No dobra robaczki, rozchorowałam się na weekend, a to oznacza pisanie w łóżeczku. Cudnie -,- Mam nadzieję, że chociaż odcinek Wam się spodoba i podtrzymacie mnie na kichającym, umierającym przez gorączkę duchu.
Wakacje minęły Jenny zaskakująco szybko. In the Darkness codziennie od samego rana nagrywali ostatnie partie, aby pod sam koniec sierpnia wydać płytę zatytułowaną „Our Dark World”, na której znalazło się dwanaście piosenek. Wieczory najczęściej spędzali we dwoje, z Brianem. Często również spotykali się szerokim gronem, wychodzili do klubu czy na plaże. Jak tylko mogli, wykorzystywali ostatnie chwile wakacji, beztroskiej młodości i przeciętnego dotąd życia licealisty. Wrzesień zaszczycił ich swoją obecnością, zbawił od rutyny i rozpoczął nowy rozdział ich kalifornijskiej historii.
Sarah stacjonowała w pokoju Jenny, przeglądając jej szafki z ubraniami.
-Wszystko już spakowałaś Jenn?
-Mamo, nie zabiorę ze sobą w trasę całego domu. Chłopaki poradzili nam, żeby zabrać tylko potrzebne rzeczy. W dodatku będziemy dostawać pieniądze za pracę, więc zawsze możemy kupić sobie to, czego będzie nam brakować.
-Nie wiem, czy to był dobry pomysł. Jeszcze nie wyjechałaś, a już za tobą tęsknie.
-Za trzy miesiące znów będę z wami. Zobaczysz, odpoczniecie ode mnie i nie będziecie chcieli, żebym wracała.
-Nie mów tak Jenn. Pamiętaj, że jeżeli tylko coś będzie nie tak, masz wracać do domu.
-Wszystko będzie dobrze. – Przytuliła ją i ukradkiem otarła szklaną łzę.
Po kraju miał wozić ich zespołowy autokar, w którym teoretycznie powinno zmieścić się wszystko, więc do sprzętu In The Darkness, Jenny dołożyła jeszcze swoje dwie gitary. Zatrzymał się przed jej domem, a zza jego kierownicy wysiadł Garry. Byli tam wszyscy członkowie zespołu wraz ze swoimi dziewczynami i rodzinami.
-Chłopaki z Avenged zrobili nam niezłą reklamę. Znaleźliśmy sponsorów, stąd ten autokar – uśmiechnął się Garry – No dobrze, powinniśmy wyruszyć dziesięć minut temu, więc... powoli będziemy się zbierać.
Matki tak jak ostatnio wylewały rzewne łzy, ojcowie poklepywali chłopaków po plecach.
-Jenny, pamiętaj, bądź grzeczna. – John obejmował ją z całej siły – Jak coś będzie nie tak , to wracaj do domu.
Uśmiechnęła się i podała Sarze chusteczkę.
-Będę za wami tęsknić! – Rzuciła się ojcu na szyję.
-Dzwoń codziennie i uważaj na siebie.
Tymczasem Megan i Steven zachowywali się bardzo podobnie.
-Wiemy, że Brian da sobie radę, ale ty bądź ostrożna Emi. – Mama pogłaskała ją po policzku.
-A ty Brian pamiętaj, że jesteś za nią odpowiedzialny.
-Za Jenny również – dodał John.
-Poradzimy sobie. – Chłopak objął Jenn – W końcu jesteśmy już dorośli.
Simon, Patrick i David wymieniali ze swoimi dziewczynami ostatnie, tęskne pocałunki.
-Wracaj szybko – powiedziała Luise – A wy dziewczyny – pilnujcie ich.
-Postaramy się.
-No już, komu w drogę temu czas! – Garry uścisnął rękę wszystkim rodzicom. Jedziemy w trasę kochani !
Samotna droga. Chłopaki brzdąkali „Dear God”, a Brian i Maks obejmowali Jenny i Emily, które dopiero teraz zupełnie się rozkleiły.
-Wszystko będzie dobrze – Brian szepnął do ucha Jenn –Wiem, że na początku może być wam ciężko, nam za pierwszym także nie było łatwo, ale teraz, kiedy jesteśmy razem wiem, że sobie poradzimy.
-Najlepiej będzie, jeżeli teraz położymy się spać. Jest późno, a jutro czeka nas ciężki dzień – powiedział David.
Nie zwracając uwagi na innych i nie odrywając się od Briana, wtuliła się w jego ramiona i usnęła.
Malibu przywitało
ich pochmurnym niebem i chłodnym wiatrem. Zanim Garry załatwił formalności
związane z wynajmem pokoi, a chłopaki wypakowali sprzęt, Jenny razem z Emily wybrały się na plaże. Morze groźnie
szumiało, rozbijając swoje fale daleko od brzegu.
-Ostatnio było tu nieco inaczej – westchnęła Em.
-Podtrzymywałyśmy wtedy, że chłopaki powinni zostać w Long Beach i iść do collegu. A teraz same jesteśmy w trasie z In The Darkness. To szaleństwo.
-Jenn, Emi, wszędzie was szukamy! – Za ich plecami wyrósł jakby z podziemi David - Występ jest jutro, dzisiaj trzeba zawieźć sprzęt do hali koncertowej i przygotować go odpowiednio. Od teraz to wasza praca, więc w drogę – uśmiechnął się zachęcająco.
Podczas gdy Jenny rozgrzewała gitarę Briana, Emily dokładnie sprawdzała każdy detal perkusji, a chłopaki oglądali scenę. Chwilę potem pojawiła się ekipa techniczna i w mig stanęły tam trzy podesty oraz stanowisko dla perkusji. W hali panowało ogólne zamieszanie, każdy zajmował się rozkładaniem sprzętu, a w między czasie sprawdzano mikrofony oraz akustykę.
