piątek, 5 października 2012

22. Meaning of life ...

Korzystając z okazji - piąteczek - , wstawiam odcineczek :D Sama nie czuję jak rymuję.
Joanna wciąż  mnie pogania, więc proszę cię bardzo, nawet taki obszerny, bo próbuję jak najszybciej skończyć tą część :) Dedykacja dla Asi za to, że sprawiła mi tyle uśmiechu czytając poprzedni odcinek tyle razy. Bardzo się cieszę, że ci się podobał ;* A teraz panie i panowie, zapraszam na bal :) 




    Weekend w Paryżu dobiegł końca i Jenny wróciła do domu. Tymczasem chłopaki z In The Darkness wrócili do studia po tygodniowej przerwie. Tego dnia byli umówieni na nagranie, jednak nie wyobrażali sobie tej chwili bez Briana. Głowili się, co będzie teraz, czy Simon będzie musiał poradzić sobie sam? Do studia w samo południe wszedł Garry, a razem z nim Michelle.
-Nie będę wam przedstawiał Michelle, bo już ją znacie. Będzie nową gitarzystą In The Darkness w zastępstwie za waszego kumpla Briana.
-Jak to? Przecież poradzimy sobie we czwórkę! Nie potrzebujemy jej! – zaprotestował Maks.
-Nie dyskutuj synku, bo ja tu jestem menagerem i właśnie przydzielam wam nowego muzyka. Przyjmijcie Michelle ciepło, ona naprawdę wiele potrafi.
-Nikt nie wątpi, że wiele – zgryźliwie dodał David.
-No już, do pracy ! –powiedział Garry udając, że nie słyszał wypowiedzi chłopaka, po czym wyszedł.
Chłopaki nie rozmawiali z Michelle, nie odpowiadali nawet na jej pytania. Atmosfera była nerwowa.
W drodze do domu Patrick zapytał:
-Jak zagramy koncert bez Briana?
-Chyba nie sądzisz, że In The Darkness istnieje bez niego? Jeżeli sprawa się nie wyjaśni, po prostu podziękujemy Garry ’emu i jego córci za współpracę – odpowiedział Maks.
-Najgorsze jest to, że Brian nie chce z nami rozmawiać. Może nie ma odwagi powiedzieć nam prawdy – skwitował Simon.
-A ty ją masz?– Patrick zatrzymał się przed nim, mierząc go wzrokiem. Byli już dorośli i nastała najlepsza chwila, aby wyjaśnić sytuację, która zaszła między nim a Courtney.
-Chłopaki, przecież dobrze wiecie, że kocham Court. Potrzebowałem trochę czasu, aby zrozumieć, że nie potrafię bez niej normalnie żyć. Chcę ją odzyskać.
-Więc to zrób. Powodzenia – powiedział Maks, uśmiechając się do niego.
-Jak dotrzeć do Briana? – Ta sprawa wciąż nie dawała spokoju Patrickowi – Nie mam pojęcia czy zadziałają na niego silniejsze bodźce, ale zwykłe słowa na pewno nie pomagały.
     Tymczasem przygotowania do balu ruszyły pełną parą. Wszystko było już sfinalizowane. Zasłony i materiały zawisły już u sufitu, scena była gotowa, oświetlenie i nagłośnienie zostało rozstawione. Same dziewczyny biegały po sklepach i robiły zakupy na ostatnią chwilę. Courtney zrezygnowała z udziału w balu - chociaż sama była w klasie maturalnej - ale chętnie pomagała dziewczyną w przygotowaniach.
-Courtney, może jednak pójdziesz z nami? Będziemy bawić się wszystkie razem, na pewno nie będziesz czuła się źle - powiedziała Luise.
-Weź przykład z Jenny i zaproś kogoś. Należy ci się chociaż jeden taniec za tą masę pracy nad balem.
-Dzięki za troskę, ale zostanę w domu. Wskoczę w pidżamę, otworzę wino i zjem popcorn.
     Brian nie wychodził z domu. Zamknął się w swoim pokoju. Towarzyszyła mu jednie mocna i głośna muzyka. Megan przynosiła mu obiady, ale tego dnia nie mogła przedrzeć się przez sterty ubrań i puszek po napojach energetyzujących.
-Brian, dosyć tego ! – krzyknęła i odsunęła rolety w jego pokoju, do którego pierwszy raz od dłuższego czasu wdarła się odrobina słońca. Zmrużył oczy – Niedługo zarośniesz w brudzie !
-Zostaw mnie mamo, chcę być sam.
-Mam wrażenie, że winisz za swoje problemy wszystkich, tylko nie siebie.
