środa, 8 sierpnia 2012

1. Jenny

Uff, pierwszy odcinek, mam tremę. Jakby co to będzie na Ciebie Joanno! :)
Z dedykacją dla wszystkich moich przyjaciół i znajomych, dla Domci, mam nadzieję, że zerkniesz jeszcze raz. Dla Lil, wierzę, że będziesz czytać. Przede wszystkim jednak dla Joanny Gates, bo ten skubaniec przekonał mnie, że warto tu pisać swoje opowiadanie, a dodatkowo potrafi zainspirować jak nikt inny :) Czas zacząć, miłej lektury :)

Delikatny wiatr rozwiał jej czarne, proste włosy. Szła brzegiem morza, które było tak ciepłe w odróżnieniu od temperatury jej rąk. Zawsze miała lodowate dłonie, które właśnie potarła o siebie, patrząc na zachodzące słońce. Nie wiedziała jak odnajdzie się w nowej sytuacji, tysiące kilometrów od swojego starego domu, w którym została jej matka.
    Kiedy była jeszcze dzieckiem, nie zauważała problemów, które od zawsze mieli jej rodzice. Dopiero niedawno, po ukończeniu szesnastu lat wszystko spadło na nią jak grom z jasnego nieba.
Relacje z matką zawsze były szorstkie. W odróżnieniu od ojca była ona za bardzo zasadnicza, wręcz perfekcyjna. John - jej tata – kochał ją nad życie. Łączyła ich muzyka, która matka zwykła nazywać „ rumotem ‘’.  Ojciec był perkusistą w rockowym zespole, czego żona nigdy nie zaakceptowała, twierdząc, że z tego nie da się wyżyć. W końcu John nakrył ją ze swoim przyjacielem z zespołu, kiedy niezapowiedziane wrócił do domu wcześniej po skończonej pracy.  Aby spełnić wszystkie zachcianki żony musiał dodatkowo pracować dorywczo. Zrozumiał, że życie razem nie ma sensu. Podjął decyzje o wyprowadzce jak najdalej od żony i dawnego zespołu. Jenny wybrała mieszkanie z ojcem, co nie zdziwiło nawet matki żegnającej ich krótkim :
- John, postaraj się nie zmarnować życia sobie i Jenny.
    Fala delikatnie musnęła jej stopy, a ona uśmiechając się wspominała chwilę, kiedy ojciec kupił jej pierwsze pałki. Mimo niesamowitego poczucia rytmu, Jenny nie ciągnęło do perkusji, więc John, który nie zarabiał dużo, wydał swoje ostatnie pieniądze, aby kupić jej gitarę. Był to oczywiście akustyk, aby Jenny mogła uczyć się podstaw, jednak jej ambicja nie pozwalała poprzestać na tym i już po trzech miesiącach umiała bardzo dużo a nawet wkomponowała w to swój głos. Ojciec był z niej niesamowicie dumny i cieszył się, że muzyka płynie w jej krwi.
     A teraz jest tutaj, w słonecznej Kalifornii i kompletnie nie wie, co przyniesie jutro, z czego będą żyć. Co prawda ojciec zdążył znaleźć pracę w pobliskim barze, ale to przecież nie zapewni im przyszłości.
Zdjęła gitarę z pleców, bo zaczęła jej ciążyć. Kochała ją bardzo, ale co się stanie, jeżeli będzie zmuszona ją sprzedać? W sumie to nie miała ona zbyt dużej  wartości , była poobdzierana, a na jej pudle Jenny narysowała logo swojej ulubionej kapeli. Było na niej coś jeszcze, co sprawiało, że nigdy nie potrafiłaby się jej pozbyć...
     Jenny wyjęła gitarę z futerału i usiadła na jeszcze ciepłym piasku. Odłożyła trampki w swoim ulubionym, krwistoczerwonym kolorze i położyła gitarę na kolanach. Widniał na niej napis „ Dla Jenny- Avenged Sevenfold ‘’. Zdobyła ten podpis, kiedy rok temu uciekła z domu na koncert swojego ukochanego zespołu. Czekała trzy godziny, żeby chociaż na chwilę spotkać się z chłopakami z Avenged. Kiedy opowiedziała im historię o ucieczce z domu i matce, która pewnie zabije ją po powrocie oraz o ojcu, który jest zapalonym perkusistą, Jimmy chwycił jej gitarę, z którą nigdy się nie rozstawała i maznął ten właśnie podpis. To jedyna pamiątka, która została jej po zagubionym gdzieś buncie i najpiękniejsze wspomnienie o Revie.
Podniosła wzrok do góry, patrząc na ściemniające się powoli niebo i szepnęła :
- Ciekawe, czy dajesz im tam popalić Rev ? – uśmiechając się delikatnie.