-Brian, ile grasz już na tych strunach? – spytała go Jenny.
-Jakiś tydzień.
- W takim razie nie będziemy zmieniać ich na sam występ, ale kupię dodatkowe, jakby coś się stało.
-Dobrze. – Cmoknął ją w policzek – Sklep muzyczny jest tutaj, za rogiem. Weź Emi i kupcie struny do każdej gitary. Ja i Simon używamy takich samych, Patrick powie ci jakich on potrzebuje.
-A dla mnie pałki ! – krzyknął znad centrali Maks – Emi powinna wiedzieć jakie.
-Wiem. – Emily otarła pot z czoła i spięła włosy w niezdarnego koka – Chodźmy.
Brian biegał za Garrym nie mogąc doprosić się go o chwilę rozmowy.
-Garry, zaczekaj !
-Synku, jestem teraz zajęty. Muszę zlecić technikom, żeby wymontowali te krzesła, które znajdują się pod sceną.
-Chciałem tylko zapytać, czy koncert jest zareklamowany?
-Pewnie. Menager od spraw scenicznych i organizacji już tydzień temu rozwiesił plakaty w całym Malibu.
-To my mamy takiego menagera? – zaśmiał się Brian – Kto nim jest?
-Todd, stoi tam i dogląda, czy wszystko na scenie działa jak należy. Chyba nie zdajecie sobie sprawy ilu ludzi pracuje na wasz sukces. Na przykład Amanda prowadzi waszą stronę internetową, gdzie połowa biletów została już wyprzedana, a Luck zajmuje się promocją płyty, która idzie jak świeże bułeczki. Poza tym: technicy, oświetleniowcy, operatorzy. Wszyscy odwalają kawał dobrej roboty. No już, leć ćwiczyć, ustalcie listę kawałków. Wracam do roboty.
Chociaż miał sporo pracy, wcale nie mógł się na niej skupić. Wciąż myślał tylko o spotkaniu z Saintem. Od ich ostatniej rozmowy wiele się zmieniło. Chciał opowiedzieć mu o tym, ile stracił, a potem był na tyle silny, żeby to odzyskać. Teraz jednak ganiano go z miejsca na miejsce, więc postanowił, że jutro znajdzie Sainta i osobiście zaprosi go na koncert.
Na intensywnej pracy bez chwili wytchnienia zleciał im cały dzień. Dopiero grubo po godzinie pierwszej w nocy In The Darkness wróciło do hotelu. Jenny upadła na łóżko.
-Ciężki dzień, prawda? – Brian pogłaskał ją po głowie.
-Nie spodziewałam się, że to taka trudna praca.
-Nikt nie mówił, że będzie łatwo Jenn. Radzicie sobie bardzo dobrze. Obstawialiśmy z chłopakami, że wymiękniecie po dwóch godzinach.
-Wielkie dzięki. Wcale nas nie wspieracie.
-Przestań Jenn. – Położył się obok i dał jej buziaka w policzek – To nie prawda. Wiemy po prostu jaka to ciężka praca być odpowiedzialnym za sprzęt. Trzeba pamiętać o wszystkim i profesjonalnie podchodzić do sprawy. Dlatego jesteśmy mile zaskoczeni, że tak sobie radzicie.
-To dopiero pierwszy dzień. Aż boję się pomyśleć co będzie jutro – westchnęła i nakryła głowę kołdrą.
-Plan wygląda tak : pobudka o siódmej, śniadanie, potem ty, Emi i ta świrnięta stylistka Suzi idziecie na zakupy.
-Dla siebie?
-Nie głuptasie, dla nas. Chcieliśmy wystąpić w ubraniach, które wzięliśmy z Huntington Beach, ale Suzi zaprotestowała. To by „zburzyło jej inwencję twórczą”.
-A dlaczego my musimy z nią iść?
-To również część plany. Dobrze, dalej. Wchodzimy na sceną i oświetleniowcy dostosowują światło. Później ostatni raz sprawdzacie instrumenty, my robimy krótką próbę, zostaje nam jakaś godzinka. A w tym czasie...
-Nic nie mów...Wtedy chwila relaksu. – Przejechała dłonią po jego ramieniu.
-Tak właśnie. Dlatego pijemy piwo i rozmawiamy o wszystkim, oprócz muzyki – Uśmiechnął się zalotnie. – Scenografie też dokończą jutro.
-Jak będzie wyglądała?
-Sam nie wiem. Okaże się jutro. A teraz czas spać Jenn. Dobranoc.
-Dobranoc.
-Jenn...
-Hm?
-Cieszę się, że cię przy sobie mam. – Utulił ją i ucałował we włosy.
-Kocham cię mój „duży metalu”.
-Ostatnio było tu nieco inaczej – westchnęła Em.
-Podtrzymywałyśmy wtedy, że chłopaki powinni zostać w Long Beach i iść do collegu. A teraz same jesteśmy w trasie z In The Darkness. To szaleństwo.
-Jenn, Emi, wszędzie was szukamy! – Za ich plecami wyrósł jakby z podziemi David - Występ jest jutro, dzisiaj trzeba zawieźć sprzęt do hali koncertowej i przygotować go odpowiednio. Od teraz to wasza praca, więc w drogę – uśmiechnął się zachęcająco.
Podczas gdy Jenny rozgrzewała gitarę Briana, Emily dokładnie sprawdzała każdy detal perkusji, a chłopaki oglądali scenę. Chwilę potem pojawiła się ekipa techniczna i w mig stanęły tam trzy podesty oraz stanowisko dla perkusji. W hali panowało ogólne zamieszanie, każdy zajmował się rozkładaniem sprzętu, a w między czasie sprawdzano mikrofony oraz akustykę.
-Brian, ile grasz już na tych strunach? – spytała go Jenny.
-Jakiś tydzień.
- W takim razie nie będziemy zmieniać ich na sam występ, ale kupię dodatkowe, jakby coś się stało.