-Ty też mi nie wierzysz? Tak jak cała reszta uważasz, że zdradziłem Jenn?
-Nie wiem, ty mi powiedz.
-Do niczego nie doszło. To prawda, że mało pamiętam, ale mamo, nie zrobiłbym tego, nie mógłbym... – zadrżał mu głos, a w oczach stanęły łzy.
Wtedy Megan zrozumiała, że sprawa nie jest taka prosta, jaka mogłoby się wydawać. Przysiadła obok dorosłego już mężczyzny, który ledwo powstrzymywał się od płaczu.
-To wszystko jest dziwne synku. Wiesz, że cię kocham i nie ważne jaka jest prawda, wszystko będzie dobrze. Wyjdź gdzieś, albo wyjedź na jakiś czas, ale nie siedź bezczynnie w domu i nie zadręczaj się. Potem wróć i załatw wszystkie swoje sprawy.
-Straciłem cały sens swojego życia...- Po tych słowach zmieszał się dziwnie. „Mój sens życia”- pomyślał - Dzięki mamo! – Ucałował ją i wybiegł.

     Wsiadł do samochodu i już godzinę później był na piaszczystej plaży Malibu. Zostawił samochód przy drodze. Wpadł na deptak i zaczął rozglądać się nerwowo. Ujrzał Sainta na murku, gdzie spotkał go pierwszy raz.  Miał na sobie schludną koszulę, do tego nowe buty, na które Brian dał mu parę dolarów.
-Cześć Saint! – Uścisnął go i usiadł obok.
-Witaj Brian. Nie sądziłem, że tak szybko cię zobaczę. Masz koncert w Malibu? –spytał, odstawiając gitarę.
-Nie Saint. W najbliższym czasie nie zagram żadnego koncertu, o ile w ogóle.
-Dlaczego?
-To długa historia. Popełniłem kilka błędów. Rozstałem się z Jenny, zostałem wyrzucony z In the Darkness.
-Właśnie tego bałeś się najbardziej – popełnić błąd.
-Nie wiem co robić. Może to głupie, że przyjechałem właśnie do ciebie, ale jesteś jedyną osobą, która ze mną rozmawia i nie próbuje mnie osądzać.
-Nie robię tego, bo nie znam sytuacji. Opowiedz mi co się stało, abym zrozumiał. – Saint spojrzał na niego mądrymi oczami.
-Musiałem wybrać między nauką a karierą. Właśnie wtedy dostaliśmy kontrakt płytowy, więc decyzja była prosta. Nie wiedziałem jak powiedzieć o tym Jenn, dowiedziała się z innego źródła, pokłóciliśmy się. Teraz dodatkowo myśli, że ją zdradziłem.
-A zdradziłeś? – spytał.
-Nie. To znaczy... nie wiem. Byłem pijany, nie pamiętam.
-Pomyśl, jak ona może ci ufać, skoro ty sam sobie nie ufasz?
-Co masz na myśli? – zapytał zdziwiony Brian.
-Jeżeli nie jesteś pewien, czy coś zrobiłeś, to znaczy, że nie ufasz samemu sobie, co gorsza – nie znasz siebie. A zespół?
-Ta dziewczyna, z którą prawdopodobnie zdradziłem Jenny, jest córką naszego menagera. Powiedziała mu, że ją wykorzystałem, a on wyrzucił mnie z zespołu. – Bezradnie schował twarz w dłoniach.
-Nie poznaję cię Brian. Ostatnio stał przede mną szczęśliwy i zdecydowany chłopak. Imponowałeś mi. Teraz nie potrafisz nawet walczyć o to, co nazywałeś swoim sensem życia. Mówiłeś, że nie wyobrażasz sobie życia bez Jenny, a przecież żyjesz. Pewnie nawet nie próbowałeś wyjaśnić całej tej sytuacji. A muzyka? Jak możesz nie walczyć o zespół i przyjaciół?
Nie odpowiedział. Był w szoku, że usłyszał takie słowa od dwunastoletniego chłopca. Szukał pocieszenia, a dostał ostrego kopniaka.
-Jeżeli nie zawalczysz Brian, to nie wygrasz, a przecież to sens twojego życia. Stracisz nie tylko Jenny, przyjaciół, muzykę, ale też samego siebie. Już powoli zaczynasz się gubić. Jesteś twardy jak metal Brian, więc weź się w garść!
-Dzięki Saint. Świetny z ciebie chłopak. Powiedz, jak się czuje twoja babcia? – Chwycił jego gitarę i zaczął grać, chociaż struny parzyły go w palce.
