Cześć misie. Wiem, że długo mnie nie było i trochę Was zaniedbałam, ale oczywiście już nadrobiłam komentarze przy Waszych wszystkich cudownych odcinkach. Mam nadzieję, że chociaż troszkę czekaliście na mój. Tak więc zapraszam.
Czerwiec, chociaż
z początku zapowiadał się miesiącem wielkich nadziei i powrotów, teraz ociekał
smutkiem i sypał się bardzo kruchą wiarą. Marna egzystencja nie dawała o sobie zapomnieć.
Jenny każdego dnia od razu po szkole biegła do szpitala. Siadała na brzegu
łóżka i całowała dłonie Briana. Zawsze towarzyszyła jej Emily, a bardzo często
również chłopaki z In The Darkness i ich dziewczyny. Kiedy wszyscy już
rozchodzili się do domów, Jenny kładła się obok Briana i tak zasypiała. Lekarz
na początku zabraniał jej tego mówiąc, że powinna odpoczywać i wysypiać się w
swoim własnym łóżku, żyć normalnie. Od czasu wypadku wszystko stanęło na
głowie. Jenny i Emily zwolniły się z pracy, a chłopaki ograniczyli nagrania.
Rodzice Briana zrezygnowali z koncertów. Z czasem John i lekarz Briana
pogodzili się z tym, że Jenny nie da za wygraną. Siedząc obok Briana,
opowiadała mu, co wydarzyło się danego dnia, powtarzała żarty Johna, które tak
lubił, nowinki ze świata muzyki. Mówiła, w co jest ubrana, co śmiesznego
zrobili dziś chłopaki, co działo się w szkole, co jadła na obiad i jakiej
solówki się nauczyła. Tak minął już tydzień codziennego koszmaru ekipy z
Huntington Beach. Tego dnia również nic nie zwiastowało zmiany.
-Wiesz Brian, dzisiaj fale są niesamowicie wysokie, bo wieje silny wiatr. Nic cię nie omija, bo na dworze jest przeraźliwe zimno. Jimmy uciekł mi dziś na plaży, nie mogłam złapać go przez dobre pół godziny. Nawet nie masz pojęcia, jak komicznie to wyglądało – zaśmiała się i pogłaskała go po głowie.
-Dzień dobry Jenny – do sali wszedł doktor – Jak się czujesz?
-Czy to przywilej lekarzy, żeby wszystkich pytać jak się czują? To nie ja jestem tu pacjentką.
Zerknął na nią spod karty z przebiegiem stanu zdrowia Briana.
-Ty szczególnie powinnaś o siebie dbać. Nie chodzi to tylko o twoje zdrowie fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne.
-Chce mi pan powiedzieć, że zwariowałam, bo do niego mówię?
-Skądże, to nawet dobrze. Dzięki temu masz przekonanie, że ciągle jest przy tobie. Nie wolno ci o tym zapominać.
Nagle przeraził ją piskliwy dźwięk respiratora.
-Co się dzieję?
-Proszę stąd wyjść .– Doktor nerwowo podbiegł do aparatury.
-Ale..
-Wyjdź Jenny! Zadzwoń do jego rodziców.
Lekarze przystąpili do akcji ratunkowej. Jenny stanęła przy szybie i nie potrafiła opanować łez. Rodzice Briana wraz z Emily i Maksem byli w szpitalu już chwilę później. Maks objął Jenny z całej siły.
-Co się tu stało Jenn?
-Rozmawiałam z lekarzem, nagle aparatura zaczęła szaleć.
-No już Jenny, nie płacz. – Steve pogłaskał ją po plecach.
Doktor wyszedł na korytarz.
-Było nerwowo, ale udało nam się odratować Briana. Nie będę państwa oszukiwał. Jego stan znacznie się pogorszył. Trzy najbliższe doby będą decydujące, ale... jest bardzo źle. Teraz poproszę do siebie rodziców. Chciałbym z wami porozmawiać.
Zaprosił ich do swojego gabinetu.
-Sytuacja nie wygląda za dobrze. Zdaję się, że organizm przestał się bronić. Brian się poddał.
-To niemożliwe... – Ojciec objął płaczącą żonę.
-Nie chcę być złym prorokiem, ale być może trzeba przygotować się na pożegnanie. Brian na małe szanse, więc pozostaje tylko nadzieja, że dobrze stoczy tą ostatnią walkę o swoje życie. My już nic nie możemy zrobić.
Megan pobladła. Ledwo trzymając się na nogach, podtrzymywana przez Steva wyszła z gabinetu lekarza.
-Co się dzieję? – spytała ją Emily.
-Nic córciu – odpowiedział jej ojciec – Musimy czekać, a dzisiaj dać już Brianowi odpocząć. Zbieramy się dzieciaki.
Przechodząc obok sali, Jenny zatrzymała się na chwilę. Brian był teraz tak daleko od niej. Zbyt daleko. Powoli wszystko w niej umierało. Jakakolwiek wiara i nadzieja. Brian umierał. Nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. Jedynie miłość tliła się gorącym płomieniem.
-Trzymaj się kochanie – szepnęła.
W drodze do domu Megan i Steven nie rozmawiali ze sobą. Bali się słów wypowiedzianych przedwcześnie. Przerwała nagle nerwową cisze.
-Dlaczego nie powiedziałeś dzieciakom prawdy?
