacji. Nie wyobrażała sobie siebie jako metki. Była na to zbyt młoda, szalona. Prowadziła zbyt intensywne życie ze snu i nie chciała się z niego budzić. Z drugiej strony – jeżeli wynik okazałaby się pozytywny – chciałaby urodzić dziecko Briana. Zostawiłaby wszystko czym zajmowała się do tej pory, chociaż to jedyne co tak naprawdę potrafiła i kochała, i poświęciłaby się wychowaniu dziecka. „Niepotrzebnie się nakręcam” – pomyślała, odganiając od siebie wizję rodzicielskiej przyszłości. Zagapiła się i trąciła wysoką kobietę, prowadzącą dziecięcy wózek.
-Bardzo przepraszam – odwróciła się i mimowolnie spojrzała na błękitną spacerówkę. Była jednak zasłonięta w ochronie dziecka przed deszczem.
-Nic się nie stało – odezwała się ciepłym głosem i miłymi oczami spojrzała na bladą, słabą Jenny – Pani jest zupełnie przemoczona! Spacer po Londynie bez parasolki to szaleństwo – powiedziała ze swoim brytyjskim akcentem i podała jej parasolkę.
-Nie mogę jej wziąć, przecież pani wtedy zmoknie.
-Mieszkam tutaj, za rogiem, a ty sądząc po ciuchach przemoczonych do suchej nitki, masz jeszcze trochę do przebycia.
-To prawda. Bardzo dziękuję. Do widzenia. – Uśmiechnęła się do nieznajomej kobiety.
-Miłego dnia – krzyknęła za nią młoda matka i z ogromnym uśmiechem na ustach ruszyła przed siebie mimo strug deszczu.
„Znów to samo” pomyślała Jenny, lecz pomimo poirytowania swoim gapiostwem wyrwała do przodu. Znów wzdrygnęła się na myśl o swojej bezmyślności, wchodząc do metra pełnego ludzi . „Godziny szczytu”- fuknęła, zajmując miejsce obok niesympatycznego, brodatego mężczyzny. Zwrócił na nią pogardliwe spojrzenie.
-Jesteś amerykanką – Bardziej stwierdził niż zapytał.
-Owszem – odpowiedziała zirytowana – Pan chyba również nie jest anglikiem, bo wszyscy, których do tej pory spotkałam byli mili.
Uśmiechnął się pod nosem, bo Jenn odebrała jako przyznanie się do jej zarzutu.
-Jestem jednak tak samo snobistyczny jak Brytyjczycy. Ty za to pyskata jak to amerykanie. Co tu robisz? Wakacje? – sarkastycznie uwydatnił jej młody wygląda.
-Praca. I nie, nie sezonowa, ale stała, jednak pochlebia mi pan, że wyglądam tak młodo – utarła mu nosa – Jestem techniczną zespołu In The Darkness. Jeżeli słucha pan czasem mocniejszych brzmień, to powinien ich pan znać.
Znów wymownie uniósł kąciki ust. Metro zatrzymało się płynnie, a brodacz podniósł się z miejsca.
-Do zobaczenia – powiedział i zniknął w tłumie ludzi na zatłoczonej stacji metra.
Jenny pomyślała, że pewnie w kraju, z którego pochodzi, tak się po prostu mówi. Tak naprawdę wyciągnął od niej jej pochodzenie, zawód i usposobienie, a sam nie powiedział o sobie nic, oprócz tego, że jest snobem. Jednak historia spotkania ów mężczyzny szybko wypadła Jenn z głowy.
-Poproszę test ciążowy – praktycznie szeptem zwróciła się do farmaceutki.
-Słucham? – lakonicznie, jak przystało na rasową Brytyjkę zadała jej pytanie.
Jenny nieco speszona podniosła wzrok.
-Test ciążowy...albo jednak dwa – Zajrzała do czerwonej portmonetki i wyjęła banknot dziesięciodolarowy – W takim razie poproszę trzy – powiedziała już bardziej zdecydowanie.
-Bardzo proszę. Życzę miłego dnia. Do widzenia – jakby od niechcenia wybąknęła farmaceutka.
Nie odpowiedziała jej nawet, bo stała już przy drzwiach.