     Właśnie wtedy poczuła mocne uderzenie i niezgrabny dźwięk swojej gitary, chwilę potem zobaczyła leżącą obok siebie piłkę.
- Nic ci nie jest? – usłyszała trochę jeszcze zdezorientowana, a przed nią wyrósł jakby spod ziemi wysoki chłopak. Poznała właśnie, że osobnik nie jest jakąś tam dziewczyną po jego męskiej sylwetce. Zapamiętała tylko tyle, bo wciąż była jeszcze w lekkim szoku.  Nie udało jej się nawet dostrzec twarzy chłopaka, bo nie pozwalały na to oślepiające promienie zachodzącego słońca.
- Co? A co cię to obchodzi?! – Jenny krzyknęła wręcz, otrzepując z piasku swoje czarne, bardzo wąskie spodnie i gitarę, która spadła z jej kolan – Widzisz co zrobiłeś?
-Przepraszam, przedstawiłbym się, ale widzę, że mały metal coś nie w humorze – powiedział nieznajomy, uśmiechając się nieziemsko, czego Jenny nie mogła zauważyć.
Słowo „mały’’ całkowicie wyprowadziło ją z równowagi. To prawda, że była niskiego wzrostu, ale cholernie nie lubiła, kiedy ktoś to uwydatniał. Jenny podniosła się i potwierdziła swój niski wzrost, kiedy ledwo sięgnęła chłopakowi do klatki piersiowej. Na jego koszulce przeczytała napis „ Avenged Sevenfold’’ i dostrzegła skrzydlatą czaszkę. To zbiło ją z tropu, jednak z uwagi na to, że niezła z niej złośnica, nie zdobyła się nawet na spojrzenie w oczy chłopakowi. Szybko zabrała trampki, niezdarnie włożyła gitarę do futerału, z którego wypadła fotografia i uciekła, nie zauważając nawet zguby.
- Hej, czekaj ! Jak Ci na imię?! – krzyknął za nią chłopak, ale ona już tego nie słyszała.
Nieco większy metal podniósł zdjęcie z piasku, lekko zmrużył oczy i uśmiechnął się, widząc na nim nieznajomą z chłopakami z Avenged.
- Jak ona to zrobiła ? – szepnął –Wyjątkowa dziewczyna.
Schował zdjęcie do kieszeni z maleńką nadzieją, że jeszcze kiedyś będzie miał okazję zobaczyć te ciemnowłosą piękność. 