-Kochanie, niech chociaż oni się nie martwią i mają nadzieję.
-Ty jej nie masz?
-Ciężko ją mieć po takiej diagnozie. Oni są młodzi, podchodzą do tego wszystkiego emocjonalnie, my – racjonalnie.
-Nie poznaję cię Steven. Skreśliłeś już Briana...
-Nigdy tak nie mów! Wierzę, że on sobie poradzi, jestem jednak przygotowany na najgorsze.
-Wiesz Brian, dzisiaj fale są niesamowicie wysokie, bo wieje silny wiatr. Nic cię nie omija, bo na dworze jest przeraźliwe zimno. Jimmy uciekł mi dziś na plaży, nie mogłam złapać go przez dobre pół godziny. Nawet nie masz pojęcia, jak komicznie to wyglądało – zaśmiała się i pogłaskała go po głowie.
-Dzień dobry Jenny – do sali wszedł doktor – Jak się czujesz?
-Czy to przywilej lekarzy, żeby wszystkich pytać jak się czują? To nie ja jestem tu pacjentką.
Zerknął na nią spod karty z przebiegiem stanu zdrowia Briana.
-Ty szczególnie powinnaś o siebie dbać. Nie chodzi to tylko o twoje zdrowie fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne.
-Chce mi pan powiedzieć, że zwariowałam, bo do niego mówię?
-Skądże, to nawet dobrze. Dzięki temu masz przekonanie, że ciągle jest przy tobie. Nie wolno ci o tym zapominać.
Nagle przeraził ją piskliwy dźwięk respiratora.
-Co się dzieję?
-Proszę stąd wyjść .– Doktor nerwowo podbiegł do aparatury.
-Ale..
-Wyjdź Jenny! Zadzwoń do jego rodziców.
Lekarze przystąpili do akcji ratunkowej. Jenny stanęła przy szybie i nie potrafiła opanować łez. Rodzice Briana wraz z Emily i Maksem byli w szpitalu już chwilę później. Maks objął Jenny z całej siły.
-Co się tu stało Jenn?
-Rozmawiałam z lekarzem, nagle aparatura zaczęła szaleć.
-No już Jenny, nie płacz. – Steve pogłaskał ją po plecach.
Doktor wyszedł na korytarz.
-Było nerwowo, ale udało nam się odratować Briana. Nie będę państwa oszukiwał. Jego stan znacznie się pogorszył. Trzy najbliższe doby będą decydujące, ale... jest bardzo źle. Teraz poproszę do siebie rodziców. Chciałbym z wami porozmawiać.
Zaprosił ich do swojego gabinetu.
-Sytuacja nie wygląda za dobrze. Zdaję się, że organizm przestał się bronić. Brian się poddał.
-To niemożliwe... – Ojciec objął płaczącą żonę.
-Nie chcę być złym prorokiem, ale być może trzeba przygotować się na pożegnanie. Brian na małe szanse, więc pozostaje tylko nadzieja, że dobrze stoczy tą ostatnią walkę o swoje życie. My już nic nie możemy zrobić.
Megan pobladła. Ledwo trzymając się na nogach, podtrzymywana przez Steva wyszła z gabinetu lekarza.
-Co się dzieję? – spytała ją Emily.
-Nic córciu – odpowiedział jej ojciec – Musimy czekać, a dzisiaj dać już Brianowi odpocząć. Zbieramy się dzieciaki.
Przechodząc obok sali, Jenny zatrzymała się na chwilę. Brian był teraz tak daleko od niej. Zbyt daleko. Powoli wszystko w niej umierało. Jakakolwiek wiara i nadzieja. Brian umierał. Nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. Jedynie miłość tliła się gorącym płomieniem.
-Trzymaj się kochanie – szepnęła.
W drodze do domu Megan i Steven nie rozmawiali ze sobą. Bali się słów wypowiedzianych przedwcześnie. Przerwała nagle nerwową cisze.
-Dlaczego nie powiedziałeś dzieciakom prawdy?
-Kochanie, niech chociaż oni się nie martwią i mają nadzieję.
-Ty jej nie masz?
-Ciężko ją mieć po takiej diagnozie. Oni są młodzi, podchodzą do tego wszystkiego emocjonalnie, my – racjonalnie.
-Nie poznaję cię Steven. Skreśliłeś już Briana...
-Nigdy tak nie mów! Wierzę, że on sobie poradzi, jestem jednak przygotowany na najgorsze.
Kolejnego dnia,
zamiast do szpitala, Jenny obrała zupełnie inny kierunek. Minęła zielony
trawnik i stanęła przed wysokimi drzwiami.
-Dzień dobry Jenny - przywitała ją Megan – Emi nie ma w domu.
-Wiem. Przyszłam do pani.
-W takim razie zapraszam.
Salon, przez który Megan ją przeprowadziła, ciągnął się w nieskończoność. To jeszcze bardziej stresowało Jenny przed podjęciem tej rozmowy. Przysiadły w zieleniącym się ogrodzie, rozkwitłym od róż, tulipanów i prymulek.
-Co cię martwi Jenny?
-Wcale nie jest lepiej i nie ma co czekać, prawda? Pani mnie okłamuje.
-Skąd ten pomysł?
-Kiedy pani wyszła z gabinetu lekarza, wyglądała pani, jakby życie za chwilę miało się skończyć... – ciężko przełknęła ślinę – życie Briana...