„Miłego dnia”. Jaki wynik testu sprawiłby, że byłoby on miły? Taki był właśnie dylemat popołudniowego spaceru Jenny londyńską ulicą. Czego tak naprawdę chciała? Ewidentnie nie czuła instynktu macierzyńskiego i nie wyobrażała sobie typowego, rodzinnego życia : gotowania obiadów, prania pieluch, prasowania brianowych koszul i dbania o malutki ogródek przy białym domku z poddaszem. Do tej pory wszystko wyglądało inaczej. Życie jej i narzeczonego było szalone, niezobowiązujące. Może potrafiłaby się do tego przekonać, lecz był jeszcze jeden problem...jak zachowałby się Brian? Z pewnością nie rzuciłby zespołu i kariery, tym samym życia w trasie. W końcu to jedyne co miał. W takim razie zostałaby sama, z dzieckiem, w Huntington, u rodziców lub w małym, kupionym tanio domku. Briana widywałaby dwa lub trzy razy w roku. Być może kiedy dziecko będzie już starsze, Jenny znajdzie jakąś pracę, a wieczory będzie spędzać samotnie, tęskniąc za swoim – pewnie wtedy już – mężem. „Co to za życie?” – pomyślała w duchu. Kochała swoją codzienność, bardzo szybką, spontaniczną. Nic nie chciała zmieniać, a już na pewno nie teraz. Nie była na to gotowa. Teraz jednak nie miała na to wpływu. Testy schowała głęboko do torebki. Nie chciała znać odpowiedzi na pytanie, które ją dręczyło. Wiedziała, że nie było wyjścia z tej sytuacji. Nie wyobrażała sobie siebie jako metki. Była na to zbyt młoda, szalona. Prowadziła zbyt intensywne życie ze snu i nie chciała się z niego budzić. Z drugiej strony – jeżeli wynik okazałaby się pozytywny – chciałaby urodzić dziecko Briana. Zostawiłaby wszystko czym zajmowała się do tej pory, chociaż to jedyne co tak naprawdę potrafiła i kochała, i poświęciłaby się wychowaniu dziecka. „Niepotrzebnie się nakręcam” – pomyślała, odganiając od siebie wizję rodzicielskiej przyszłości. Zagapiła się i trąciła wysoką kobietę, prowadzącą dziecięcy wózek.
-Bardzo przepraszam – odwróciła się i mimowolnie spojrzała na błękitną spacerówkę. Była jednak zasłonięta w ochronie dziecka przed deszczem.
-Nic się nie stało – odezwała się ciepłym głosem i miłymi oczami spojrzała na bladą, słabą Jenny – Pani jest zupełnie przemoczona! Spacer po Londynie bez parasolki to szaleństwo – powiedziała ze swoim brytyjskim akcentem i podała jej parasolkę.
-Nie mogę jej wziąć, przecież pani wtedy zmoknie.
-Mieszkam tutaj, za rogiem, a ty sądząc po ciuchach przemoczonych do suchej nitki, masz jeszcze trochę do przebycia.
-To prawda. Bardzo dziękuję. Do widzenia. – Uśmiechnęła się do nieznajomej kobiety.
-Miłego dnia – krzyknęła za nią młoda matka i z ogromnym uśmiechem na ustach ruszyła przed siebie mimo strug deszczu.
„Znów to samo” pomyślała Jenny, lecz pomimo poirytowania swoim gapiostwem wyrwała do przodu. Znów wzdrygnęła się na myśl o swojej bezmyślności, wchodząc do metra pełnego ludzi . „Godziny szczytu”- fuknęła, zajmując miejsce obok niesympatycznego, brodatego mężczyzny. Zwrócił na nią pogardliwe spojrzenie.
-Jesteś amerykanką – Bardziej stwierdził niż zapytał.
-Owszem – odpowiedziała zirytowana – Pan chyba również nie jest anglikiem, bo wszyscy, których do tej pory spotkałam byli mili.
Uśmiechnął się pod nosem, bo Jenn odebrała jako przyznanie się do jej zarzutu.
-Jestem jednak tak samo snobistyczny jak Brytyjczycy. Ty za to pyskata jak to amerykanie. Co tu robisz? Wakacje? – sarkastycznie uwydatnił jej młody wygląda.
-Praca. I nie, nie sezonowa, ale stała, jednak pochlebia mi pan, że wyglądam tak młodo – utarła mu nosa – Jestem techniczną zespołu In The Darkness. Jeżeli słucha pan czasem mocniejszych brzmień, to powinien ich pan znać.
