Korzystając z weekendu - odcinek.
Niedzielny, bardzo spokojny poranek. Kilka promieni
słonecznych przebijających się przez zasłonki w pokoju Jenny. Ospanie i
egzystencjalny już smutek. Obudziła ją cisza. Czuła się dziwnie, trochę
niepewnie. Przetarła oczy i zerknęła na swoja sukienkę. Pogładziła ręką jej
koronkowe falbanki. Materiał pachniał jeszcze Brianem. Przytuliła ją mocno do
siebie, żeby zapamiętać to na długo. Póki świt, zaparzyła sobie herbatę i
usiadła na werandzie, spoglądając na morze. Było jakby martwe. Chmury także
stanęły w miejscu, chowając ostatni promyk słońca.
Brian był już na nogach od dobrych kilku godzin. Zdawało mu się, że tej nocy w ogóle nie spał. Zrobił już pierwszy, duży krok naprzód, jednak wciąż chciał więcej i więcej. Nigdy za wiele speszonego uśmiechu Jenny.
Zajrzał do pokoju Emily, w którym spała na łóżku razem z Maksem. Nie mógł się powstrzymać od odsłonięcia rolet, przez co ostre słońce poraziło po oczach parę.
-Dzień dobry gołąbeczki! – Przysiadł na brzegu ich łóżka – Pora wstawać !
-Brian, człowieku, daj żyć! – Maks nakrył się kołdrą. Emily założyła koszulkę System Of A Down i przysiadła obok brata.
-Jak wygląda sprawa z Jenn? Widziałam, że jakimś cudem udało ci się wczoraj wyciągnąć ją na parkiet.
-A nawet odwieźć do domu.
-Jak to? – Emily popatrzyła na niego zdziwiona.
-Po prostu Emi. Martwiłem się o nią, było ciemno, zimno i późno, a ona wracała sama do domu.
-Co zamierzasz teraz zrobić? – Maks podniósł się i rozejrzał po pokoju w poszukiwaniu spodni.
-Pojadę do Jenn. – Rzucił Maksowi zgubę – Muszę z nią porozmawiać.
-Nie sądzisz, że to za wcześnie? – spytała Em.
-A na co tu czekać? Chcę wreszcie mieć to za sobą, nie chcę tracić czasu, który mógłbym spędzić z Jenny.
-Znowu mówisz o sobie. Zastanowiłeś się, czego Jenn teraz potrzebuje?
-Nie uważasz, że należy jej się trochę czasu? Wiesz przecież, że mimo całej tej otoczki Jenny to bardzo wrażliwa dziewczyna – dodał Maks.
-Wiem, ale to nic nie zmienia. Jadę do niej.
Kiedy już wyszedł, Maks powiedział:
-Kocha ją jak wariat.
-To cholernie niepoprawne uczucie.
Brian był już na nogach od dobrych kilku godzin. Zdawało mu się, że tej nocy w ogóle nie spał. Zrobił już pierwszy, duży krok naprzód, jednak wciąż chciał więcej i więcej. Nigdy za wiele speszonego uśmiechu Jenny.
Zajrzał do pokoju Emily, w którym spała na łóżku razem z Maksem. Nie mógł się powstrzymać od odsłonięcia rolet, przez co ostre słońce poraziło po oczach parę.
-Dzień dobry gołąbeczki! – Przysiadł na brzegu ich łóżka – Pora wstawać !
-Brian, człowieku, daj żyć! – Maks nakrył się kołdrą. Emily założyła koszulkę System Of A Down i przysiadła obok brata.
-Jak wygląda sprawa z Jenn? Widziałam, że jakimś cudem udało ci się wczoraj wyciągnąć ją na parkiet.
-A nawet odwieźć do domu.
-Jak to? – Emily popatrzyła na niego zdziwiona.
-Po prostu Emi. Martwiłem się o nią, było ciemno, zimno i późno, a ona wracała sama do domu.
-Co zamierzasz teraz zrobić? – Maks podniósł się i rozejrzał po pokoju w poszukiwaniu spodni.
-Pojadę do Jenn. – Rzucił Maksowi zgubę – Muszę z nią porozmawiać.
-Nie sądzisz, że to za wcześnie? – spytała Em.