-Całkiem dobrze. Dwa tygodnie temu miała operację, wycieli jej guza. Wszystko jest na dobrej drodze.
-Pozdrów ją, kiedy tylko się z nią zobaczysz. Widzę, że wymieniłeś struny? Doskonały wybór. Brzmi zupełnie inaczej.
-Starczyło nawet na buty – zaśmiał się chłopiec – Brian, obiecaj mi coś.
-Tak?
-Proszę, kiedy wszystko będzie już dobrze, przyjedź tu z Jenny i swoimi przyjaciółmi. Obiecaj, że In The Darkness zagra koncert w Malibu.
-Obiecuję. Może nawet zabierzemy cię do Huntington Beach.
-Byłoby świetnie.
-Muszę wracać Saint. Jest późno, a przede mną długa droga – powiedział i oddał mu gitarę.
-Dziękuję, że przyjechałeś właśnie do mnie. Trzymam kciuki za to, że sobie poradzisz. Na pewno tak będzie.  - Uścisnął go z całej siły.
-Dzięki Saint. Trzymaj się.
Przysiadł jeszcze na gorącym piasku plaży w Malibu. Wciąż myślał o Saincie. Było w nim coś wyjątkowego. Był niezwykle dojrzały i mądry. Cieszył się każdą chwilą. Brian wiedział, że chłopiec ma rację, a on sam musi wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Przecież to dzięki Jenny i muzyce miało ono sens.

     Od samego rana dziewczyny przygotowywały się do balu maturalnego. Jenny zrobiła delikatny makijaż, związała włosy w kitkę i dołączyła do dziewczyn w szkole. Tam rozłożyły kilka stołów i zadzwoniły do firmy cateringowej, aby potwierdzić zamówienie.
-Proponuję jechać do mnie. Lepiej przygotowywać się razem – powiedziała Jenny.
-Świetny pomysł. Pójdziemy tylko po swoje rzeczy i za dwie godziny możesz się nas spodziewać.
Emily wbiegła do domu i zgarnęła wszystko, co mogło jej się przydać. Rodziców nie było w domu, więc jej dzisiejszym obowiązkiem było przygotować obiad. W tym momencie zadzwonił jej telefon.
-Emi, Brian jest w domu? – usłyszała głos Maksa w słuchawce.
-Chyba tak – odpowiedziała nieco zmieszana – Dlaczego pytasz?
-Później się dowiesz. Pilnuj, żeby nigdzie nie wychodził. Kocham cię. Do zobaczenia.
„Dziwne” - pomyślała. Przez uchylone drzwi zajrzała do pokoju Briana. Siedział na łóżku i grał na swoim „granatowym szatanie”. W całej tej sprawie była rozdarta., między swoją najlepszą przyjaciółką, a ukochanym bratem. Miała wątpliwości. Mało rozmawiała teraz z Brianem. Na samym początku próbowała pytać go o przebieg feralnego wieczora i nocy, ale on nie chciał o tym mówić. Przygotowała spaghetti i nalała do szklanek zmrożonego napoju. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Brian jest u siebie? – spytał Maks, a za jego plecami stał David, Simon i Patrick.
-Tak. Co wy kombinujecie?
-Zobaczysz.
Weszli na górę, prosto do pokoju Briana.
-Cześć. Co wy tu robicie? – spytał, nie potrafiąc ukryć zdziwienia.
-Stary, nie dawałeś znaku życia przez tyle dni, więc przyszliśmy – powiedział David i odgarnął z jego łóżka sterty ubrań, przysiadając obok.
-Brian, musimy wreszcie o tym porozmawiać. W końcu problem dotyczy także nas. Musimy coś z tym zrobić – dodał Simon.
-O czym ty mówisz? Ja na razie jestem skreślony. Wy nie możecie się narażać. Musicie dokończyć płytę!
-Bez ciebie to nie to samo. Ta cała Michelle nieźle daje nam w kość – powiedział Patrick.
-To prawda. Wiesz Brian, dzisiaj jest bal...
-Wiem i co z tego?
-Gramy koncert i zrobimy to razem. Garry nie ma na to wpływu. – Simon poklepał go po ramieniu – Mamy dla ciebie nowe struny, z ubraniem nie będziesz miał problemu. Zresztą, Emi ci pomoże.
-Oczywiście! – Dziewczyna nagle zjawiła się w pokoju brata.
-Emi, podsłuchiwałaś pod drzwiami? – Brian wstał i przerzucił ją przez ramię.
-Wracasz do nas braciszku? – spytała, dyndając do góry nogami.
-Wracam. Ale pod jednym warunkiem – Simon zabiera Courtney na bal.