Znów wymownie uniósł kąciki ust. Metro zatrzymało się płynnie, a brodacz podniósł się z miejsca.
-Do zobaczenia – powiedział i zniknął w tłumie ludzi na zatłoczonej stacji metra.
Jenny pomyślała, że pewnie w kraju, z którego pochodzi, tak się po prostu mówi. Tak naprawdę wyciągnął od niej jej pochodzenie, zawód i usposobienie, a sam nie powiedział o sobie nic, oprócz tego, że jest snobem. Jednak historia spotkania ów mężczyzny szybko wypadła Jenn z głowy.
Po skończonej
próbie wróciła do hotelu i zamknęła się w łazience. Brian został z chłopakami w
hali nieco dłużej. Wyciągnęła test z dna torebki i wykonała go. Zamarła. Sięgnęła
po drugi. Wynik okazał się taki sam. Przysiadła na krawędzi wanny i przeczesała
ręką włosy, odrzucając je do tyłu. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się do samej
siebie, a po jej policzku spłynęła kryształowa łza, lecz na dźwięk kroków w
małym holu ich apartamentu ,zerwała się na równe nogi. Pospiesznie schowała
testy do torebki, a tą położyła za koszem na bieliznę. Przetarła twarz płatkiem
kosmetycznym, nawilżonym tonikiem o ostrym zapachu, który zawsze wywołuje u
niej łzy, aby ukryć te, które opadły na jej blade policzki po ujrzeniu
odpowiedzi na kluczowe pytanie.
-Jenn! – rozniosło się po apartamencie – Gdzie jesteś?
-W łazience – wychrypiała.
Coś niepokojącego usłyszał w tonie jej głosu. Zbliżył się do drzwi łazienki.
-Wszystko wporządku? – Położył dłoń na klamce, lecz spotkał się z oporem – Jenn, zamknęłaś się? Co jest? – Wyszła mu naprzeciw bez słowa – Płakałaś?
-Nie, to tylko ten mocny tonik. – Na te słowa zbliżył się do jej twarzy i ucałował policzek. Wiedziała, że będzie chciał sprawdzić, czy mówi prawdę. Na zapach ogórka przyjrzał jej się badawczo.
-Nie oszukasz mnie Jenny, dobrze wiem, że nie używasz tego toniku, bo bolą cię od niego oczy. Płakałaś i to nie przez niego.
„Przejrzał mnie”- pomyślała. Nie mówił ni, patrzył tylko na jej bladą skórę.
-Brian – wyszeptała i wtuliła się w jego ramiona. Bez słowa przytulił ją mocniej i wzniósł oczy ku górze.
Zaczął ostrożnie:
-Coś cię boli? – spytał, lecz przecząco pokiwała głową – Ktoś sprawił ci przykrość? Powiedz, komu mam dać w pysk?
Odsunęła się od niego i głęboko zajrzała mu w oczy, bardzo zatroskane, czekoladowe. Miała obowiązek powiedzieć mu tu i teraz.
-Brian, jestem w ciąży. Będziemy mieli dziecko.
Tysiące myśli na minutę przewinęło się przez głowę Briana. Utulił ją ostrożnie, nie miał pojęcia jak się zachować. Bał się, że każdy jego ruch może ją urazić czy skrzywdzić. Fala gorąca uderzyła w niego z ogromną siłą. Policzki mu poczerwieniały, a strach sparaliżował jego ręce.
-Nic nie mówisz...- wyszeptała, a z jej oczu popłynęły strumienie łez – nie chcesz tego dziecka, wiedziałam, że tak będzie! Na co ja liczyłam?! – Usilnie starała się wyrwać z jego objęć, lecz był zdecydowanie za silny.
Rękawem czerwonej, flanelowej koszuli otarł jej policzki i zamknął usta przedłużonym, ciepłym pocałunkiem. Wyrażał więcej niż wszystko : pokazywał uchodzący z niego strach, determinację, odwagę, udowadniał, że naprawdę jest gotowy i że już zdążył pokochać to dziecko, chociaż wie o jego istnieniu od kilku minut.
-Jenn, to nie tak. Po prostu mnie zaskoczyłaś, bo zawsze byliśmy...
-Ostrożni? – dopowiedziała – oprócz tego jednego razu, kiedy zachciało mi się szaleństwa. – Zrezygnowana spuściła głowę.
-Chcę tego dziecka Jenny. Poradzimy sobie.