-Dobrze. – Cmoknął ją w policzek – Sklep muzyczny jest tutaj, za rogiem. Weź Emi i kupcie struny do każdej gitary. Ja i Simon używamy takich samych, Patrick powie ci jakich on potrzebuje.
-A dla mnie pałki ! – krzyknął znad centrali Maks – Emi powinna wiedzieć jakie.
-Wiem. – Emily otarła pot z czoła i spięła włosy w niezdarnego koka – Chodźmy.
Brian biegał za Garrym nie mogąc doprosić się go o chwilę rozmowy.
-Garry, zaczekaj !
-Synku, jestem teraz zajęty. Muszę zlecić technikom, żeby wymontowali te krzesła, które znajdują się pod sceną.
-Chciałem tylko zapytać, czy koncert jest zareklamowany?
-Pewnie. Menager od spraw scenicznych i organizacji już tydzień temu rozwiesił plakaty w całym Malibu.
-To my mamy takiego menagera? – zaśmiał się Brian – Kto nim jest?
-Todd, stoi tam i dogląda, czy wszystko na scenie działa jak należy. Chyba nie zdajecie sobie sprawy ilu ludzi pracuje na wasz sukces. Na przykład Amanda prowadzi waszą stronę internetową, gdzie połowa biletów została już wyprzedana, a Luck zajmuje się promocją płyty, która idzie jak świeże bułeczki. Poza tym: technicy, oświetleniowcy, operatorzy. Wszyscy odwalają kawał dobrej roboty. No już, leć ćwiczyć, ustalcie listę kawałków. Wracam do roboty.
Chociaż miał sporo pracy, wcale nie mógł się na niej skupić. Wciąż myślał tylko o spotkaniu z Saintem. Od ich ostatniej rozmowy wiele się zmieniło. Chciał opowiedzieć mu o tym, ile stracił, a potem był na tyle silny, żeby to odzyskać. Teraz jednak ganiano go z miejsca na miejsce, więc postanowił, że jutro znajdzie Sainta i osobiście zaprosi go na koncert.
Na intensywnej pracy bez chwili wytchnienia zleciał im cały dzień. Dopiero grubo po godzinie pierwszej w nocy In The Darkness wróciło do hotelu. Jenny upadła na łóżko.
-Ciężki dzień, prawda? – Brian pogłaskał ją po głowie.
-Nie spodziewałam się, że to taka trudna praca.
-Nikt nie mówił, że będzie łatwo Jenn. Radzicie sobie bardzo dobrze. Obstawialiśmy z chłopakami, że wymiękniecie po dwóch godzinach.
-Wielkie dzięki. Wcale nas nie wspieracie.
-Przestań Jenn. – Położył się obok i dał jej buziaka w policzek – To nie prawda. Wiemy po prostu jaka to ciężka praca być odpowiedzialnym za sprzęt. Trzeba pamiętać o wszystkim i profesjonalnie podchodzić do sprawy. Dlatego jesteśmy mile zaskoczeni, że tak sobie radzicie.
-To dopiero pierwszy dzień. Aż boję się pomyśleć co będzie jutro – westchnęła i nakryła głowę kołdrą.
-Plan wygląda tak : pobudka o siódmej, śniadanie, potem ty, Emi i ta świrnięta stylistka Suzi idziecie na zakupy.
-Dla siebie?
-Nie głuptasie, dla nas. Chcieliśmy wystąpić w ubraniach, które wzięliśmy z Huntington Beach, ale Suzi zaprotestowała. To by „zburzyło jej inwencję twórczą”.
-A dlaczego my musimy z nią iść?
-To również część plany. Dobrze, dalej. Wchodzimy na sceną i oświetleniowcy dostosowują światło. Później ostatni raz sprawdzacie instrumenty, my robimy krótką próbę, zostaje nam jakaś godzinka. A w tym czasie...
-Nic nie mów...Wtedy chwila relaksu. – Przejechała dłonią po jego ramieniu.
-Tak właśnie. Dlatego pijemy piwo i rozmawiamy o wszystkim, oprócz muzyki – Uśmiechnął się zalotnie. – Scenografie też dokończą jutro.
-Jak będzie wyglądała?
-Sam nie wiem. Okaże się jutro. A teraz czas spać Jenn. Dobranoc.
-Dobranoc.
-Jenn...
-Hm?
-Cieszę się, że cię przy sobie mam. – Utulił ją i ucałował we włosy.
-Kocham cię mój „duży metalu”.
Po szybkim
śniadaniu dziewczyny ruszyły do centrum miasta, za to chłopaki wybrali się do
hali, aby dopełnić ostatnich przygotować związanych z koncertem.
-Brian, wypakowałeś już wszystko? Miałeś przynieść tutaj futerały z gitarami.
-Mógłbyś zrobić to za mnie Simon? Musze kogoś znaleźć.
-Ok, ale to ostatni raz.
-Jak Garry zauważy, że mnie nie ma i będzie zadawał pytania to powiedz, że mnie nie widziałeś.
-W takim razie biegnij już, bo Garry się zbliża. – Wskazał na drzwi, w których pojawił się ogromnych gabarytów mężczyzna.
-Pamiętaj – nie widziałeś mnie – powiedział Brian i wymknął się wyjściem za sceną.
Od hali, w której miał odbyć się koncert, promenada znajdowała się rzut beretem. Brian rozejrzał się nerwowo, lecz nigdzie nie dostrzegł Sainta. Odnalazł murek, na którym grywał chłopiec, ale tu również go nie było. „Może jest jeszcze za wcześnie” – powiedział sobie w myślach. Przysiadł w tym miejscu i cierpliwie czekał, aż Saint pojawi się na promenadzie ze zniszczoną gitarą, z którą potrafił robić tak niesamowite rzeczy, mimo iż był samoukiem. Został tam ponad godzinę, jednak widział, że musi wracać, aby pomagać w przygotowaniach. Na murku przykleił plakat, który dostał od Todda, z nadzieją, ze Saint zobaczy go i przyjdzie na koncert.