-To dobry pomysł. Idealna okazja, żeby ją odzyskać – dodał Patrick.
-A Jenny? – nieśmiało spytał Brian.
-Jenn idzie na bal z Gatesem, ale nie martw się, to tylko przyjacielskie relacje – uspokoiła go Emily – Obiad stoi na stole. Spotkamy się na balu.

     Jenny przygotowała przekąski i nastawiła głośną muzykę. Z głośników popłynęło „Animal I Have Become”. Wpuściła Jimmiego do pokoju i czekała na dziewczyny. Wkroczyły do jej pokoju z ekwipunkiem, który spokojnie wystarczyłby na przeżycie tygodnia w dżungli. Nie spieszyły się. Popijały swoje ulubione, żurawinowe piwo i głośno rozmawiały. Wszystkie wykonały profesjonalny , ciemny makijaż i natapirowały włosy. Podkreśliły kości policzkowe różem lub brązem, usta czerwoną szminką. Jenny włożyła sukienkę, którą miała na sobie w Paryżu, Emily dużo krótszą, węższą, podkreślającą jej ekstremalnie długie nogi. Lilly włożyła czerwoną sukienkę, obszytą czarną koronką, za to Luise, główna organizatorka – długą, czarną, poszarpaną gdzieniegdzie suknie, taką, w jakich czuła się najlepiej. Wszystkie wskoczyły w buty na wysokich obcasach.
-Zazdroszczę wam – westchnęła Courtney, która jedynie się im przyglądała – Wyglądacie pięknie.
-Jeżeli chcesz, mamy przecież czas. Zdążyłabyś się przygotować.
-Już podjęłam decyzję. Nigdy nie kręciły mnie takie imprezy.
Emily uśmiechnęła się tylko wiedząc o zamiarach Simona. Nic nie powiedziała dziewczyną, zachowując te słodką tajemnice dla siebie. Na parterze pożegnała je Sarah, bo John wyjechał na koncert z rodzicami Briana i Em.
-Naprawdę ślicznie wyglądacie. Bal w takim klimacie to wspaniały pomysł. Idealnie do was pasuje – uśmiechnęła się.
-Luise miała doskonałą inwencję twórczą. Będziemy już uciekać mamo. Głupio byłoby spóźnić się na rozpoczęcie.
-Jak się tam dostaniecie?
-Syn podjedzie po nas za pięć minut.
-Chyba już jest – powiedziała Jenn, wyglądając przez okno, gdzie Gates już na nie czekał - Pa mamo!
-Bawcie się dobrze.

     Wejście do sali urządzone było w niezwykłym klimacie. Wisiały tam poprzepalane, czerwone zasłony i dziurawy, czarny jedwab. Tak jak wcześniej założono, zamontowano dwa świeczniki po jednej i drugiej stronie. W samych drzwiach w oczy raził czerwony reflektor. Cała sala skąpana była w sztucznej mgle, przez co można było odnieść wrażenie, że setki osób zgromadzonych w środku, unoszą się nad ziemią. Wyglądało to mniej więcej, jak przekroczenie bram piekielnych. Zarówno chłopaki jak i dziewczyny stanęli na wysokości zadania. Wyglądali nieziemsko, rodem z piekła. Przy najbardziej widocznej ścianie stała scena. Była duża i udekorowane dokładnie tak, jak wyobrażała to sobie Luise. Mrocznej konstrukcji dopełniał napis „Highway to Hell”. Właśnie ta piosenka popłynęła z głośników na rozpoczęcie balu, a w jej ostatnich taktach na scenę wkroczyła Pani Dyrektor.
-Witam wszystkich na balu maturalnym ! Szczególnie gorąco - ludzi z ostatnich klas. Dalszych przemówień możecie spodziewać się dopiero na rozdaniu dyplomów. A teraz bawcie się niegrzecznie i mrocznie! AVE! – krzyknęła, a cała sala zawiwatowała stwierdzając, że taka rola bardzo jej pasuje – Zanim rozpoczniemy, chciałabym zaprosić na scenę Luise. Nie wiem czy wiecie, ale to właśnie ona i jej przyjaciółki przygotowały dla was ten cudowny bal.
Luise wkroczyła na scenę przy akompaniamencie oklasków. Czuła się w swoim żywiole i pewnie stąpała po - na pozór - niepewnym gruncie. Zawsze podobała się chłopakom, ale od tej chwili zapewne stanie się sennym marzeniem większości z nich.
Stanęła po środku sceny uśmiechając się promiennie.