-Niby w jaki sposób?
-Oh przestań, przecież to nie koniec świata. Pobędziesz tu jeszcze trochę, a potem wrócisz do rodziców, bo nie wolno ci będzie pracować. Tam odpoczniesz, a my zatrudnimy kogoś na twoje miejsce.
-Brian, to akurat jest oczywiste. Ja nie wiem co będzie później...Potrafisz mi odpowiedzieć?
-Później...później się zastanowimy – powiedział zmieszany, drapiąc się po głowie.
-To nie jest zabawa Bri, a tym bardziej nie żaden żart. Jak sobie to wyobrażasz? Ty wiecznie w trasie, a ja w domu z dzieckiem, na twoim utrzymaniu?
-Znajdziesz pracę i...
-Pracę?! – przerwała mu – Jaką? Do niczego poważnego się nie nadaję, a nawet jeśli to nikt mnie nie przyjmie, bo nie skończyłam nawet liceum. Zrobiłam to zresztą dla ciebie i dla zespołu, a teraz? To dla mnie koniec Brian...
-Nie mów tak Jenny, poradzimy sobie, jesteśmy już dorośli i musimy ponieść odpowiedzialność. Kocham cię skarbie, jesteś dla mnie wszystkim, a dziecko, które w sobie nosisz – nasze dziecko – już stało się całym moim światem. Nie będziemy pierwszymi takimi rodzicami. Damy sobie radę. Rodzice też nam pewnie pomogą.
-No nie wiem...
-Teraz zostaniesz jeszcze ze mną, żebym mógł się tobą... wami nacieszyć. Potem wrócisz do rodziców, a my również przyjedziemy do Huntington Beach, będziemy tam przecież nagrywać płytę. Kiedy urodzisz, znajdziesz pracę, wtedy nasi rodzice na zmianę będą się zajmować maleństwem. Kochanie, damy sobie radę. Uwierz w to wreszcie! – Wziął ją w objęcia i tulił do siebie bez słowa kilkanaście minut.
Płakała. Tym razem ze szczęścia. Nie miała pojęcia, że Brian przyjmie to z taką odpowiedzialnością i ucieszy się na wieść o ciąży. Sama nie była pewna, czy dało jej to radość. Nie czuła jeszcze instynktu macierzyńskiego. „Ja w roli matki? Sama czuję się jeszcze dzieckiem” – pomyślała. W dodatku kochała swoje życie na wariackich papierach. I Brian płakał. Spotkała go pełnia szczęścia. Przeszła mu przez głowę myśl, że teraz trzeba będzie się ustatkować. Wziąć ślub. Dbać o Jenny. Wychować dziecko. Syna. Tak, bardzo chciał, by jego pierworodnym był chłopiec. Najlepiej podobny do Jenn. Chciał, aby miał jej piękne oczy i usta, a także barwę głosu. Włosy na pewno będzie miał ciemne, a skórę raczej bladą. To właśnie były cechy, które łączyły Jenny i Briana. „Uzdolniony będzie na pewno” – pomyślał. W końcu i on i jego narzeczona grali na gitarach, Brian również na skrzypcach i pianinie, oraz śpiewali. Dziadkowie również bez wyjątku zajmowali się muzyką. Przerwał ciszę, tchnięty tymi rozmyślaniami.
-Wiesz Jenn, nasze dziecko będzie bardzo zdolne i piękne, tak jak ty. – Ucałował ją w czółko.
-Mam nadzieję, że w jego krwi będzie płynął metal. – Pierwszy raz od początku tej rozmowy uśmiechnęła się promiennie, aż policzki zarumieniły się uroczo.
-Z taką rodzinką ma to jak w banku. Wiem, że to nie czas na takie rozmowy, ale właśnie przeszło mi przez myśl pytanie, jak damy mu na imię?
-Jeszcze o tym nie myślałam, ale możemy umówić się tak, że ty wybierzesz imię dla chłopca, a ja dla dziewczynki. – Odgarnęła kosmyk włosów z jego twarzy.
-Zgadzam się. A tak właściwie to skąd wiesz, że jesteś w ciąży?
-Wtedy u Gatesa, kiedy źle się poczułam, to wcale nie było zatrucie. Od tego czasu bardzo często mnie mdli, wymiotowałam. Wcześniej bardzo długo spałam, w ogóle chodziłam zaspana i wiecznie głodna. Zrobiłam dwa testy. Dwa razy wynik pozytywny.