-A na co tu czekać? Chcę wreszcie mieć to za sobą, nie chcę tracić czasu, który mógłbym spędzić z Jenny.
-Znowu mówisz o sobie. Zastanowiłeś się, czego Jenn teraz potrzebuje?
-Nie uważasz, że należy jej się trochę czasu? Wiesz przecież, że mimo całej tej otoczki Jenny to bardzo wrażliwa dziewczyna – dodał Maks.
-Wiem, ale to nic nie zmienia. Jadę do niej.
Kiedy już wyszedł, Maks powiedział:
-Kocha ją jak wariat.
-To cholernie niepoprawne uczucie.
Po drodze do
Jenny zatrzymał się w parku, gdzie przesiadywali razem bardzo często. Próbował
odnaleźć w sobie siłę i determinację, aby stoczyć walkę o osobę, która kocha.
Było ciepło, świat dopiero budził się do życia. Kwiaciarka rozkładała kwiaty na
małym kramiku. Były tam fiołki, bratki, tulipany, hortensje, niezapominajki i
róże. Te ostatnie to ulubione kwiaty Jenny.
-Poproszę jedną czerwoną róże i bukiecik niezapominajek.
-Zakochany? – spytała pani o siwych włosach.
-Tak, ale w dodatku głupi.
-Młodość. Powodzenia chłopcze. – Podała mu kwiatki i wróciła do swoich zajęć.
Biegł do samochodu jak szalony. Był już pewien, że wszystko będzie dobrze, że uda się mu to wszystko pogodzić. Jeżeli nie wyjdzie im z muzyką, pójdzie na studia. Może nawet zabiorą dziewczyny na jesienną trasę. Sprawa z Michelle ucichnie, a póki co będzie się starał, w końcu ma o co.
I nagle ogłuszający pisk hamulców. Przeraźliwy krzyk starszej kwiaciarki. Brian zostaje odrzucony na odległość kilku metrów. Róża i kilka niezapominajek rozrzuconych gdzieś na jezdni i ciemno czerwona krew dobywająca się z jego głowy. Marzenia prysły, wiara jakby zginęła, ale nadzieja... ona zawsze umiera ostatnia.
-Poproszę jedną czerwoną róże i bukiecik niezapominajek.
-Zakochany? – spytała pani o siwych włosach.
-Tak, ale w dodatku głupi.
-Młodość. Powodzenia chłopcze. – Podała mu kwiatki i wróciła do swoich zajęć.
Biegł do samochodu jak szalony. Był już pewien, że wszystko będzie dobrze, że uda się mu to wszystko pogodzić. Jeżeli nie wyjdzie im z muzyką, pójdzie na studia. Może nawet zabiorą dziewczyny na jesienną trasę. Sprawa z Michelle ucichnie, a póki co będzie się starał, w końcu ma o co.
I nagle ogłuszający pisk hamulców. Przeraźliwy krzyk starszej kwiaciarki. Brian zostaje odrzucony na odległość kilku metrów. Róża i kilka niezapominajek rozrzuconych gdzieś na jezdni i ciemno czerwona krew dobywająca się z jego głowy. Marzenia prysły, wiara jakby zginęła, ale nadzieja... ona zawsze umiera ostatnia.
Emily biegła ocierając z policzków kapiące łzy. W desperacji zaczęła mocno walić w drzwi Jenny.
-Em, Emi kochanie, co się stało? – Objęła ją przyjaciółka.
-Brian...on... miał wypadek.
-Wypadek? Jak to?! Co z nim? – Jenny wyprostowała się nadto, a jej oczy zaszkliły się łzami.
-Jechał do ciebie, prawdopodobnie wysiadł z samochodu. Uderzyła w niego ciężarówka.
-Czy on...?
-Żyję, ale jest w szpitalu. Zapadł w śpiączkę.
-Co my tu jeszcze robimy? Tato! – zawołała – Zawieź nas szybko do szpitala!
Na miejscu były już po pięciu minutach. Na szpitalnym korytarzu stali wszyscy członkowie In The Darkness. Megan histerycznie próbowała odnaleźć lekarza, zalewając się przy tym łzami, a Steve starał się ją jakoś uspokoić.
-Jenny, jak dobrze, że jesteś ! – Megan przytuliła ją z całej siły.
-Co z Brianem?