-Cześć wszystkim. Na początku chciałabym podziękować Jenny, Emily, Lilly oraz Courtney za pomóc przy organizacji balu. Chcę, żebyście wiedzieli, że głównych organizatorek było pięć. Podziękowania należą się również sekcji plastycznej i technicznej oraz Pani Dyrektor, za zgodę na ten bal. Pragnę jedynie dodać, że mam nadzieję, że każdy z was chociaż trochę odnajdzie się w tym stylu. A teraz życzę miłej i szalonej zabawy. Rock On kochani !
Rozbrzmiała głośna muzyka, a ludzie zaczęli wić się w tańcu. W towarzystwie pierwszych taktów do sali wszedł Maks, Patrick, David, a za nimi Brian. Jenny była w szoku. Nie spodziewała się go tutaj. Teraz stała przy Gatesie, lekko odgarniającym jej włosy. In The Darkness idealnie pasowali do tego miejsca. Mieli na sobie identyczne, wąskie spodnie, do tego ciemne koszule. Jenny ukradkiem zerknęła na Briana. Wyglądał niesamowicie. Prawie już zapomniała, jak bardzo jest przystojny. W dodatku miał na sobie trampki, które dostał od niej w prezencie. Uśmiechnął się uroczo, a ona odwróciła się w drugą stronę, aby nie pokazać swojej głupiej miny, również ułożonej w uśmiech. Jakby w zwolnionym tempie podążali do dziewczyn i Syna, który widząc Briana zabrał ręce od Jenny. Wolał się nie narażać. Wiedział, że z byłego chłopaka Jenn żaden grzeczny chłopiec.
 -Cześć Brian ! – powiedziała Lilly – Gdzie się podziewałeś przez tyle czasu?
-Po ciemnej stronie mocy – zażartował.
-A gdzie do jasnej cholery jest Simon? – wrzasnęła Luise – Wychodzicie na scenę za dziesięć minut.
-Myślę, że tyle czasu mu nie wystarczy – odpowiedział David – Macie tu trochę muzyki przygotowanej wcześniej, poradzicie sobie. A ty się nie denerwuj kochanie. Pięknie to wszystko urządziłyście.
-Co racja, to racja – dodał Maks – Chcecie się czegoś napić?
-Na początek jakiegoś soku – powiedziała Emily.
-Zaraz wracam.
     Tymczasem Simon stał już pod domem Courtney. Dzięki swojemu wysokiemu wzrostowi, idealnie prezentował się w komplecie, w jaki ubrany był każdy członek In The Darkness. Niepewnym krokiem podszedł do drzwi.
-Misję „Odzyskać Courtney” uważam za rozpoczętą – powiedział do siebie i poprawił koszulę. Otworzyła mu Courtney, ubrana w dres i szeroką bluzkę.
-Court, nic nie mów. Przepraszam. Żałuję wszystkich słów wypowiedzianych wtedy na molo. Już wiem, że nie miałem racji mówiąc te wszystkie głupie rzeczy. Byłem głupi. Jestem idiotą. Każdy dzień bez ciebie był stracony. Ja... nie potrafię żyć bez ciebie Court. Wybacz mi.
Przez chwilę milczała. Stała naprzeciw miłości swojego życia, a cały lód w jej sercu powoli się wytapiał.
-Dobrze, że wreszcie jesteś. – Przytuliła go i ukradkiem otarła łzę. On ucałował ją w czubek głowy i stali tak przez chwilę.
-Courtney, nie chcę psuć takiej chwili, ale chyba nie masz zamiaru iść na bal w dresie? – Podniósł jej rękę za rękaw bluzy.
-O cholera! Daj mi chwilę.
-Tęskniłem za tym – szepnął już do siebie. 
     Na balu wszystko szło zgodnie z planem. Ludzie doskonale się bawili, dziewczyny doglądały sytuacji, a chłopaki z In The Darkness rozkładali sprzęt na scenie, przygotowując się powoli do koncertu.
-Jak za pięć minut nie zobaczę tu Simona, to zaczynacie bez niego ! – warknęła Luise w stronę chłopaków.
Właśnie w tej chwili do sali wbiegł ów Simon razem z Courtney. Dziewczyny nie ukrywały lekkiego szoku, widząc ich razem.
-Court, wróciliście do siebie? – spytała Jenny.
-To się jeszcze okaże – odpowiedziała dziewczyna, drocząc się z ukochanym.
-Simon, do jasnej cholery, wskakuj na scenę! – Popchnęła go Luise.
Blask czerwonych lamp. Niesamowite uśmiechy chłopaków z In The Darkness. Stoją razem na scenie. Wreszcie. Maks nabija. Fala niesamowitych dźwięków popłynęła z gitar Briana i Simona. Tak jak w marzeniach Jenn, Brian delikatnie mruży oczy przez blask reflektora.