-Musisz iść do lekarza, żebyśmy mieli pewność i żeby nasze maleństwo było cały czas pod okiem specjalisty.
-Pójdziesz ze mną?
-Jasne Jenn, tylko...
-Wiem, mamy mnóstwo pracy i najlepiej iść do lekarza w naszym mieście. Pod koniec przyszłego tygodnia będziemy w stanach, pamiętasz? Koncert w Nowym Yorku. Pojedziemy do Huntington, powiemy rodzicom o ciąży i załatwimy sprawę lekarza.
-I wreszcie zaczynasz myśleć racjonalnie. – Ucałował ją czule, a ona chwyciła go mocniej za szyję. Oczy zaszkliły mu się w porywie namiętności, a głos zdecydowanie obniżył ton – Słyszałem kocie, że kiedy kobieta jest w ciąży, to do woli można...- zbliżył się do jej ucha i szepnął coś nieprzyzwoitego. Uśmiechnęła się i przygryzła na te słowa dolną wargę.
-A ja mam na ciebie ogromny apetyt! – Skoczyła na niego, tym samym we dwoje upadli na łóżko, oddając się sobie i pieczętując pełnie swojego szczęścia.
-Jenn! – rozniosło się po apartamencie – Gdzie jesteś?
-W łazience – wychrypiała.
Coś niepokojącego usłyszał w tonie jej głosu. Zbliżył się do drzwi łazienki.
-Wszystko wporządku? – Położył dłoń na klamce, lecz spotkał się z oporem – Jenn, zamknęłaś się? Co jest? – Wyszła mu naprzeciw bez słowa – Płakałaś?
-Nie, to tylko ten mocny tonik. – Na te słowa zbliżył się do jej twarzy i ucałował policzek. Wiedziała, że będzie chciał sprawdzić, czy mówi prawdę. Na zapach ogórka przyjrzał jej się badawczo.
-Nie oszukasz mnie Jenny, dobrze wiem, że nie używasz tego toniku, bo bolą cię od niego oczy. Płakałaś i to nie przez niego.
„Przejrzał mnie”- pomyślała. Nie mówił ni, patrzył tylko na jej bladą skórę.
-Brian – wyszeptała i wtuliła się w jego ramiona. Bez słowa przytulił ją mocniej i wzniósł oczy ku górze.
Zaczął ostrożnie:
-Coś cię boli? – spytał, lecz przecząco pokiwała głową – Ktoś sprawił ci przykrość? Powiedz, komu mam dać w pysk?
Odsunęła się od niego i głęboko zajrzała mu w oczy, bardzo zatroskane, czekoladowe. Miała obowiązek powiedzieć mu tu i teraz.
-Brian, jestem w ciąży. Będziemy mieli dziecko.
Tysiące myśli na minutę przewinęło się przez głowę Briana. Utulił ją ostrożnie, nie miał pojęcia jak się zachować. Bał się, że każdy jego ruch może ją urazić czy skrzywdzić. Fala gorąca uderzyła w niego z ogromną siłą. Policzki mu poczerwieniały, a strach sparaliżował jego ręce.
-Nic nie mówisz...- wyszeptała, a z jej oczu popłynęły strumienie łez – nie chcesz tego dziecka, wiedziałam, że tak będzie! Na co ja liczyłam?! – Usilnie starała się wyrwać z jego objęć, lecz był zdecydowanie za silny.
Rękawem czerwonej, flanelowej koszuli otarł jej policzki i zamknął usta przedłużonym, ciepłym pocałunkiem. Wyrażał więcej niż wszystko : pokazywał uchodzący z niego strach, determinację, odwagę, udowadniał, że naprawdę jest gotowy i że już zdążył pokochać to dziecko, chociaż wie o jego istnieniu od kilku minut.
-Jenn, to nie tak. Po prostu mnie zaskoczyłaś, bo zawsze byliśmy...
-Ostrożni? – dopowiedziała – oprócz tego jednego razu, kiedy zachciało mi się szaleństwa. – Zrezygnowana spuściła głowę.
-Chcę tego dziecka Jenny. Poradzimy sobie.
-Niby w jaki sposób?
-Oh przestań, przecież to nie koniec świata. Pobędziesz tu jeszcze trochę, a potem wrócisz do rodziców, bo nie wolno ci będzie pracować. Tam odpoczniesz, a my zatrudnimy kogoś na twoje miejsce.