-Lekarze nie chcą mnie do niego wpuścić. Wiemy tylko...- wybuchła płaczem - że jego stan jest krytyczny.
Usiedli na korytarzu z twarzami schowanymi w dłoniach. Jenny płakała jak dziecko. Simon starał się ją pocieszyć, jednak nic nie pomagało. Po jakiś dwóch godzinach podszedł do nich młody lekarz.
-Jedna osoba może wejść do pac jęta, ale tylko na pięć minut.
-Chcesz wejść Jenn? – spytała Megan.
-Nie. To pani jest matką. Powie nam pani, co z nim.
Megan niepewnie weszła do sali. Brian był blady, jego oczy sine, twarz poharatana, a głowa dookoła obwiązana bandażem. Był podłączony do respiratora i nie oddychał nawet samodzielnie.
-Synku...- szepnęła, a z jej oczu popłynęły łzy.
Usiadła na krzesełku obok szpitalnego łóżka. Chwyciła go za dłoń i ucałowała ją delikatnie.
-Brian, proszę, obudź się. Wszyscy na ciebie czekają. Jestem tu ja i tata, całe In The Darkness, Emily, a nawet Jenn i jej rodzice. Wszyscy liczą, że się obudzisz. Brian... Wszystko będzie już dobrze. Pójdziecie z chłopakami na szaloną imprezę, będziesz spędzać cudowne wieczory z Jenn. Pozwolę ci nawet palić te twoje czerwone Marlboro. Oczywiście nie od razu, ale obiecuję, że wszystko wróci do normy. Tylko proszę, obudź się synku.
W odezwie usłyszała tylko dźwięk respiratora.
-Proszę pani, syn nie jest w za dobrym stanie, więc trzeba dać mu odrobinę spokoju. Wizyty nie mogą być za długie. Niech pani i jego przyjaciele jadą do domu. Odpocznijcie, prześpijcie się i przyjedźcie jutro. Może będziemy wiedzieć już więcej.
-Panie doktorze, czy on z tego wyjdzie?
-Trzeba mieć nadzieje. Ma silny organizm, który się broni. Jeżeli się nie podda i będzie walczył, to wszystko powinno być dobrze.
Gdy wyszła, została obsypana masą pytań:
-Co z nim? – spytał Patrick.
-W jakim jest stanie? –dodała roztrzęsiona Emily.
-Możemy do niego wejść? – zapytał David.
-Nie. Nie. Lekarz powiedział, że trzeba go teraz zostawić i dać mu odpocząć. My też powinniśmy jechać do domu.
-To prawda, na razie nic tu po nas – powiedział John.
-Chcę zostać tato! – Jenny dopiła ostatni łyk gorzkiej kawy z automatu.
-Kocie, to nie jest dobry pomysł. Pojedziemy do domu, prześpisz się trochę, odpoczniesz od tego wszystkiego i przyjedziemy jutro, obiecuję.
-Dobrze, w takim razie wracajmy.
Ciężko upadła na łóżko przy akompaniamencie „Scream”. Nie
mogła poradzić sobie z chwytającymi ją za kark myślami. W obliczu największej
tragedii zdała sobie sprawę, że oddałaby swoje życie, za życie jej ukochanego.
Przebaczyłaby mu wszystko. Scream. Scream. Scream. Jej dusza krzyczała, a ona
sama nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Kiedy ten koszmar się skończy?
Obudziła się półżywa. Nawet nie pamięta w jaki sposób i przy której z rzędu łzie zasnęła. Ból miażdżył jej żebra, myśli z tytanu wypełniały jej głowę. Miłość, tak ciężka, trudna i skomplikowana tliła się na dnie serca malutką iskierką, aby zaraz przeobrazić się w ogromny płomień.
Związała w włosy w luźną kitkę, wciągnęła byle jakie spodnie i luźną koszulkę Metallicy. W pośpiechy zbiegła na dół i niezdarnie włożyła martensy.
-Nie zjesz śniadania kocie?
-Nie jestem głodna.
-Weź chociaż drugie śniadanie do szkoły – powiedział zmartwiony jej stanem John.
-Tato, ja... nie idę do szkoły.
-Biegniesz do Briana? Może dzisiaj pozwolą ci do niego wejść. – Pogłaskał ją po głowie.
-Mam nadzieję.