     Nowy dom Jenny znajdował się tuż obok plaży, więc nie musiała długo czekać, żeby zatopić się w ulubionej muzyce. Wcześniej jednak czołowo zderzyła się z tatą oślepiona jeszcze napadem złości
-Ej, ej uważaj ! Co się stało? – Wyminął ją ojciec podając kolację.
-Miałam niemiłą sytuację z jakimś chłopakiem.
-Chłopakiem mówisz? Jak na ma imię? Przystojny był?
-Tato przestań się wygłupiać ! O ile dziwnie to zabrzmi, to nie wiem ani jak ma na imię, ani czy jest przystojny. Nalejesz mi soku?
-Skończył się. Jenny, przecież wiesz, że przeprowadziliśmy się tutaj w połowie sierpnia, żebyś miała jeszcze czas poznać kogoś, zanim pójdziesz do szkoły.
-Wiem, wiem, ale w tej sytuacji nie miałam ochoty poznawać tego gościa - warknęła Jenny, biorąc wielki gryz naleśnika.
-Ten chłopak chyba wyjątkowo zaszedł ci za skórę. Co takiego zrobił?
-Po pierwsze z całych sił uderzył w „małą J.’’ ( bo tak swoją gitarę nazywała Jenny ), rozstrajając ją tak, że trzeba będzie kupić nowe struny, bo z tych już nic nie będzie. A po drugie nazwał mnie „małą’’.
-Uu to nagrabił sobie na wstępie. A struny trzeba było wymienić już dawno. Zrobię to, jak tylko dostanę tygodniówkę.
-Nie tato, nie możemy wydać tych pieniędzy na struny i żywić się tylko naleśnikami czy pizzą- powiedziała Jenny trochę zmartwiona.
Nastała nieprzyjemna cisza, którą przerwał ciepły głos ojca:
-Jenny, jesteś na mnie zła, że podjąłem tak szaloną decyzję? – Delikatnie objął ją ramieniem.
-Oczywiście, że nie. Nam wszystkim wyszło to na dobre. Zastanawia mnie tylko jedno. Czy ukrywałeś przed mamą, że jesteś rockmanem, że słuchasz mocnej muzyki? Czy może stałeś się taki dopiero po jej poznaniu? No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kiedyś kochała cię takiego, a potem wszystko w niej wygasło?
-Tak naprawdę Jenny, to mama zaraziła mnie tym wszystkim. Była punkiem z prawdziwego zdarzenia.
-Ale jak to?- Jenny nie mogła uwierzyć, mając od zawsze przed oczami obraz matki-perfekcjonistki.
-Serio kotek, właśnie mama wdrążyła mnie w ten pełny muzyki świat. Zachęciła mnie do grania na perkusji. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Wiesz, mama pięknie śpiewa, tak samo jak ty i grała kiedyś na gitarze. Początkowo nawet była wokalistką w naszym zespole- John uśmiechnął się i zamyślił na chwilę, a Jenny nerwowo poprawiła włosy – Wiesz, włosy też poprawiała podobnie. Teraz tak bardzo przypominasz mamę sprzed lat.
-Więc... co się stało tato?
-Stwierdziła, że dojrzała i dla niej liczy się przyszłość. Mnie też namawiała do zmiany stylu życia, przez to zaczęliśmy się kłócić. Wiesz kotek, ja kocham twoją mamę mimo wszystko. Kocham ją właśnie za to, że dała mi muzykę, perkusję, samego siebie i mój największy skarb- ciebie.
Jenny rzadko płakała, a nawet jeśli to w samotności, żeby nikt nie widział. Teraz wielka jak groch łza spłynęła po jej bladym policzku ,rozmazując ciemną kreskę. Po czym uśmiechnęła się delikatnie i uciekła do swojego pokoju na piętrze. A John został sam, a może nie zupełnie sam. Były z nim pięknie wspomnienia o swojej ciemnowłosej żonie sprzed lat...

4 komentarze:

  1. Awwww Jenny! W końcu się doczekałam!!! Jak już wiesz uwielbiam Twoją Jenny. Taka nagła zmiana w życiu musiała być dla niej bardzo ciężka, zwłaszcza że widzi jak ojciec bardzo się stara. Jak czytam o Johnie to mam przed oczyma Mike'a Portnoy'a haha nie wiem czemu :) A koleś z plaży nieźle sobie nagrabił, ciekawy początek znajomości, nie powiem nic więcej.
    Chociaż wiem, co będzie dalej to z przyjemnością kolejny raz wyruszę z Tobą i Twoimi bohaterami w tą magiczną podróż w jaką nas wszystkich zabierze Twoje opowiadanie :)
    Cieszę się, że ten skubaniec, czyli ja do czegoś się przydaje...
    Dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Awwww, zapowiada się naprawdę nieźle! Jenny wydaje się taką sympatyczną dziewczyną, która zapewne przeżyje sporo przygód w nowym miejscu. Nie mogę się doczekać kolejnych odcinków :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uuu fajnie, że kolejna osoba wzięła się za pisanie opowiadania, będzie co czytać :D
    Podoba mi się, czekam na kolejne odcinki! Mam nadzieję, że będziesz je często dodawała :) No i jestem ciekawa kim jest tajemniczy gość z plaży :D

    OdpowiedzUsuń
  4. no no , naprawdę ciekawie sie zaczyna więc będe śledzić dalszy przebieg ;)

    OdpowiedzUsuń