-Nie mam serca, aby cię okłamywać. Jest bardzo źle. Brian przestał się bronić, jego organizm już nie walczy. Nie znaczy to jednak, że nie ma na co czekać. Jenny, ciebie szkoda mi najbardziej, jesteś jeszcze taka młoda. Będziesz musiała szybko dorosnąć. Niewiadomo, czy nie będziemy musieli pożegnać się z Brianem – odetchnęła głęboko – Wiesz, że Brian niósł ci róże i niezapominajki, kiedy to się stało? Znaleziono je dookoła jego ciała. Pewnie podczas uderzenia, wypadły mu z rąk. On tak bardzo cię kochał Jenny. Na początku w ogóle go nie poznawałam. Z aroganckiego, zbyt pewnego siebie gówniarza, zmienił się w dojrzałego mężczyznę.
Nie wiedziała co powiedzieć. W tym momencie żadne słowa nie były odpowiednie. „Niezapominajki i róże. Tak samo jak w Malibu” – pomyślała. Była ciekawa, co chciał jej powiedzieć, w jaki sposób walczyć. Pewnie udawałaby obojętną, a potem rzuciłaby się mu w ramiona, szepcząc : „ Jak dobrze, że już jesteś”. Dlaczego teraz nie potrafił walczyć o swoje życie? Ona nic już nie mogła zrobić. Nic oprócz umilania mu śmierci ostatnim westchnieniem sensu życia.
-To znaczy, że to już koniec?
-Nie jesteś już dzieckiem Jenn, nie mogę cię okłamywać. Brian powoli gaśnie.
Chwyciła torbę i gwałtownie wstała z krzesła. Popatrzyła na Megan z dziwnym szaleństwem w oczach i pobiegła przed siebie. Mijała przecznice, wystawy sklepów i obrzydliwie szczęśliwych ludzi. Dlaczego Bóg chciał jej to odebrać? Dlaczego chciał zabrać jej Briana? Z drzwi do drzwi. Minęła ogromną, marmurową bramę i stanęła przed szklanymi drzwiami.
-Jenn? Co się dzieję? – ze zdziwieniem zapytał ją Syn.
-Cholernie potrzebuję cię w tej chwili.
-Jak mogę ci pomóc?
-Brian umiera. Stchórzył! Po prostu zostawia nas wszystkich.
-Przecież jego stan był stabilny. Wszystko miało być dobrze...
-Nic nie jest dobrze ! Leży tam, podpięty pod respirator, który oddycha za niego. Powoli umiera. Nic już nie można zrobić.
-Zawsze można czekać na cud.
-Myślałam, że jesteś poważny Gates. Cud? One już się nie zdarzają. To całe życie to pieprzony koszmar!
-No już Jenn. – przytulił ją – Powiem chłopakom i pojedziemy do niego jutro. A teraz chodź na kawę, potrzebujesz odpoczynku.
Usiedli w ogromnym salonie. Było tam mnóstwo płyt, kilka anty ram i półek z nagrodami dla Avenged Sevenfold i samego Briana Hanera. Na samym środku stałą ogromna, krwistoczerwona kanapa, naprzeciw niej szklana ława, a na frontowej ścianie telewizor większy nić wszystkie w domu Jenny razem wzięte. Do tego sprzęt grający, bar i stojak z gatesowymi gitarami.
-Kawa, czy coś mocniejszego?
-Latte. Jak to się dzieję, że dorosły, doświadczony facet wierzy w cuda?
-Sama pomyśl : pięciu chłopaków, zepsutych do szpiku kości, dostaje szanse od życia na robienie tego, co kochają i tylko to potrafią. W dodatku dostają za to miliony, część z nich ma cudowne żony czy dziewczyny. To właśnie jest cud Jenny.
-A wierzyłbyś nadal, gdyby ktoś zaczął ci to wszystko odbierać?
-Nie wiem. Dziwi mnie jedynie, czemu ty nie wierzysz w Briana?
-Bo on sam tego nie robi?
-Jenn, ten chłopak potrafiłby walczyć o najwyższe szczyty, gdyby tylko był przytomny. Odzyskałby ciebie, zespół, a mnie pewnie dałby w mordę, gdyby tylko wiedział się, że cię tknąłem. Musisz mu pomóc.
-Jak?
-Uwierz w niego.
-Dzień dobry Jenny - przywitała ją Megan – Emi nie ma w domu.
-Wiem. Przyszłam do pani.
-W takim razie zapraszam.
Salon, przez który Megan ją przeprowadziła, ciągnął się w nieskończoność. To jeszcze bardziej stresowało Jenny przed podjęciem tej rozmowy. Przysiadły w zieleniącym się ogrodzie, rozkwitłym od róż, tulipanów i prymulek.
-Co cię martwi Jenny?
-Wcale nie jest lepiej i nie ma co czekać, prawda? Pani mnie okłamuje.
-Skąd ten pomysł?
-Kiedy pani wyszła z gabinetu lekarza, wyglądała pani, jakby życie za chwilę miało się skończyć... – ciężko przełknęła ślinę – życie Briana...