-Cześć wszystkim – rozbrzmiał zmysłowy głos Davida – Ta rockowa, pełna klimatu impreza została zorganizowana dla was. Mamy nadzieję, że potraficie bawić się przy ostrych dźwiękach? – Skierował mikrofon w stronę ludzi, którzy odpowiedzieli mu pozytywnym wrzaskiem – No to jazda!!!
W całej sali rozbrzmiały głośne dźwięki. Jenny z Gatesem, Emily, Lilly, Luise i Courtney znaleźli się pod samą sceną. Chłopaki w ogóle nie byli zestresowani, w końcu po jesiennej trasie koncertowej występ tutaj był jak koncert w barze mlecznym. Doskonale czuli się na scenie, szaleli, skakali. Potrafili także zainteresować publiczność, która na co dzień przecież odnajdowała się w zupełnie innych klimatach. Cały sekret tkwił w tym, że byli razem. Czuli, że In The Darkness to jedna drużyna i jedno serce. Zwrócili wzrok na Briana roztrzaskującego skomplikowane solo. David podszedł i objął go ramieniem. Musieli grać razem, to pewne.
W połowie koncertu Gates szepnął do Jenny:
-Przepraszam Jenn, ale muszę już jechać do studia.
-Wy i te wasze nocne nagrania. – Objęła go lekko – Dziękuję, że tu ze mną przyjechałeś. Bez ciebie czułabym się niepewnie.
-Było świetnie. Do zobaczenia Jenn – powiedział i cmoknął ją w policzek.
Rozbrzmiał dźwięk, który Jenny już znała. Energicznie odwróciła się w stronę sceny. Chłopaki stanęli blisko mikrofonów, a Brian zerknął na nią spod ulubionego kapelusza.
-Piosenkę, którą teraz zagramy, dedukujemy piątce wspaniałych dziewczyn, które zorganizowały ten bal. Przede wszystkim jednak – jej tytułowej bohaterce, która jest tu dziś sama, chociaż wiązała z tym balem ogromne nadzieje – powiedział David.
Brian przełknął ślinę i przez zaciśnięte zęby powiedział do mikrofony tylko:
-Dla Jenny.
Odetchnął głęboko i zagrał wstęp, delikatnie muskając struny gitary palcami. Spojrzał na nią, a jego oczy mówiły jakby nieme „przepraszam”, chociaż nie wiedział nawet za co. To słowa, czy czyny ją zraniły? Nie ważne. Istotne jest to, że była to tylko jego wina. Nie umiała powstrzymać się od lekkiego uśmiechu, który uderzył w Briana. Upuścił kostkę i zaśmiał się pod nosem. Stanął pewnie i zaczął śpiewać, patrząc prosto w oczy Jenny.
Gromkie brawa. Chłopaki są już do tego przyzwyczajeni. David kłania się nisko, Simon, Brian i Patrick wysoko podnoszą gitary. Maks podniósł się zza garów , podszedł do mikrofonu i powiedział:
-Teraz idziemy bawić się razem z wami ! – Pocałował i rzucił pałkami w kierunku Emily.
-Było cudownie! – Lilly rzuciła się w ramiona Patricka.
-To prawda, byliście zawodowi – Luise skradła Davidowi buziaka –Teraz idę dopilnować, żeby muzyka, którą puszczą z głośników była wporządku.
-Cały czas gdzieś biegasz. – Chwycił ją za rękę – Przygotowałaś to wszystko, ale w ogóle nie czerpiesz z tego przyjemności.
-Luise, o listę kolejnych piosenek zadbałem ja, więc masz trochę wolnego czasu. – Objął ją Simon.
Właśnie w tym momencie w całej sali rozbrzmiało „Never to late”. Courtney zerknęła na Simona i oblała się delikatnym rumieńcem. Szarmancko chwycił jej dłoń i poprowadził na parkiet.
-Masz niebanalne pomysły. – Wtuliła się w jego ramiona.
-To przecież nasza piosenka. – Ucałował ją w szyję – Nigdy przecież nie jest za późno.
David z Luise, Maks i Emily oraz Patrick i Lill również ruszyli na parkiet. Jenny za to stała naprzeciw Briana, nieco speszona całą sytuacją. On jednak wiedział, że nie jest już dzieckiem i musi wreszcie wziąć się w garść, tak jak radził mu Saint. Nadarzyła się przecież okazja.
-Ślicznie wyglądasz Jenn.
-Ty też nienajgorzej.