-Brian, to akurat jest oczywiste. Ja nie wiem co będzie później...Potrafisz mi odpowiedzieć?
-Później...później się zastanowimy – powiedział zmieszany, drapiąc się po głowie.
-To nie jest zabawa Bri, a tym bardziej nie żaden żart. Jak sobie to wyobrażasz? Ty wiecznie w trasie, a ja w domu z dzieckiem, na twoim utrzymaniu?
-Znajdziesz pracę i...
-Pracę?! – przerwała mu – Jaką? Do niczego poważnego się nie nadaję, a nawet jeśli to nikt mnie nie przyjmie, bo nie skończyłam nawet liceum. Zrobiłam to zresztą dla ciebie i dla zespołu, a teraz? To dla mnie koniec Brian...
-Nie mów tak Jenny, poradzimy sobie, jesteśmy już dorośli i musimy ponieść odpowiedzialność. Kocham cię skarbie, jesteś dla mnie wszystkim, a dziecko, które w sobie nosisz – nasze dziecko – już stało się całym moim światem. Nie będziemy pierwszymi takimi rodzicami. Damy sobie radę. Rodzice też nam pewnie pomogą.
-No nie wiem...
-Teraz zostaniesz jeszcze ze mną, żebym mógł się tobą... wami nacieszyć. Potem wrócisz do rodziców, a my również przyjedziemy do Huntington Beach, będziemy tam przecież nagrywać płytę. Kiedy urodzisz, znajdziesz pracę, wtedy nasi rodzice na zmianę będą się zajmować maleństwem. Kochanie, damy sobie radę. Uwierz w to wreszcie! – Wziął ją w objęcia i tulił do siebie bez słowa kilkanaście minut.
Płakała. Tym razem ze szczęścia. Nie miała pojęcia, że Brian przyjmie to z taką odpowiedzialnością i ucieszy się na wieść o ciąży. Sama nie była pewna, czy dało jej to radość. Nie czuła jeszcze instynktu macierzyńskiego. „Ja w roli matki? Sama czuję się jeszcze dzieckiem” – pomyślała. W dodatku kochała swoje życie na wariackich papierach. I Brian płakał. Spotkała go pełnia szczęścia. Przeszła mu przez głowę myśl, że teraz trzeba będzie się ustatkować. Wziąć ślub. Dbać o Jenny. Wychować dziecko. Syna. Tak, bardzo chciał, by jego pierworodnym był chłopiec. Najlepiej podobny do Jenn. Chciał, aby miał jej piękne oczy i usta, a także barwę głosu. Włosy na pewno będzie miał ciemne, a skórę raczej bladą. To właśnie były cechy, które łączyły Jenny i Briana. „Uzdolniony będzie na pewno” – pomyślał. W końcu i on i jego narzeczona grali na gitarach, Brian również na skrzypcach i pianinie, oraz śpiewali. Dziadkowie również bez wyjątku zajmowali się muzyką. Przerwał ciszę, tchnięty tymi rozmyślaniami.
-Wiesz Jenn, nasze dziecko będzie bardzo zdolne i piękne, tak jak ty. – Ucałował ją w czółko.
-Mam nadzieję, że w jego krwi będzie płynął metal. – Pierwszy raz od początku tej rozmowy uśmiechnęła się promiennie, aż policzki zarumieniły się uroczo.
-Z taką rodzinką ma to jak w banku. Wiem, że to nie czas na takie rozmowy, ale właśnie przeszło mi przez myśl pytanie, jak damy mu na imię?
-Jeszcze o tym nie myślałam, ale możemy umówić się tak, że ty wybierzesz imię dla chłopca, a ja dla dziewczynki. – Odgarnęła kosmyk włosów z jego twarzy.
-Zgadzam się. A tak właściwie to skąd wiesz, że jesteś w ciąży?
-Wtedy u Gatesa, kiedy źle się poczułam, to wcale nie było zatrucie. Od tego czasu bardzo często mnie mdli, wymiotowałam. Wcześniej bardzo długo spałam, w ogóle chodziłam zaspana i wiecznie głodna. Zrobiłam dwa testy. Dwa razy wynik pozytywny.
-Musisz iść do lekarza, żebyśmy mieli pewność i żeby nasze maleństwo było cały czas pod okiem specjalisty.
-Pójdziesz ze mną?