-Nie mam serca, aby cię okłamywać. Jest bardzo źle. Brian przestał się bronić, jego organizm już nie walczy. Nie znaczy to jednak, że nie ma na co czekać. Jenny, ciebie szkoda mi najbardziej, jesteś jeszcze taka młoda. Będziesz musiała szybko dorosnąć. Niewiadomo, czy nie będziemy musieli pożegnać się z Brianem – odetchnęła głęboko – Wiesz, że Brian niósł ci róże i niezapominajki, kiedy to się stało? Znaleziono je dookoła jego ciała. Pewnie podczas uderzenia, wypadły mu z rąk. On tak bardzo cię kochał Jenny. Na początku w ogóle go nie poznawałam. Z aroganckiego, zbyt pewnego siebie gówniarza, zmienił się w dojrzałego mężczyznę.
Nie wiedziała co powiedzieć. W tym momencie żadne słowa nie były odpowiednie. „Niezapominajki i róże. Tak samo jak w Malibu” – pomyślała. Była ciekawa, co chciał jej powiedzieć, w jaki sposób walczyć. Pewnie udawałaby obojętną, a potem rzuciłaby się mu w ramiona, szepcząc : „ Jak dobrze, że już jesteś”. Dlaczego teraz nie potrafił walczyć o swoje życie? Ona nic już nie mogła zrobić. Nic oprócz umilania mu śmierci ostatnim westchnieniem sensu życia.
-To znaczy, że to już koniec?
-Nie jesteś już dzieckiem Jenn, nie mogę cię okłamywać. Brian powoli gaśnie.
Chwyciła torbę i gwałtownie wstała z krzesła. Popatrzyła na Megan z dziwnym szaleństwem w oczach i pobiegła przed siebie. Mijała przecznice, wystawy sklepów i obrzydliwie szczęśliwych ludzi. Dlaczego Bóg chciał jej to odebrać? Dlaczego chciał zabrać jej Briana? Z drzwi do drzwi. Minęła ogromną, marmurową bramę i stanęła przed szklanymi drzwiami.
-Jenn? Co się dzieję? – ze zdziwieniem zapytał ją Syn.
-Cholernie potrzebuję cię w tej chwili.
-Jak mogę ci pomóc?
-Brian umiera. Stchórzył! Po prostu zostawia nas wszystkich.
-Przecież jego stan był stabilny. Wszystko miało być dobrze...
-Nic nie jest dobrze ! Leży tam, podpięty pod respirator, który oddycha za niego. Powoli umiera. Nic już nie można zrobić.
-Zawsze można czekać na cud.
-Myślałam, że jesteś poważny Gates. Cud? One już się nie zdarzają. To całe życie to pieprzony koszmar!
-No już Jenn. – przytulił ją – Powiem chłopakom i pojedziemy do niego jutro. A teraz chodź na kawę, potrzebujesz odpoczynku.
Usiedli w ogromnym salonie. Było tam mnóstwo płyt, kilka anty ram i półek z nagrodami dla Avenged Sevenfold i samego Briana Hanera. Na samym środku stałą ogromna, krwistoczerwona kanapa, naprzeciw niej szklana ława, a na frontowej ścianie telewizor większy nić wszystkie w domu Jenny razem wzięte. Do tego sprzęt grający, bar i stojak z gatesowymi gitarami.
-Kawa, czy coś mocniejszego?
-Latte. Jak to się dzieję, że dorosły, doświadczony facet wierzy w cuda?
-Sama pomyśl : pięciu chłopaków, zepsutych do szpiku kości, dostaje szanse od życia na robienie tego, co kochają i tylko to potrafią. W dodatku dostają za to miliony, część z nich ma cudowne żony czy dziewczyny. To właśnie jest cud Jenny.
-A wierzyłbyś nadal, gdyby ktoś zaczął ci to wszystko odbierać?
-Nie wiem. Dziwi mnie jedynie, czemu ty nie wierzysz w Briana?
-Bo on sam tego nie robi?
-Jenn, ten chłopak potrafiłby walczyć o najwyższe szczyty, gdyby tylko był przytomny. Odzyskałby ciebie, zespół, a mnie pewnie dałby w mordę, gdyby tylko wiedział się, że cię tknąłem. Musisz mu pomóc.
-Jak?
-Uwierz w niego.
Chmurny poranek.
Znów szpitalne oddziały, sale, łóżka. Intensywna terapia nie daje już
rezultatów. Wraz z Jenny, Emily i Maksem, przed salą Briana zgromadzili się
chłopaki z Avenged.
-Nienawidzę takich miejsc. Czuję się tutaj śmierć – wzdrygnął się Zacky.
-Lekarz powiedział, że możecie do niego wejść. – Jenny wskazała im drzwi do sali.
-Cześć chłopie. – Shadows kiwnął do niego głową – Kiepsko wyglądasz.
-Myślałem, że jesteś silniejszy. Teraz stwierdzam, że tchórz z ciebie. Dlaczego nie walczysz? Przecież wciąż masz o co. Mówiłeś, że Jenn i muzyka to sens twojego życia, a teraz oddajesz to życie za darmo. – Gates smutno popatrzył na aparaturę – Wracaj do nas Brian.
-Obiecałeś nam wspólne nagranie. Wciąż czekamy. – Arin uśmiechnął się lekko.
Po nich do sali weszła Jenny razem z Emily. Tymczasem chłopaki siedzieli w szpitalnym bufecie.
-Kto by pomyślał, że coś takiego spotka Briana.
-O to wszystko przez tą ździrę Michelle – dodał Zacky.