Pusty korytarz. Zimno i szaro. Oddział Intensywnej Terapii wypełniony był ciszą.
-Dzień dobry – zaczepiła lekarza, z którym rozmawiali wczoraj – Jest tutaj mój chłopak, Brian. Przywieziono go wczoraj, z wypadku. Chciałabym zapytać, jak aktualnie wygląda sytuacja.
-Takich informacji udzielamy tylko rodzinie – powiedział, po czym spojrzał w jej załzawione, podkrążone oczy – No dobrze...Jego stan jest stabilny. Nieznacznie się poprawił. Możesz do niego wejść.
-Naprawdę? Dziękuję – uśmiechnęła się blado.
Wchodząc do sali bała się przeraźliwego dźwięku respiratora, do którego podłączony był Brian. Odetchnęła niemrawo i rozejrzała się po pomieszczeniu.
-Cześć kochanie – powiedziała i chwyciła jego dłoń – Nie wiem czy w ogóle mnie słyszysz...Zresztą, to nie ważne. Taki duży z ciebie chłopak, a nie potrafisz przejść przez ulicę – zaśmiała się przez łzy – Pewnie nie będę miała odwagi powiedzieć ci tego, kiedy będziesz już przy mnie, bo będziesz, prawda? Chcę ci powiedzieć, że ten bal z tobą był cudowny. Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko mi było ukryć uśmiech, kiedy pojawiłeś się w drzwiach i kiedy wszedłeś na scenę. Widać, że to twój żywioł. Prawdę mówiąc, cicho liczyłam na to, że będziesz na tyle silny i przyjedziesz. Tęskniłam za twoją bliskością. Oddychaj dla mnie kochanie. To co złe już za nami, niech wszystko wróci do normy – zbliżyła się do jego twarzy – Tak cierpię, kiedy widzę, jak tu leżysz. Wróć do mnie. Będziemy znów siedzieli razem na werandzie i czekali na zachód słońca. Będziemy spędzać gorące noce na zmianę z tymi spokojnymi, na plaży, w oczekiwaniu na wschód słońca. Będziesz robił mi tosty z serem, a ja tobie gorącą herbatę. Pogodzę się z tym, że jedziesz w trasę, bez żadnych wyrzutów. Będzie jak dawniej, a nawet lepiej, tylko proszę cię, wróć do mnie kolejny raz...
Przenikliwa cisza wypełniła jej serce. Miała przez ułamek sekundy nadzieję, że to coś zmieni, że Brian otworzy oczy i uśmiechnie się najbliższym jej uśmiechem numer trzy, ukazując przy tym śnieżnobiałe zęby i powie coś w stylu : „Jenn, kotku, już dobrze. Ślicznie wyglądasz z podkrążonymi oczami”. Nic takiego się jednak nie stało. Otarła ukradkiem łzę z bladego policzka. Jeszcze mocniej chwyciła jego dłoń. W takim pełnym milczenia cierpieniu mijały jej kolejne godziny.
Do sali weszła Megan. Miała na sobie jeansy i szeroką bluzę, co odbiegało od jej codziennego stylu.
-Jenn, kochanie, jak długo tu jesteś? – Pogłaskała ją po głowie.
-Od samego rana. Rozmawiała pani z lekarzem? Mnie pozwoli tylko tu przebywać, ale nie udzieli żadnych informacji.
-Doktor, który przyjął wczoraj Briana, będzie jego lekarzem prowadzącym. Od tej pory wszystkie pytania, obawy, mamy kierować do niego. Powiedział, że stan Briana się ustabilizował, jednak na dalsze postępy trzeba będzie czekać.
-Jak długo?
-Nie mam pojęcia. Najważniejsze, żeby zaczął samodzielnie oddychać. Lekarz powiedział, że możemy spędzać z nim całe dnie, a nawet noce. Żeby nie zostawiać go samego. Przyniosłam ci coś do jedzenia.
-Nie mam apetytu. Czy pani wierzy, że Brian da sobie radę?
-Musze wierzyć. Wiesz jaki jest Brian. Uparciuch z niego. Nigdy się nie poddaje. Ty razem też tak będzie. Zobaczysz Jenny, jeszcze tak cię wymęczy, że będziesz miała do dosyć.