Scena powoli wypełniała się scenografią, ustawiono maszyny, z których miał wydobywać się dym, a chłopaki ćwiczyli z Davidem swoje partie wokalne. Lubli uczyć się od niego różnych technik, chociaż nie byli idealnymi wokalistami, zawsze chętnie dośpiewywali chórki.
-Brian, jesteś. – Poklepał go po plecach Garry – Gdzie ty byłeś? Mam wrażenie, że w ogóle cię dzisiaj nie widziałem.
-Jestem tu cały czas, po prostu ćwiczyłem na zapleczu.
-To dobrze, najważniejsze jest skupienie. Pamiętaj, że oprócz palców musisz rozgrzać jeszcze struny głosowe.
-Już dołączam do chłopaków – odetchnął z ulgą i zajął miejsce obok Davida.
-Znalazłeś Sainta? – spytał go Maks.
-Nie było go na promenadzie. Sprawdzę jeszcze po południu.
W tym momencie za kulisami zjawiła się Suzi, a za nią ciężko wtoczyła się Jenny i Emily. Po ich ciele spływały kropelki potu, miały jedynie naturalny makijaż, a włosy związane wysoko, na czubku głowy.
-Widzę, że Suzi dała wam w kość – zaśmiał się Simon.
-Zakupy to jej żywioł. – Jenny zrzuciła kilka toreb z ramion prosto pod nogi chłopaków.
-Koniec gadania ! – przerwała im Suzy – Garry, zabieram chłopaków na przymiarkę. Zbierajcie się.
Przeszli do wielkiej, lustrzanej sali, która znajdowała się w tym samym budynku. Simon nastawił stojący tam sprzęt grający, na bardzo głośne „Girl I know” i rozpoczęli pokaz. Pierwszy w rockowe ciuchy wskoczył David. Ubrał ciemne, jeansowe spodnie, podarte miejscami, do tego szarą koszulkę z czarną czaszką i masywne buty w tym samym kolorze. Simon wyszedł zza prowizorycznego parawanu z prowokującą miną, mając na sobie czarną koszulę z czerwonymi mankietami i czarne jeansy. Patrick włożył t-shirt z ostrą grafiką i ciemne spodnie, za to Maks luźną koszulkę, którą i tak miał zamiar ściągnąć już po pierwszych dwóch kawałkach, oraz szare spodnie. Suzi oglądała ich dokładnie, poprawiała najmniejsze detale.
-Brian, pokaż się ! – krzyknęła do chłopaka za parawanem.
Piosenka zmieniła się na „Fever” i głos Matta Tucka wypełnił całą sale. Wraz z nią ukazał się Brian. Pewnym krokiem przeszedł od prowizorycznej przebieralni w stronę lustrzanej ściany. Wszystkim dziewczyną opadły szczęki. Brian miał na sobie czarne, bardzo wąskie, poszarpane przy nogawkach i kieszeniach spodnie, obszyte naszywką w czerwoną kratę na kolanie. W dodatku ciemna, grafitowa koszula, której rękawy podwinął do połowy oraz workery w kontrastującym, bordowym kolorze. Gdy po sali przemknęły dźwięki wersów:
-Brian, wypakowałeś już wszystko? Miałeś przynieść tutaj futerały z gitarami.
-Mógłbyś zrobić to za mnie Simon? Musze kogoś znaleźć.
-Ok, ale to ostatni raz.
-Jak Garry zauważy, że mnie nie ma i będzie zadawał pytania to powiedz, że mnie nie widziałeś.
-W takim razie biegnij już, bo Garry się zbliża. – Wskazał na drzwi, w których pojawił się ogromnych gabarytów mężczyzna.
-Pamiętaj – nie widziałeś mnie – powiedział Brian i wymknął się wyjściem za sceną.
Od hali, w której miał odbyć się koncert, promenada znajdowała się rzut beretem. Brian rozejrzał się nerwowo, lecz nigdzie nie dostrzegł Sainta. Odnalazł murek, na którym grywał chłopiec, ale tu również go nie było. „Może jest jeszcze za wcześnie” – powiedział sobie w myślach. Przysiadł w tym miejscu i cierpliwie czekał, aż Saint pojawi się na promenadzie ze zniszczoną gitarą, z którą potrafił robić tak niesamowite rzeczy, mimo iż był samoukiem. Został tam ponad godzinę, jednak widział, że musi wracać, aby pomagać w przygotowaniach. Na murku przykleił plakat, który dostał od Todda, z nadzieją, ze Saint zobaczy go i przyjdzie na koncert.
Scena powoli wypełniała się scenografią, ustawiono maszyny, z których miał wydobywać się dym, a chłopaki ćwiczyli z Davidem swoje partie wokalne. Lubli uczyć się od niego różnych technik, chociaż nie byli idealnymi wokalistami, zawsze chętnie dośpiewywali chórki.
-Brian, jesteś. – Poklepał go po plecach Garry – Gdzie ty byłeś? Mam wrażenie, że w ogóle cię dzisiaj nie widziałem.
-Jestem tu cały czas, po prostu ćwiczyłem na zapleczu.
-To dobrze, najważniejsze jest skupienie. Pamiętaj, że oprócz palców musisz rozgrzać jeszcze struny głosowe.
-Już dołączam do chłopaków – odetchnął z ulgą i zajął miejsce obok Davida.
-Znalazłeś Sainta? – spytał go Maks.
-Nie było go na promenadzie. Sprawdzę jeszcze po południu.
W tym momencie za kulisami zjawiła się Suzi, a za nią ciężko wtoczyła się Jenny i Emily. Po ich ciele spływały kropelki potu, miały jedynie naturalny makijaż, a włosy związane wysoko, na czubku głowy.