-Właśnie – szepnął Maks. Nagle do głowy wpadł mu pewien trop – Johnny, pamiętasz jak opowiadałeś nam o jakiejś historii z Michelle? Powiedz, o co chodziło? Co się wtedy stało?
-Poznałem ją w pewnym klubie muzycznym. Zagadała do mnie, zaprosiła do stolika. Dobrze się bawiliśmy, piliśmy drinki. Mówiła, że jestem jej idolem, że kocha A7X. Potem nawet ruszyliśmy na parkiet. Po powrocie do stolika dziwnie się poczułem. Obudziłem się w toalecie tego klubu. Okazało się, że ta ździra dosypała mi coś do drinka i w dodatku mnie okradła. Wmawiała wszystkim dookoła, że się ze mną kochała, ale byłem na tyle świadomy, że wiedziałem, że nic takiego nie miało miejsca. Ot cała historia.
-To znaczy, że Briana też wykorzystała. Pomyślcie, od początku dziwni na niego reagowała. Skorzystała z okazji. Powiedziała Jenny, że namiętnie się kochali i zniszczyła jego związek. Ojcu powiedziała, że Brian ją opił i wykorzystał, przez co został wyrzucony z zespołu. Teraz wszystko się zgadza. Chciała po prostu zająć jego miejsce – wywnioskował Maks.
-Że też wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. Cholera! Może uniknęlibyśmy tej tragedii. – Syn załamał ręce.
-Trzeba powiedzieć o tym Jenny – powiedział Shadows.
-Mam lepszy pomysł.
Wieczorem Maks zadzwonił i opowiedział całą historię Emily.
-Wiedziałam, że Brian nigdy nie zdradziłby Jenn. Teraz trzeba jej o tym powiedzieć.
-Niekoniecznie. Niech Michelle jej o tym powie.
-Nie rozumiem... – ostrożnie powiedziała Emily.
-Pokrótce chodzi o to, żeby zmusić ją, aby przyznała się i powiedziała o wszystkim Jenny.
-Ja się tym zajmę.
-Nienawidzę takich miejsc. Czuję się tutaj śmierć – wzdrygnął się Zacky.
-Lekarz powiedział, że możecie do niego wejść. – Jenny wskazała im drzwi do sali.
-Cześć chłopie. – Shadows kiwnął do niego głową – Kiepsko wyglądasz.
-Myślałem, że jesteś silniejszy. Teraz stwierdzam, że tchórz z ciebie. Dlaczego nie walczysz? Przecież wciąż masz o co. Mówiłeś, że Jenn i muzyka to sens twojego życia, a teraz oddajesz to życie za darmo. – Gates smutno popatrzył na aparaturę – Wracaj do nas Brian.
-Obiecałeś nam wspólne nagranie. Wciąż czekamy. – Arin uśmiechnął się lekko.
Po nich do sali weszła Jenny razem z Emily. Tymczasem chłopaki siedzieli w szpitalnym bufecie.
-Kto by pomyślał, że coś takiego spotka Briana.
-O to wszystko przez tą ździrę Michelle – dodał Zacky.
-Właśnie – szepnął Maks. Nagle do głowy wpadł mu pewien trop – Johnny, pamiętasz jak opowiadałeś nam o jakiejś historii z Michelle? Powiedz, o co chodziło? Co się wtedy stało?
-Poznałem ją w pewnym klubie muzycznym. Zagadała do mnie, zaprosiła do stolika. Dobrze się bawiliśmy, piliśmy drinki. Mówiła, że jestem jej idolem, że kocha A7X. Potem nawet ruszyliśmy na parkiet. Po powrocie do stolika dziwnie się poczułem. Obudziłem się w toalecie tego klubu. Okazało się, że ta ździra dosypała mi coś do drinka i w dodatku mnie okradła. Wmawiała wszystkim dookoła, że się ze mną kochała, ale byłem na tyle świadomy, że wiedziałem, że nic takiego nie miało miejsca. Ot cała historia.
-To znaczy, że Briana też wykorzystała. Pomyślcie, od początku dziwni na niego reagowała. Skorzystała z okazji. Powiedziała Jenny, że namiętnie się kochali i zniszczyła jego związek. Ojcu powiedziała, że Brian ją opił i wykorzystał, przez co został wyrzucony z zespołu. Teraz wszystko się zgadza. Chciała po prostu zająć jego miejsce – wywnioskował Maks.
-Że też wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. Cholera! Może uniknęlibyśmy tej tragedii. – Syn załamał ręce.
-Trzeba powiedzieć o tym Jenny – powiedział Shadows.
-Mam lepszy pomysł.
Wieczorem Maks zadzwonił i opowiedział całą historię Emily.
-Wiedziałam, że Brian nigdy nie zdradziłby Jenn. Teraz trzeba jej o tym powiedzieć.
-Niekoniecznie. Niech Michelle jej o tym powie.
-Nie rozumiem... – ostrożnie powiedziała Emily.
-Pokrótce chodzi o to, żeby zmusić ją, aby przyznała się i powiedziała o wszystkim Jenny.
-Ja się tym zajmę.
Następnego dnia
Emily wybrała się do willi Garrego. Zadzwoniła do bramy, lecz dopiero po
dobrych dziesięciu minutach lokaj otworzył jej drzwi.
-Kogo pani odwiedza? – spytał z brytyjskim akcentem.