-Jasne Jenn, tylko...
-Wiem, mamy mnóstwo pracy i najlepiej iść do lekarza w naszym mieście. Pod koniec przyszłego tygodnia będziemy w stanach, pamiętasz? Koncert w Nowym Yorku. Pojedziemy do Huntington, powiemy rodzicom o ciąży i załatwimy sprawę lekarza.
-I wreszcie zaczynasz myśleć racjonalnie. – Ucałował ją czule, a ona chwyciła go mocniej za szyję. Oczy zaszkliły mu się w porywie namiętności, a głos zdecydowanie obniżył ton – Słyszałem kocie, że kiedy kobieta jest w ciąży, to do woli można...- zbliżył się do jej ucha i szepnął coś nieprzyzwoitego. Uśmiechnęła się i przygryzła na te słowa dolną wargę.
-A ja mam na ciebie ogromny apetyt! – Skoczyła na niego, tym samym we dwoje upadli na łóżko, oddając się sobie i pieczętując pełnie swojego szczęścia.
Ale niespodziewanka na urodziny :D Nie no, padłam, ale od początku. W sumie już tytuł troszeczkę sugeruje treść odcinka, ale ja do dzieci mam takie samo podejście jak Jenny z początku rozdziału, więc jednak miałam nadzieję że to pomyłka. Nie zrozum mnie źle, cieszę się że będą mieli synka lub córeczkę, ale to oznacza duużo trudności, rozłąkę, itp. Mam nadzieję, że sobie poradzą :) Zaintrygowała mnie ta scena z facetem w metrze, coś czuję że nie pojawiła się przypadkowo i jakoś ciekawie to rozwiniesz ;) Podoba mi się podejście Briana, takie dojrzałe. Nie spanikował, tylko wziął na siebię odpowiedzialność jak prawdziwy facet i wspiera Jenny ;) Nie mogę doczekać się kolejnego odcinka. ^^'
OdpowiedzUsuńłaaaaa, słiiit! dzidziuś będzie.. i to tak z zaskoczenia.. ale kurcze, po ostatnim odcinku to już normalnie wiedziałaaaam <3 ale mi się wydaje troszkę, że to fałszywy alarm.. no ale zobaczymy. bo łatwo to na pewno nie będą mieli, szczególnie w trasie.. hmm, bardzo jestem ciekawa jak to wyjdzie wszystko. ale Briana podziwiam, że się nie załamał albo nie zaczął latać i panikować. jak facet się zachował. prawdziwy, męski, dojrzały facet. no brawa dla cię, Brian :D
OdpowiedzUsuńej, a co z tym facetem z metra? myślę, że na koncercie go spotka. albo coś takiego.. zagwozdkę mi dałaś teraz, no! przypadek to na pewno nie jest :D
dziękuuuuję za dedykację :*
love, adrienne :)
Kinder niespodzianka! :D Kurcze no to ładnie zaszaleli na tej plaży! ;) Jestem ciekawa co to za koleś w metrze? Hmm, co Ty wymyśliłaś.... Czekam na nexta bo już się nie mogę doczekać co będzie dalej.
OdpowiedzUsuńTeż Cię Kocham my love <3 Będzie dzidziuś ale sweet!!! Nie dziwię się Jenny, że zastanawia się jak to teraz będzie. Jest jeszcze taka młoda, prowadzą z Brianem takie szalone życie. Jest młoda i pewnie nie jest jeszcze gotowa na takie zmiany. I najważniejsze jak zareaguje Brian?? Ciekawe co to za gościu, ten z metra??? Okaże się w niedalekiej przyszłości?
OdpowiedzUsuńBrian chłopie dobrze, że nie spękałeś. Stanąłeś na wysokości zadania, jestem z Ciebie dumna!I już od pierwszej chwili pokochał to maleństwo, które Jenny nosi pod sercem. I nie ważne co by się działo wszystko się jakoś ułoży, bo mają siebie i naprawdę się kochają. To dziecko to owoc ich cudownej, szalonej miłości. Mały człowiek powołany do życia przez dwójkę ludzi, którzy nie wyobrażają sobie bez siebie życia.
Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie im się układać.
Moja Droga zawarłaś w tym odcinku tyle emocji, że nie wiem co mam jeszcze napisać?? Po prostu napiszę, że Cię kocham za wszystko co tu piszesz!!
Always Your Sister Joan <3