-Widzę, że Suzi dała wam w kość – zaśmiał się Simon.
-Zakupy to jej żywioł. – Jenny zrzuciła kilka toreb z ramion prosto pod nogi chłopaków.
-Koniec gadania ! – przerwała im Suzy – Garry, zabieram chłopaków na przymiarkę. Zbierajcie się.
Przeszli do wielkiej, lustrzanej sali, która znajdowała się w tym samym budynku. Simon nastawił stojący tam sprzęt grający, na bardzo głośne „Girl I know” i rozpoczęli pokaz. Pierwszy w rockowe ciuchy wskoczył David. Ubrał ciemne, jeansowe spodnie, podarte miejscami, do tego szarą koszulkę z czarną czaszką i masywne buty w tym samym kolorze. Simon wyszedł zza prowizorycznego parawanu z prowokującą miną, mając na sobie czarną koszulę z czerwonymi mankietami i czarne jeansy. Patrick włożył t-shirt z ostrą grafiką i ciemne spodnie, za to Maks luźną koszulkę, którą i tak miał zamiar ściągnąć już po pierwszych dwóch kawałkach, oraz szare spodnie. Suzi oglądała ich dokładnie, poprawiała najmniejsze detale.
-Brian, pokaż się ! – krzyknęła do chłopaka za parawanem.
Piosenka zmieniła się na „Fever” i głos Matta Tucka wypełnił całą sale. Wraz z nią ukazał się Brian. Pewnym krokiem przeszedł od prowizorycznej przebieralni w stronę lustrzanej ściany. Wszystkim dziewczyną opadły szczęki. Brian miał na sobie czarne, bardzo wąskie, poszarpane przy nogawkach i kieszeniach spodnie, obszyte naszywką w czerwoną kratę na kolanie. W dodatku ciemna, grafitowa koszula, której rękawy podwinął do połowy oraz workery w kontrastującym, bordowym kolorze. Gdy po sali przemknęły dźwięki wersów:
Come here you naughty girl you're such a tease
You look so beautiful down on your knees
Keep on those high heel shoes rip off all your clothes
You smell so fucking good it makes me lose control!
Brian nieświadomy swojego seksapilu odrzucił czarne włosy i
obdarzył Jenny najbardziej prowokującym ze wszystkich spojrzeń, przygryzając
przy tym dolną wargę.
- You look so beautiful – wyszeptała mu do ucha Jenny i wbiła paznokcie w okolicach łopatek.
-Nie odpuszczę ci tej nocy – powiedział w odezwie.
-Tu niczego nie trzeba poprawiać. – Spojrzała na niego zza hipsterskich okularów Suzi.
W tym momencie do sali wbiegł Garry.
-Koniec tej zabawy synki – powiedział – Na próbę, no już.
-Czy będziemy mieć później jakąś przerwę?
-Wy cały czas macie „przerwę” David. Do pracy !
Ostatnie sprawdzanie instrumentów, próba mikrofonów, sprytnie migające oświetlenie i mała dawka dymu. Zaraz po tym za sceną pojawia się catering, który przygotowuje back stage do koncertu.
-Wszystko w porządku , możemy schodzić – rozległ się głos operatora.
Chwilę później w hali pojawili się dziennikarze oraz fotografowie. Ci pierwsi rzucali się w pośpiechu do Garrego i zadawali mu setki pytań: jak pracuje się z chłopakami, czy są kapryśni, czy w ogóle mają talent, czy to prawda, że wspiera ich Avenged Sevenfold i dzielą razem studio, czy mają zamiar nagrać z nimi piosenkę i jak sprzedaje się płyta? Później razem z tymi drugimi otoczyli chłopaków z prośbą o krótki komentarz oraz „jedno zdjęcie”. W ten sposób minęło im bardzo intensywne popołudnie. Zostały im jakieś dwie krótkie godziny do koncertu, więc wszyscy rozeszli się w swoją stronę, aby należycie się do niego przygotować oraz skoncentrować się. Praca dziewczyn się jednak nie zakończyła, gdyż cały czas musiały być w gotowości do ewentualnych zmian. Na scenie, przed nią i za nią wszystko było już gotowe. Jenny nie miała nawet pojęcia, ile ciężkiej pracy trzeba włożyć w przygotowanie takiego wydarzenia. Tymczasem Brian trapiony niepokojem, znów ruszył w kierunku plaży kolorową promenadą. Przecież obiecał Saintowi, że zaprosi go na koncert, nie mógł go teraz zawieść. To dzięki temu dziarskiemu, trochę innemu niż wszyscy, bardzo silnemu emocjonalnie chłopcu znalazł w sobie wolę walki, zrozumiał, co liczy się dla niego najbardziej oraz uwierzył w coś, co wcześniej zwykł nazywać absurdem. Niepewnie wychylił się zza jednego ze straganów. Sainta nie było, ale ulotka z wiadomością o koncercie także zniknęła.
-Szukasz Sainta? – Za jego plecami pojawiła się starsza kobieta.
-Tak, skąd pani wie?
-Dałam mu plakat, który zostawiłeś tutaj rano. Prosił mnie, żebym tu na ciebie czekała. Zaświadczał, że przyjdziesz na pewno.
-Gdzie on teraz jest?
-Saint jest w szpitalu.
-Nie rozumiem... jak to w szpitalu? Coś się stało? Miał wypadek? I kim pani w ogóle jest? – nerwowo podniósł głos.
-Spokojnie. – Położyła dłoń na jego ramieniu – Nie miał wypadku – na te słowa Brian odetchnął z ulgą – Jestem babcią Sainta. Chłopcze, on ma raka. Raka serca. Zaatakował go nagle, wziął się za jego malutkie serduszko, a teraz pojawiły się przerzuty.
-Kiedy to się zaczęło?