-Przyszłam do Michelle.
-Panienka Michelle nie spodziewa się dzisiaj gości.
-Nie byłam umówiona, ale muszę z nią porozmawiać.
Za jego plecami pojawiła się dziewczyna.
-Wpuść ją Harold.
Przeszły białymi, śliskimi schodami. Emily zerkała przy tym pod nogi i trzymała się marmurowej obręczy.
-Czego chcesz? – spytała już w swoim pokoju.
Był przeraźliwie fioletowy, oblepiony plakatami. W centralnej części wisiała ogromna tablica korkowa z poprzyczepianymi, różnokolorowymi karteczkami z numerami telefonów.
-Dość obszerna kolekcja. Numer Briana też tutaj masz? – sarkastycznie spytała Emily.
-O co ci chodzi?
-Już wszystko jasne Michelle, skończ ten teatr. Johnny opowiedział nam o twoich sztuczkach i dobrze wiemy, że tak samo zagrałaś z Brianem.
-To nie twoja sprawa.
-Nie moja? Mój brat rozstał się z miłością swojego życia, wyleciał z zespołu, w którym grał od lat ze swoimi przyjaciółmi, a teraz leży na Oddziale Intensywnej Terapii, a ty mi mówisz, że to nie moja sprawa? Jesteś śmieszna.
-Jak to? Brian jest w szpitalu?
-Tak i to wszystko przez ciebie. Zniszczyłaś mu życie tylko dlatego, żeby zająć jego miejsce. Ile trzeba mieć w sobie zła, gniewu i zachłanności, żeby zrobić coś takiego?
-Przykro mi.
-Brian umiera do cholery, a ty mówisz, że ci przykro?! Jesteś bezczelna – powiedziała i skierowała się do drzwi – Wiedz, że tego nie da się naprawić. Jeżeli on umrze, będzie się to za tobą ciągnęło całe życie. Nikt z nas ci tego nie zapomni. Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczy... – Wyszła i trzasnęła za sobą drzwiami.
Nabuzowana złością biegła przez park przy domu Garrego. Jej policzki miały kolor żurawiny, a ręce trzęsły się jak oszalałe. Michelle dogoniła ją dopiero w połowie drogi.
-Emily, zaczekaj !
-Czego jeszcze chcesz?
-Czy mogę coś zrobić, żeby naprawić cokolwiek? – W jej oczach błysnęły szklane kropelki.
-Znasz adres Jenny. Chociaż to i tak jej już nie pomoże, a tym bardziej Brianowi. Żegnam.
-Kogo pani odwiedza? – spytał z brytyjskim akcentem.
-Przyszłam do Michelle.
-Panienka Michelle nie spodziewa się dzisiaj gości.
-Nie byłam umówiona, ale muszę z nią porozmawiać.
Za jego plecami pojawiła się dziewczyna.
-Wpuść ją Harold.
Przeszły białymi, śliskimi schodami. Emily zerkała przy tym pod nogi i trzymała się marmurowej obręczy.
-Czego chcesz? – spytała już w swoim pokoju.
Był przeraźliwie fioletowy, oblepiony plakatami. W centralnej części wisiała ogromna tablica korkowa z poprzyczepianymi, różnokolorowymi karteczkami z numerami telefonów.
-Dość obszerna kolekcja. Numer Briana też tutaj masz? – sarkastycznie spytała Emily.
-O co ci chodzi?
-Już wszystko jasne Michelle, skończ ten teatr. Johnny opowiedział nam o twoich sztuczkach i dobrze wiemy, że tak samo zagrałaś z Brianem.
-To nie twoja sprawa.
-Nie moja? Mój brat rozstał się z miłością swojego życia, wyleciał z zespołu, w którym grał od lat ze swoimi przyjaciółmi, a teraz leży na Oddziale Intensywnej Terapii, a ty mi mówisz, że to nie moja sprawa? Jesteś śmieszna.
-Jak to? Brian jest w szpitalu?
-Tak i to wszystko przez ciebie. Zniszczyłaś mu życie tylko dlatego, żeby zająć jego miejsce. Ile trzeba mieć w sobie zła, gniewu i zachłanności, żeby zrobić coś takiego?
-Przykro mi.
-Brian umiera do cholery, a ty mówisz, że ci przykro?! Jesteś bezczelna – powiedziała i skierowała się do drzwi – Wiedz, że tego nie da się naprawić. Jeżeli on umrze, będzie się to za tobą ciągnęło całe życie. Nikt z nas ci tego nie zapomni. Mam nadzieję, że czegoś cię to nauczy... – Wyszła i trzasnęła za sobą drzwiami.
Nabuzowana złością biegła przez park przy domu Garrego. Jej policzki miały kolor żurawiny, a ręce trzęsły się jak oszalałe. Michelle dogoniła ją dopiero w połowie drogi.
-Emily, zaczekaj !
-Czego jeszcze chcesz?
-Czy mogę coś zrobić, żeby naprawić cokolwiek? – W jej oczach błysnęły szklane kropelki.
-Znasz adres Jenny. Chociaż to i tak jej już nie pomoże, a tym bardziej Brianowi. Żegnam.