„Odezwała się . Jest dobrze” – pomyślał. Podszedł do niej tak blisko, jak tego dnia, kiedy się poznali. Dokładnie tak jak wtedy nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy, więc skupiła uwagę na guzikach w jego koszuli. Objął ją ramieniem, a ona nie miała odwagi, by się bronić, ani uciec, jak wtedy. Czuć było między nimi ten sam dystans, lecz zupełnie inne emocje. Wyciągnął do niej dłoń. Nie odwzajemniła, więc pogłaskał ją po policzku. Uśmiechnęła się lekko, a zdopingowany tym, po prostu objął ją silnie i zaniósł na parkiet.
-Ja bym tak nie ryzykowała – powiedziała już w gronie kołyszących się par.
-Czasami trzeba, jeżeli chcemy coś odzyskać.
-Nie wiem, czy nie jest za późno... – Odsunęła się od niego, lecz szybko zamknął ją w objęciach.
-Nigdy nie jest za późno.
Boski bal maturalny dobiegł końca. Jenny sama wracała pieszo opustoszałą ulicą Huntington Beach. Zastanawiała się nad tym, co dziś się wydarzyło. Złamała się. Nie sądziła, że przez chwilową bliskość Briana tak bardzo za nim zatęskni. Nie umiała z tym walczyć, bo przecież nie da się toczyć bitwy z uczuciami. W jej głowie kołatało się setki myśli, a potem zupełna pustka. Nie wiedziała, co zrobić, jak postąpić, co powiedzieć. Obok niej zatrzymał się czarny, znajomy samochód, z którego płynęło głośne „ Scream”.
-Wsiadaj Jenn.
 -Poradzę sobie.
-Nie wygłupiaj się . Od domu dzieli cię jakieś pięć kilometrów.
-Mam dobrą kondycję.
-Nie wątpię, ale jest ciemno i niebezpiecznie. Jeżeli zaraz nie wsiądziesz dobrowolnie, to wyjdę z samochodu i zaciągnę cię siłą – powiedział stanowczo Brian.
Przystanęła. Otworzyła przednie drzwi i wsiadła. Uśmiechnął się z satysfakcją. Po jakiś pięciu minutach drogi odezwała się wreszcie:
-No z czego się cieszysz?
-Z tego, że tu jesteś. Mógłbym teraz wywieźć cię gdzieś na koniec świata i zmusić do powrotu.
-Chciałbyś.
-Nawet nie wiesz jak.
 Dalsza podróż minęła im bez słowa. Podjechali pod dom Jenny, gdzie w oknie czatowała Sarah.
-Do zobaczenia Jenn. – Uśmiechnął się uroczo.
-Skąd ta pewność, że chcę się z tobą widywać? – spytała już za drzwiami auta.
-Serca nie oszukasz Jenny – powiedział i odjechał z piskiem opon.
     W domu  Sarah obrzuciła ją masą pytań.
-Jak było kochanie? Dobrze się bawiłaś? Jak grali chłopaki? I zasadnicze pytanie: Brian cie odwiózł?! – Podała jej szklankę soku.
-Spokojnie mamo. Było cudownie, chłopaki dali wspaniały koncert. Wiesz, Courtney i Simon się pogodzili.
-To wspaniale. A ...wy?
-Sama nie wiem. Sprawa jest jeszcze za świeża.
-Nie martw się kocie, wszystko się ułoży.
-Nie możesz mi tego obiecać. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do obecności Briana, że ciężko mi przejść obojętnie.
-Nie rób tego. Postępuj zgodzie z tym, co czujesz. Często trzeba zostawić rozum gdzieś w tyle i posłuchać swojego serca.
-Serce jest ślepe- westchnęła.
-Ale ma intuicję. Idź spać Jenny, pewnie jesteś bardzo zmęczona.
Leżąc w łóżku znów wspomniała słowa Briana : „Serca nie oszukasz Jenn”, pomyślała, wiercąc się na łóżku. Słowa wciąż zaprzątały jej myśli, a ona sama nie wiedziała, jak powinna postąpić. „Słuchaj serca Jenny” – mówiła jej mama. Być może miała rację. Gdyby John nie posłuchał westchnień swojej duszy i serca byliby teraz rozbitą rodziną. On jednak zakneblował usta rozsądku i rzucił się na głęboką wodę. To się jednak opłaciło.