-W czerwcu. Na początku mieliśmy nadzieję, że Saint z tego wyjdzie, że sobie poradzi. Teraz jego stan jest krytyczny, lekarze dają mu parę tygodni. Tak naprawdę... on może umrzeć w każdej chwili.
Jego nerwowy dotąd oddech ucichł. Na tą chwilę nie mógł uwierzyć w to wszystko. Problemy miały się przecież skończyć. Wszystko miało być w porządku. „To niemożliwe” – powiedział sobie w myślach.
-Muszę go zobaczyć.
-Miał nadzieje, że będziesz chciał go odwiedzić. Zażartował, że inaczej mam cię przyprowadzić siłą. Chodźmy, to niedaleko.
Uporczywą ciszę, która towarzyszyła im w drodze , przerwał ciepły głos kobiety:
-Saint ma tak bogatą wyobraźnie, że kiedy o tobie opowiadał, miałam wrażenie, że istniejesz jedynie w jego głowie. Nie jesteś jednak wytworem wyobraźni małego chłopca. Kazał mi się za ciebie modlić. Za ciebie i za twoich przyjaciół. Byłam wtedy jeszcze chora. Spytałam :”Czy ten twój Brian naprawdę istnieje? Nie wolno zawracać gitary Panu Bogu, jeżeli coś dzieje się tylko w naszej głowie”. Nie masz pojęcia co czułam, kiedy spojrzał na mnie wielkimi, mądrymi oczami i powiedział „Pan Bóg na pewno będzie chciał pomóc Brianowi”. Wtedy uwierzyłam, że istniejesz.
-Czy rak jest u niego genetyczny?
-Prawdopodobnie tak. Kiedy na początku czerwca wróciło mi zdrowie, on zachorował jakieś dwa tygodnie później. Jest coś jeszcze...
-Co takiego?
-Saint jest chory na autyzm. Właśnie dlatego wciąż powtarzam, że wiele rzeczy dzieje się jedynie w jego głowie. Stąd też te niesamowite zdolności gitarowe. Autystyczne dzieci mogą być geniuszami w jednej, konkretnej dziedzinie. Ma tylko swoją gitarę, dlatego zawsze powtarza, że to jego sens życia.
-Zastanawia mnie jedno... słyszałem, że ludzie chorzy na autyzm są zamknięci na świat zewnętrzny. Saint wydał mi się normalnym chłopcem, obserwatorem, dużo ze mną rozmawiał, grał na promenadzie przed setkami spojrzeń ludzkich.
-To wyjątkowe. Saint rozmawia tylko ze mną. Musisz być dla niego bardzo ważny, że aż tak ci zaufał. Jesteśmy na miejscu. – Wskazała na śnieżnobiały budynek – Brian, musisz wiedzieć, że tutaj śmierć pląta się od sali do sali. Przygotuj się, że przebywanie tutaj wcale nie jest łatwe.
Miała racje. Dziecięcy Oddział Leczenia Chorób Nowotworowych był dość przerażający. Chociaż ostatnio Brian sam wyszedł zwycięsko z zetknięcia się ze śmiercią, tutaj działo się coś zupełnie innego. Te małe, blade i kruche ciałka, które w żaden sposób nie zasłużyły na krzywdę oraz wielkie oczy, które powoli gasły.
-To tutaj. – Babcia wskazała mu sale.
Saint leżał odwrócony tyłem do drzwi. Na jego głowie nie było ani jednego, złotego włoska.
-To skutki chemioterapii – szepnęła mu do ucha siwa staruszka – Saint, masz gościa.
Brian z niemałą obawą podszedł do łóżka Sainta. Chłopiec odwrócił się ciężko, lecz na widok przyjaciela jakby pojaśniał.
-Cześć Saint, jak się czujesz?
-Dobrze, bo tu jesteś. Masz koncert?
-Tak, pierwszy z nowej trasy. Powiedz mi Saint, skąd wiedziałeś, że przyjdę?
-Czułem, że mnie nie zostawisz.
-Ale ja nie wiedziałem, że jesteś chory.
-To nie ważne. Wróciłeś do mnie na murek raz jeszcze, bo się martwiłeś. Wiedziałem, że wyda ci się dziwne, że mnie tam nie ma.
-Saint, wiesz ile się u mnie zmieniło? Wróciłem na scenę i odzyskałem zespół, Jenn do mnie wróciła. Miałem wypadek i przez dwa tygodnie byłem w śpiączce. Teraz jestem tutaj, wyszedłem z tego, bo we mnie wierzyłeś. Ty też sobie poradzisz – zapewniał go.
-Tak bardzo chciałem być na twoim koncercie – westchnął chłopiec.
-I wciąż możesz być. Mamy godzinę – powiedział zerkając na zegarek.
-Ale ja nie mogę stąd wychodzić. Brian, przepraszam, że cię zawiodłem.
W tej chwili obok babci Briana pojawił się lekarz.
-Myślę, że wyjście to dobry pomysł – uśmiechnął się do chłopca.
-Mogę iść na koncert? – rozpromienił się chłopiec.
-Sądzę, że tak, ale z babcią i lekarzem Paulem. Oczywiście za sceną, nie w szalejącym tłumie. I uważaj na siebie.
-Ja muszę już biec – odezwał się Brian – Niech pani przygotuje Sainta i przyjedźcie do hali na Sunny Road. Tu są bilety.- Podał jej trzy wejściówki za kulisy – Trzymaj się Saint.
Kiedy Brian wyszedł, a Saint zajął się obwiązywaniem głowy bandamą , jego babcia zwróciła się do lekarza:
-Panie doktorze, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
-Spokojnie. Być może spełnienie tego marzenia jest ostatnią rzeczą, którą możemy dla niego zrobić.
- You look so beautiful – wyszeptała mu do ucha Jenny i wbiła paznokcie w okolicach łopatek.
-Nie odpuszczę ci tej nocy – powiedział w odezwie.