Tymczasem Jenny
odliczała minuty do końca zajęć pozalekcyjnych. Nerwowo zerkając na zegarek
stwierdziła, że nie wytrzyma ostatnich dwudziestu minut, więc wykorzystując
chwilę nieuwagi profesora, który prowadził koło literackie, wymknęła się z
sali. Szkoda było jej czasu na pieszą przechadzkę, więc pobiegła na przystanek
autobusowy. Nienawidziła poruszać się komunikacją miejską. Nie tolerowała
takiego ścisku, krzyku wymieniających się opowieściami ludzi. Z ulgą wysiadła
tuż pod samym szpitalem. Tam gdzie kończył się jeden koszmar, swój początek
brał drugi.
-Cześć skarbie – przysiadła obok szpitalnego łóżka – Jak się dziś czujesz? Tak wiem, to głupie pytanie. Pewnie powiedziałbyś teraz : „Ale jesteś niemądra Jenn”. Wiesz, lekarze cały czas mówią mi, że robią wszystko co w ich mocy, ale nie wszystko zależy od nich. – Poprawiła mu kosmyk czarnych włosów, wystający spod bandaża – Musisz walczyć. Przecież wiem, że jesteś na tyle silny. Dobrze wiem, że potrafisz. Wszyscy na ciebie czekamy, niecierpliwimy się. Nie możemy się doczekać, aż wreszcie staniesz na nogi i krzykniesz : „Nie spodziewaliście się mnie tu tak wcześnie”. Ciekawe o czym teraz śnisz. Na pewno nie o mnie, jestem za daleko. Może o wielkiej scenie i tłumach na koncertach. Jestem pewna, że to wszystko się spełni, jeżeli znajdziesz w sobie siłę i otworzysz oczy. Proszę, wróć do mnie, to prawie łatwe – zanuciła tekst „Almost Easy”.
-Jak się dziś czujesz Jenny? – Lekarz zaszedł za jej plecami.
-Ja dobrze, ale Brian chyba nienajlepiej.
-Wiesz Jenny, to takie wyjątkowe.
-Co takiego?
-Bliscy wszystkich pacjentów w śpiączce, kiedy tutaj przychodzą, dużo mówią. Opowiadają o swoich dniach, problemach, co omija podłączonych pod respirator, śpiewają, czytają. Bardzo często mówią rzeczy, na uzewnętrznienie których nie zdecydowaliby się w innym wypadku. Myślą, że to pozostanie bez echa, ale wiesz co jest najciekawsze?
-Nie mam pojęcia.
-W większości przypadków oni wszystko pamiętają, tak jakby słyszeli wypowiedziane do nich słowa. A największą tajemnicą jest to, że te gesty często na nich oddziaływują.
-N prawdę?
-Tak. Żaden lekarz, ani nawet psycholog nie będzie potrafił ci tego wytłumaczyć. To największa zagadka, która pewnie nigdy nie zostanie rozwiązana. No dobrze, już od jakiś pięciu minut powinienem być na obchodzie. Zostawiam was samych.
Spojrzała na Briana zaszklonymi oczami. Delikatnie musnęła dłonią jego twarz , omijając niezagojone jeszcze rany. Ogromna łza ciężko spłynęła jej po policzku.
-Musisz żyć – szepnęła tuż nad jego twarzą – Proszę, nie poddawaj się. Nie umieraj. Zrób to dla mnie, dla rodziców, Emily i chłopaków. Nie zostawiaj nas tak. Wiesz przecież, że nie poradzimy sobie bez ciebie- ucałowała go lekko. Zasnęła obok niego, mocno trzymając jego dłoń.
-Cześć skarbie – przysiadła obok szpitalnego łóżka – Jak się dziś czujesz? Tak wiem, to głupie pytanie. Pewnie powiedziałbyś teraz : „Ale jesteś niemądra Jenn”. Wiesz, lekarze cały czas mówią mi, że robią wszystko co w ich mocy, ale nie wszystko zależy od nich. – Poprawiła mu kosmyk czarnych włosów, wystający spod bandaża – Musisz walczyć. Przecież wiem, że jesteś na tyle silny. Dobrze wiem, że potrafisz. Wszyscy na ciebie czekamy, niecierpliwimy się. Nie możemy się doczekać, aż wreszcie staniesz na nogi i krzykniesz : „Nie spodziewaliście się mnie tu tak wcześnie”. Ciekawe o czym teraz śnisz. Na pewno nie o mnie, jestem za daleko. Może o wielkiej scenie i tłumach na koncertach. Jestem pewna, że to wszystko się spełni, jeżeli znajdziesz w sobie siłę i otworzysz oczy. Proszę, wróć do mnie, to prawie łatwe – zanuciła tekst „Almost Easy”.
-Jak się dziś czujesz Jenny? – Lekarz zaszedł za jej plecami.
-Ja dobrze, ale Brian chyba nienajlepiej.
-Wiesz Jenny, to takie wyjątkowe.
-Co takiego?
-Bliscy wszystkich pacjentów w śpiączce, kiedy tutaj przychodzą, dużo mówią. Opowiadają o swoich dniach, problemach, co omija podłączonych pod respirator, śpiewają, czytają. Bardzo często mówią rzeczy, na uzewnętrznienie których nie zdecydowaliby się w innym wypadku. Myślą, że to pozostanie bez echa, ale wiesz co jest najciekawsze?
-Nie mam pojęcia.
-W większości przypadków oni wszystko pamiętają, tak jakby słyszeli wypowiedziane do nich słowa. A największą tajemnicą jest to, że te gesty często na nich oddziaływują.