-Już nigdy. Niech tylko z tego wyjdzie.
Obudziła się półżywa. Nawet nie pamięta w jaki sposób i przy której z rzędu łzie zasnęła. Ból miażdżył jej żebra, myśli z tytanu wypełniały jej głowę. Miłość, tak ciężka, trudna i skomplikowana tliła się na dnie serca malutką iskierką, aby zaraz przeobrazić się w ogromny płomień.
Związała w włosy w luźną kitkę, wciągnęła byle jakie spodnie i luźną koszulkę Metallicy. W pośpiechy zbiegła na dół i niezdarnie włożyła martensy.
-Nie zjesz śniadania kocie?
-Nie jestem głodna.
-Weź chociaż drugie śniadanie do szkoły – powiedział zmartwiony jej stanem John.
-Tato, ja... nie idę do szkoły.
-Biegniesz do Briana? Może dzisiaj pozwolą ci do niego wejść. – Pogłaskał ją po głowie.
-Mam nadzieję.
Pusty korytarz. Zimno i szaro. Oddział Intensywnej Terapii wypełniony był ciszą.
-Dzień dobry – zaczepiła lekarza, z którym rozmawiali wczoraj – Jest tutaj mój chłopak, Brian. Przywieziono go wczoraj, z wypadku. Chciałabym zapytać, jak aktualnie wygląda sytuacja.
-Takich informacji udzielamy tylko rodzinie – powiedział, po czym spojrzał w jej załzawione, podkrążone oczy – No dobrze...Jego stan jest stabilny. Nieznacznie się poprawił. Możesz do niego wejść.
-Naprawdę? Dziękuję – uśmiechnęła się blado.
Wchodząc do sali bała się przeraźliwego dźwięku respiratora, do którego podłączony był Brian. Odetchnęła niemrawo i rozejrzała się po pomieszczeniu.
-Cześć kochanie – powiedziała i chwyciła jego dłoń – Nie wiem czy w ogóle mnie słyszysz...Zresztą, to nie ważne. Taki duży z ciebie chłopak, a nie potrafisz przejść przez ulicę – zaśmiała się przez łzy – Pewnie nie będę miała odwagi powiedzieć ci tego, kiedy będziesz już przy mnie, bo będziesz, prawda? Chcę ci powiedzieć, że ten bal z tobą był cudowny. Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko mi było ukryć uśmiech, kiedy pojawiłeś się w drzwiach i kiedy wszedłeś na scenę. Widać, że to twój żywioł. Prawdę mówiąc, cicho liczyłam na to, że będziesz na tyle silny i przyjedziesz. Tęskniłam za twoją bliskością. Oddychaj dla mnie kochanie. To co złe już za nami, niech wszystko wróci do normy – zbliżyła się do jego twarzy – Tak cierpię, kiedy widzę, jak tu leżysz. Wróć do mnie. Będziemy znów siedzieli razem na werandzie i czekali na zachód słońca. Będziemy spędzać gorące noce na zmianę z tymi spokojnymi, na plaży, w oczekiwaniu na wschód słońca. Będziesz robił mi tosty z serem, a ja tobie gorącą herbatę. Pogodzę się z tym, że jedziesz w trasę, bez żadnych wyrzutów. Będzie jak dawniej, a nawet lepiej, tylko proszę cię, wróć do mnie kolejny raz...
Przenikliwa cisza wypełniła jej serce. Miała przez ułamek sekundy nadzieję, że to coś zmieni, że Brian otworzy oczy i uśmiechnie się najbliższym jej uśmiechem numer trzy, ukazując przy tym śnieżnobiałe zęby i powie coś w stylu : „Jenn, kotku, już dobrze. Ślicznie wyglądasz z podkrążonymi oczami”. Nic takiego się jednak nie stało. Otarła ukradkiem łzę z bladego policzka. Jeszcze mocniej chwyciła jego dłoń. W takim pełnym milczenia cierpieniu mijały jej kolejne godziny.
Do sali weszła Megan. Miała na sobie jeansy i szeroką bluzę, co odbiegało od jej codziennego stylu.
-Jenn, kochanie, jak długo tu jesteś? – Pogłaskała ją po głowie.
-Od samego rana. Rozmawiała pani z lekarzem? Mnie pozwoli tylko tu przebywać, ale nie udzieli żadnych informacji.