-Tu niczego nie trzeba poprawiać. – Spojrzała na niego zza hipsterskich okularów Suzi.
W tym momencie do sali wbiegł Garry.
-Koniec tej zabawy synki – powiedział – Na próbę, no już.
-Czy będziemy mieć później jakąś przerwę?
-Wy cały czas macie „przerwę” David. Do pracy !
Ostatnie sprawdzanie instrumentów, próba mikrofonów, sprytnie migające oświetlenie i mała dawka dymu. Zaraz po tym za sceną pojawia się catering, który przygotowuje back stage do koncertu.
-Wszystko w porządku , możemy schodzić – rozległ się głos operatora.
Chwilę później w hali pojawili się dziennikarze oraz fotografowie. Ci pierwsi rzucali się w pośpiechu do Garrego i zadawali mu setki pytań: jak pracuje się z chłopakami, czy są kapryśni, czy w ogóle mają talent, czy to prawda, że wspiera ich Avenged Sevenfold i dzielą razem studio, czy mają zamiar nagrać z nimi piosenkę i jak sprzedaje się płyta? Później razem z tymi drugimi otoczyli chłopaków z prośbą o krótki komentarz oraz „jedno zdjęcie”. W ten sposób minęło im bardzo intensywne popołudnie. Zostały im jakieś dwie krótkie godziny do koncertu, więc wszyscy rozeszli się w swoją stronę, aby należycie się do niego przygotować oraz skoncentrować się. Praca dziewczyn się jednak nie zakończyła, gdyż cały czas musiały być w gotowości do ewentualnych zmian. Na scenie, przed nią i za nią wszystko było już gotowe. Jenny nie miała nawet pojęcia, ile ciężkiej pracy trzeba włożyć w przygotowanie takiego wydarzenia. Tymczasem Brian trapiony niepokojem, znów ruszył w kierunku plaży kolorową promenadą. Przecież obiecał Saintowi, że zaprosi go na koncert, nie mógł go teraz zawieść. To dzięki temu dziarskiemu, trochę innemu niż wszyscy, bardzo silnemu emocjonalnie chłopcu znalazł w sobie wolę walki, zrozumiał, co liczy się dla niego najbardziej oraz uwierzył w coś, co wcześniej zwykł nazywać absurdem. Niepewnie wychylił się zza jednego ze straganów. Sainta nie było, ale ulotka z wiadomością o koncercie także zniknęła.
-Szukasz Sainta? – Za jego plecami pojawiła się starsza kobieta.
-Tak, skąd pani wie?
-Dałam mu plakat, który zostawiłeś tutaj rano. Prosił mnie, żebym tu na ciebie czekała. Zaświadczał, że przyjdziesz na pewno.
-Gdzie on teraz jest?
-Saint jest w szpitalu.
-Nie rozumiem... jak to w szpitalu? Coś się stało? Miał wypadek? I kim pani w ogóle jest? – nerwowo podniósł głos.
-Spokojnie. – Położyła dłoń na jego ramieniu – Nie miał wypadku – na te słowa Brian odetchnął z ulgą – Jestem babcią Sainta. Chłopcze, on ma raka. Raka serca. Zaatakował go nagle, wziął się za jego malutkie serduszko, a teraz pojawiły się przerzuty.
-Kiedy to się zaczęło?
-W czerwcu. Na początku mieliśmy nadzieję, że Saint z tego wyjdzie, że sobie poradzi. Teraz jego stan jest krytyczny, lekarze dają mu parę tygodni. Tak naprawdę... on może umrzeć w każdej chwili.
Jego nerwowy dotąd oddech ucichł. Na tą chwilę nie mógł uwierzyć w to wszystko. Problemy miały się przecież skończyć. Wszystko miało być w porządku. „To niemożliwe” – powiedział sobie w myślach.
-Muszę go zobaczyć.
-Miał nadzieje, że będziesz chciał go odwiedzić. Zażartował, że inaczej mam cię przyprowadzić siłą. Chodźmy, to niedaleko.
Uporczywą ciszę, która towarzyszyła im w drodze , przerwał ciepły głos kobiety:
-Saint ma tak bogatą wyobraźnie, że kiedy o tobie opowiadał, miałam wrażenie, że istniejesz jedynie w jego głowie. Nie jesteś jednak wytworem wyobraźni małego chłopca. Kazał mi się za ciebie modlić. Za ciebie i za twoich przyjaciół. Byłam wtedy jeszcze chora. Spytałam :”Czy ten twój Brian naprawdę istnieje? Nie wolno zawracać gitary Panu Bogu, jeżeli coś dzieje się tylko w naszej głowie”. Nie masz pojęcia co czułam, kiedy spojrzał na mnie wielkimi, mądrymi oczami i powiedział „Pan Bóg na pewno będzie chciał pomóc Brianowi”. Wtedy uwierzyłam, że istniejesz.
-Czy rak jest u niego genetyczny?
-Prawdopodobnie tak. Kiedy na początku czerwca wróciło mi zdrowie, on zachorował jakieś dwa tygodnie później. Jest coś jeszcze...
-Co takiego?
-Saint jest chory na autyzm. Właśnie dlatego wciąż powtarzam, że wiele rzeczy dzieje się jedynie w jego głowie. Stąd też te niesamowite zdolności gitarowe. Autystyczne dzieci mogą być geniuszami w jednej, konkretnej dziedzinie. Ma tylko swoją gitarę, dlatego zawsze powtarza, że to jego sens życia.
-Zastanawia mnie jedno... słyszałem, że ludzie chorzy na autyzm są zamknięci na świat zewnętrzny. Saint wydał mi się normalnym chłopcem, obserwatorem, dużo ze mną rozmawiał, grał na promenadzie przed setkami spojrzeń ludzkich.