6 komentarzy:

  1. Ach co to był za bal!!!!!! Nie wymyślę dzisiaj nic konstruktywnego bo dopadło mnie jeszcze przeziębienie. Jutro na pewno przeczytam jeszcze z kilka razy i skomentuję :) Odcinek cudowny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaaaa, zapowietrzyłam się.. Genialny odcinek :)
    Omg, myślałam że zacznę gryźć, jak się okazało, że ta sucz ma grać z nimi w zespole.. :/ Dobrze, że chłopaki się nie dają i dalej chcą grać z Brianem.. A Brian, cholera, wzięła mnie mocno ta scena z Saintem.. Nieźle mu przemówił do rozumu chłopak.
    Aaa, jaki fajny ten bal! Żeby u mnie takie organizowali, a nie dyskoteki z elektroniką i neonowymi światłami.. No a chłopaki się postarali! Strasznie się cieszę, że Simon i Courtney się pogodzili :) I w sumie Jenny i Brian też już są blisko, fajnie fajnie. "Never too late", aaa, moja ukochana piosenka! <3 Świetny odcinek ;)) Czekam na następny.

    OdpowiedzUsuń
  3. właśnie wróciłam z dyskoteki szkolnej i boli mnie wszystko łącznie z mózgiem. W uszach mi piszczy, ale poczułam się lepiej to czytając :) Jenn i Bri jeszcze razem. Zasnę z uśmiechem na ustach. To znaczy padnę do łóżka piszcząc ze szczęścia :P Nawet moje palce się buntują po przetańczeniu Gangman Style ze trzydzieści razy :P
    Napiszę coś jeszcze, ale jutrooo. Chciałabym taki bal... Tylko chłopaki u nas nie te i muzyka nie dobra...

    OdpowiedzUsuń
  4. Gates wolał nie rezygnować że dostanie po mordzie ;)Fajnie że Simon się pogodził z Court. Brian w końcu wziął się w garść i zaczął walczyć o swoje. Czekam co wymyślą żeby się zemścić na Michelle

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja wiedziałam, że ta szmata Michelle chciała się dostać do ich zespołu. Niech sobie własny założy do cholery noo!!
    Kochana mama dała Brianowi do myślenia.Jak czytam jego rozmowę z Saintem to po prostu beczę. I wiem, że ja nigdy czegoś takiego nie napisze i nie ubiorę tego w takie słowa. Normalnie siedzę i beczę za każdym razem gdy to czytam.
    "Nie poznaję cię Brian. Ostatnio stał przede mną szczęśliwy i zdecydowany chłopak. Imponowałeś mi. Teraz nie potrafisz nawet walczyć o to, co nazywałeś swoim sensem życia. Mówiłeś, że nie wyobrażasz sobie życia bez Jenny, a przecież żyjesz. Pewnie nawet nie próbowałeś wyjaśnić całej tej sytuacji. A muzyka? Jak możesz nie walczyć o zespół i przyjaciół?" Taki porządny kopniak dający do myślenia.
    Faceci też wzięli się do działania i poszli do Briana. I pokazali, że naprawdę są jego przyjaciółmi i stanowią prawdziwą rodzinę. I to prawda Garry nie może im zabronić zagrania razem. w końcu to ich zespół.
    Fajne te przygotowanie dziewczyn do balu. Chciałabym kiedyś przeżyć coś takiego z przyjaciółkami. Ale nic już mnie takiego nie spotka, więc chociaż sobie poczytam. Opis sali to mistrzostwo :) Extra to wymyśliłaś. Fajna ta dyrektorka :) In The Darkness wejście smoka! Gates dalej smali cholewy do Jenn . No i nie dziwię się, że zabrał te swoje cudowne dłonie od Jenny. Chociaż to musiałoby być epickie, jak Brian walczyłby o Jenny :)Jej reakcja na jego pojawienie się :) Ucieszyła się pomimo to :) Simon w końcu pogodził się z Courtney. Awww jak słodko!! Cieszę się, że do siebie wrócili. Występ ITD po prostu marzenie. Gates mądry wiedział w którym momencie zejść ze sceny. A jak zagrali "Dla Jenn" to już zeszłam nooo. "Never too lata" dla Courtnej i Simona. Mam sentyment do tej piosenki I Brian w końcu wziął się do działania. No w końcu chłopie!! To było urocze jak zaniósł ją na parkiet. I ten powrót do domu. Martwi się o nią awww. Sarah dobrze jej poradziła, żeby słuchała serca. Mam nadzieję, że teraz wszystko się ułoży. Z resztą ja wiem i Ty wiesz, jak to będzie. No może do pewnego momentu, ale zawsze coś. Bo serca nie da się oszukać.....
    Your foREVer and Always Joann

    OdpowiedzUsuń
  6. kocham Cię, kocham ten odcinek, kocham to, jak piszesz. to tyle na ten temat, dziękuję bardzo.
    :)

    OdpowiedzUsuń