-Doktor, który przyjął wczoraj Briana, będzie jego lekarzem prowadzącym. Od tej pory wszystkie pytania, obawy, mamy kierować do niego. Powiedział, że stan Briana się ustabilizował, jednak na dalsze postępy trzeba będzie czekać.
-Jak długo?
-Nie mam pojęcia. Najważniejsze, żeby zaczął samodzielnie oddychać. Lekarz powiedział, że możemy spędzać z nim całe dnie, a nawet noce. Żeby nie zostawiać go samego. Przyniosłam ci coś do jedzenia.
-Nie mam apetytu. Czy pani wierzy, że Brian da sobie radę?
-Musze wierzyć. Wiesz jaki jest Brian. Uparciuch z niego. Nigdy się nie poddaje. Ty razem też tak będzie. Zobaczysz Jenny, jeszcze tak cię wymęczy, że będziesz miała do dosyć.
-Już nigdy. Niech tylko z tego wyjdzie.
I już się wydawało, że wszystko cudownie się ułoży!!! Brian w końcu odnalazł w sobie chęć do walki o Jenny. O swoje szczęście i o swój sens życia. I w takiej chwili złośliwy los płata figla. Nic nie jest takie jak powinno być i tak naprawdę możemy snuć plany, a tak naprawdę nic od nas nie zależy. Czas i przypadek może sprawić, że nie będzie nam dane zrealizować swoich planów. Brian chciał walczyć o Jenny, jednak teraz musi stoczyć o wiele cięższą walkę. Walkę o własne życie. Domyślam się, co przeżywa Jenny i cała reszta rodziny. Jaki to musiał być dla nich szok, jaki ból. Ten moment kiedy Jenny mówi do Briana, że on tak wiele dla niej znaczy rozwala mnie doszczętnie. Po prostu siedzę, ryczę i nie mogę przestać. Z resztą Ty sama najlepiej wiesz. Mam nadzieję, że Brian będzie walczył. Bo nadzieja zawsze umiera ostatnia....
OdpowiedzUsuńYour FoREVer and Always sad today Joann
Brian w wypadku. :/ Tak, było by zbyt pięknie gdyby wszystko się ułożyło od razu. Oby szybko z tego wyszedł, bardzo ważne że jego bliscy mają tyle nadziei.. Biedna Jenn.
OdpowiedzUsuńDługo nie mogłam wziąć się do napisania komentarza tutaj. Przeczytałam rozdział parę razy, i nic. Nie wiedziałam, co napisać. No ale w końcu trzeba. :)
OdpowiedzUsuńCzytając początek miałam już nadzieję, że jakoś się ułoży. Brian wreszcie zaczął konkretnie działać, Jenny też chciała mu już wybaczyć, no i chyba uznałaś, że będzie za wesoło, jak się pogodzą :P Zatkało mnie, jak zdarzył się ten wypadek, wiesz, spodziewałam się już najgorszego.. /pesymizm, zawsze../ . No ale dobrze, że stan Briana się trochę polepszył. Pewnie dużą korzyścią dla jego zdrowia jest to, że są przy nim bliscy, bo [nie znam się, ale chyba] ludzie w śpiączce słyszą, co się do nich mówi, przynajmniej tak mi się wydaje. Oby Brian słyszał, co mówiła do Niego Jenny. :) Teraz trzymam kciuki, żeby się obudził.
Jak zawsze zachwycona odcinkiem, Wasp.
[ + nie wiem, czy Ci to mówiłam [zapewnie nie], ale strasznie podobają mi się zdjęcia Gatesa w tle bloga :) ]
kiedy Jenn mówiła do Briana, to tak bardzo chciałam, żeby on jednak otworzył oczy i chociaż coś wychrypiał. kurczę, po prostu sorrow na maksa, a do tego mistrzowsko opisany. też spodziewałam się, że Brian zginie, ta krew zalała wszystko..
OdpowiedzUsuńczekam na kolejny. genialnie piszesz. :)
Kurcze, jak ja nie lubię takich wypadków. Zawsze mam ciary.... Teraz Jenn doceni co mogła stracić. Mam nadzieję, że Brian wyjdzie z tego. Chyba nie uśmiercisz głównego bohatera?
OdpowiedzUsuń