-N prawdę?
-Tak. Żaden lekarz, ani nawet psycholog nie będzie potrafił ci tego wytłumaczyć. To największa zagadka, która pewnie nigdy nie zostanie rozwiązana. No dobrze, już od jakiś pięciu minut powinienem być na obchodzie. Zostawiam was samych.
Spojrzała na Briana zaszklonymi oczami. Delikatnie musnęła dłonią jego twarz , omijając niezagojone jeszcze rany. Ogromna łza ciężko spłynęła jej po policzku.
-Musisz żyć – szepnęła tuż nad jego twarzą – Proszę, nie poddawaj się. Nie umieraj. Zrób to dla mnie, dla rodziców, Emily i chłopaków. Nie zostawiaj nas tak. Wiesz przecież, że nie poradzimy sobie bez ciebie- ucałowała go lekko. Zasnęła obok niego, mocno trzymając jego dłoń.
Nareszcie.. Nie mogłam doczekać się tego odcinka.
OdpowiedzUsuńWiesz, od momentu kiedy lekarz powiedział, że stan Briana się pogorszył, aż do końca leciały mi z oczu łzy. Nie spodziewałam się, że aż tak mnie weźmie.. Fajnie, że Jenny ma oparcie w chłopakach z Avenged Sevenfold, to na pewno dużo znaczy w takiej chwili.. "-Nienawidzę takich miejsc. Czuję się tutaj śmierć – wzdrygnął się Zacky." - dokładnie! Boję się szpitali odkąd sama przeleżałam tam trochę czasu i nie było wiadomo, co będzie dalej. "Ku*wa, jak nienawidzę szpitali, czuję w nich zapach śmierci, zawsze mnie przerażały" - co prawda to rap, ale myślę że ten cytat trafnie to podsumowuje.
Mimo, że Michelle nareszcie skapowała, że zachowała się jak największa idiotka świata i pokazała choć trochę skruchy, i tak nie przestaję jej nienawidzić. Gdyby nie jej chore gierki, teraz wszystko byłoby ok..
Cały czas wierzę, że Brian się obudzi. Czekam na następny part.
/Wasp.
no i ryczę. znowu. i znowu podczas czytania Twojego odcinka. też bym chciała być tak silna jak Jenny.
OdpowiedzUsuńa Michelle.. no co za tępa dzida! mam nadzieję, że powie wszystko tak, jak było, a Jenny po usłyszeniu tego wszystkiego po prostu każe jej wyjść i nie wpieprzać się więcej w jej sprawy. i dobrze by było, gdyby jeszcze powiedziała o tym wszystkim Garry'emu.
taak, szpitale to zmora. spędziłam tam pół dzieciństwa i teraz, za każdym razem kiedy mam jakąś wizytę, to tylko błagam, by nie kazali mi zostać.
ja również wierzę, że Brian się obudzi. po prostu musi. czekam na kolejny, tak genialny post.
love, adrienne
Siedzę i ryczę, a że jest mi smutno to ryczę jeszcze bardziej. Miętka jestem, a nie mam żadnego silnego ramienia, w które mogłabym się wypłakać noooo!! Tak bardzo szkoda mi Jenny. Biedna na pewno wszystko bardzo przeżywa. Ten moment kiedy aparatura zaczyna świrować i wszystko znowu zaczyna się sypać to ja już beczę. I ta wiadomość, że Brian przestał walczyć. Zaczyna wkradać się zwątpienie i myśl, że ta walka jest już przegrana.
OdpowiedzUsuńRozmowa Jenny z Megan doprowadza mnie do takiego stanu, że nie mogę przestać płakać. Jak Jenny ma się pogodzić z taką wiadomością?? No jak?? Tak bardzo chciała by usłyszeć, że wszystko będzie dobrze.
Gates jak zwykle niezastąpiony. Pocieszy, przytuli i da odrobinę nadziei. Ta ich rozmowa o cudach tak chwyta za serce i każe wierzyć, że cud może się wydarzy. Bo jeżeli umrze nadzieja nie pozostaje już nic. Dobrze, że Sevenfoldzi przyszli do Briana. Pokazali mu, że oni też na niego czekają. I w końcu wyjaśniło się jak to było z Michelle i do czego jest zdolna. Emily dobrze to z nią załatwiła i nieźle jej nagadała. Niech jej pójdzie w pięty!
Końcówka znów przyprawiła mnie o płacz.
Moja kochana Jenny Ty wiesz, że ja kocham Twoje opowiadanie miłością szaloną, głęboką i dozgonną. Dla mnie też Twoi bohaterowie istnieją naprawdę, są częścią mojego życia. Wpływają na moje uczucia. I gdy czytam o tej przyjaźni i miłości jaką mają to cholernie im tego zazdroszczę. Potrafisz mnie rozśmieszyć i doprowadzić do łez. Za każdym razem wracam do całej tej ekipy, bo nie potrafię się z nimi rozstać. Już na zawsze oni i Ty będziecie częścią mojego życia :D
Your FoREVer and Always...
Kurcze ale smutno. Mam nadzieję, że w końcu ktoś wpieprzy tej Michelle. Ja też nienawidzę szpitali, aż mam dreszcze jak sobie pomyślę. Zawsze trzeba mieć nadzieję, może faktycznie zdarzy się cud.
OdpowiedzUsuń