-To wyjątkowe. Saint rozmawia tylko ze mną. Musisz być dla niego bardzo ważny, że aż tak ci zaufał. Jesteśmy na miejscu. – Wskazała na śnieżnobiały budynek – Brian, musisz wiedzieć, że tutaj śmierć pląta się od sali do sali. Przygotuj się, że przebywanie tutaj wcale nie jest łatwe.
Miała racje. Dziecięcy Oddział Leczenia Chorób Nowotworowych był dość przerażający. Chociaż ostatnio Brian sam wyszedł zwycięsko z zetknięcia się ze śmiercią, tutaj działo się coś zupełnie innego. Te małe, blade i kruche ciałka, które w żaden sposób nie zasłużyły na krzywdę oraz wielkie oczy, które powoli gasły.
-To tutaj. – Babcia wskazała mu sale.
Saint leżał odwrócony tyłem do drzwi. Na jego głowie nie było ani jednego, złotego włoska.
-To skutki chemioterapii – szepnęła mu do ucha siwa staruszka – Saint, masz gościa.
Brian z niemałą obawą podszedł do łóżka Sainta. Chłopiec odwrócił się ciężko, lecz na widok przyjaciela jakby pojaśniał.
-Cześć Saint, jak się czujesz?
-Dobrze, bo tu jesteś. Masz koncert?
-Tak, pierwszy z nowej trasy. Powiedz mi Saint, skąd wiedziałeś, że przyjdę?
-Czułem, że mnie nie zostawisz.
-Ale ja nie wiedziałem, że jesteś chory.
-To nie ważne. Wróciłeś do mnie na murek raz jeszcze, bo się martwiłeś. Wiedziałem, że wyda ci się dziwne, że mnie tam nie ma.
-Saint, wiesz ile się u mnie zmieniło? Wróciłem na scenę i odzyskałem zespół, Jenn do mnie wróciła. Miałem wypadek i przez dwa tygodnie byłem w śpiączce. Teraz jestem tutaj, wyszedłem z tego, bo we mnie wierzyłeś. Ty też sobie poradzisz – zapewniał go.
-Tak bardzo chciałem być na twoim koncercie – westchnął chłopiec.
-I wciąż możesz być. Mamy godzinę – powiedział zerkając na zegarek.
-Ale ja nie mogę stąd wychodzić. Brian, przepraszam, że cię zawiodłem.
W tej chwili obok babci Briana pojawił się lekarz.
-Myślę, że wyjście to dobry pomysł – uśmiechnął się do chłopca.
-Mogę iść na koncert? – rozpromienił się chłopiec.
-Sądzę, że tak, ale z babcią i lekarzem Paulem. Oczywiście za sceną, nie w szalejącym tłumie. I uważaj na siebie.
-Ja muszę już biec – odezwał się Brian – Niech pani przygotuje Sainta i przyjedźcie do hali na Sunny Road. Tu są bilety.- Podał jej trzy wejściówki za kulisy – Trzymaj się Saint.
Kiedy Brian wyszedł, a Saint zajął się obwiązywaniem głowy bandamą , jego babcia zwróciła się do lekarza:
-Panie doktorze, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
-Spokojnie. Być może spełnienie tego marzenia jest ostatnią rzeczą, którą możemy dla niego zrobić.
No nie, tylko nie Saint... Taka pozytywna postać :( Smutam strasznie. Weź go nie uśmiercaj. Proszę
OdpowiedzUsuń"A lonely road, crossed another cold state line".. I chłopakom tak zaczęło się układać, z wydaniem płyty, koncertami, etc.. Luubię to <3 Podpisuję się pod komentarzem Vis, wierzę w to że Saint wyzdrowieje, ale widzę że to nie takie proste.. Strasznie to smutne, taki świetny chłopak i musi chorować.. Życie jednak bywa suką. Ciekawi mnie teraz, jak będzie na koncercie, cyz Brian będzie trzymał się na tyle, żeby zagrać, także pisz, pisz! ;) I trzymaj się tam jakoś, wracaj do zdrowia :*
OdpowiedzUsuńłącze się z tobą w bólu... mój nos działa teraz jak zepsuty kran i od kichania boli mnie wszystko dosłownie wszystko... czytałam z otwartą buzią tak mi się podobało. Saint i jego może ostatni koncert... całym sercem wierzę, że nie ostatni... jak wszyczy wiemy potrafisz zaskakiwać
OdpowiedzUsuńMhmmm cudowne wakacje po ciężkich przeżyciach. Mamy mają to do siebie, że zawsze wszystko przeżywają. I to smutne pożegnanie z rodzicami, wiadomo że martwią się o dziewczyny. W końcu otwiera się przed nimi nowa, nieznana droga, zaczynają ciężką pracę.Nie dziwię się, że Brian cały czas myślał o Saintcie, skoro dzięki niemu odzyskał chęć do walki o Jenny. Fajnie, że dziewczyny sobie poradziły ze sprzętem i w ogóle. Kurczę, Brian tak bardzo chce spotkać Sainta, a jego nigdzie nie ma :( Hah ta przymiarka była bardzo hot, ja bym tam wymiękła. I jeszcze to nie odpuszczę Ci tej nocy, uhu huu!
OdpowiedzUsuńSpotkanie z babcią Sainta wyciska mi łzy z oczu. I to jak Brian dowiaduje się o jego raku, i ze jest chory na autyzm. Ta niezwykłość tego, że ten chłopiec otworzył się na Briana wzrusza do głębi. Ta wiara małego chłopca, że wszystko się ułoży. Ten moment, w którym lekarz stwierdza, że to dobry pomysł z tym koncertem daje mały promyk nadziei na spełnienie marzenia małego chłopca, który wierzył najmocniej ze wszystkich.
Wiesz, że ten odcinek strasznie gra na moich uczuciach. Płaczę za każdym razem kiedy to czytam. Dziękuję Ci Kasiu za te wszystkie emocje.