środa, 21 listopada 2012

40. The end of story...

   A więc moi drodzy, nadszedł czas na 40 i ostatni tym samym odcinek. Było mi tu z wami bardzo miło. Przeżyłam cudowne chwilę, czytając wasze komentarze, będąc torturowana i spamowana prośbą o nowy odcinek. Gdyby nie wy, nigdy nie uwierzyłabym, że chociaż troszeczkę potrafię pisać i chwytam za serduszka.

Podziękowania, podziękowania i jeszcze raz podziękowania !
Przede wszystkim Joannie ! Gdyby nie ty to opowiadanie nigdy nie ujrzałoby światła dziennego. Dziękuję, że mnie inspirujesz, że tak wiele się od ciebie mogłam nauczyć, że dzięki tym blogom zbliżyłam się do ciebie i twojego życia. Dziękuję. Podziękuję ci jeszcze nie raz, kocham cię !

Martensikowy i Jóleczce - za komentarze , słowa wsparcia i obecność. Jesteście cudowne.

Adrinne za to, że przestawiłaby dla mnie Harrego Pottera. Uwielbiam cię, pisz dalej, bo kocham twoje opowiadanie. Dziękuję ci za wszystko.

Dla Vis i Hope, Unicorn, za to, że były ze mną do samego końca.

Oraz dla całej reszty, która nie dotrwała do końca, ale na początku była i również mnie motywowała.
Ostatni odcinek dla was wszystkich ! 
   
  Przygotowania – intensywne i wyczerpujące – powoli dawały efekty. W malowniczym ogródku Megan już dzień przed ślubem stała dekoracja, w postaci białych krzesełek ustawionych rzędami, łuku w tym samym kolorze, ozdobionego tiulem i herbacianymi różyczkami. Wszystko oddawało nastrój chwili. Jenny doglądała każdej rzeczy i denerwowała się jak nigdy. Tak bardzo chciała tego ślubu, a teraz? Najchętniej przesunęłaby go o kilka lat świetlnych. Myśl tą jednak odmieniał Brian, który cieszył się tym wydarzeniem jak małe dziecko. Dyrygował zgromadzonym na placu boju. Wszyscy pomagali i uwijali się jak mrówki. W końcu nadszedł ten cudowny dzień.
Jenny obudziła się przez słodki pocałunek Briana.
-Wstawaj kicia, czas zostać piękną panią Connor.
-Daj pospać jeszcze pięć minut. – Naciągnęła kołdrę na głowę.
-Nie ma mowy! Wstawaj, czas się przygotować.
On był już ubrany i pewnie od wczesnego rana na nogach. Podniosła się ospale.
-Zadowolony?
-Bardzo – pocałował ją w nosek – Biegnę do siebie. Na dole czeka twoja mama ze śniadaniem. Aaa i nie przestrasz się, jest tam jeszcze zastęp dziewczyn, fryzjerka i makijażystka, powodzenia.
Ubrała się w wygodny dres i zbiegła na dół. Była Em, Lil, Court i Luise, które przyjechały już wczoraj wieczorem. Przygotowywały się w salonie Jenny, bo razem z chłopakami z ITD. miały tworzyć piękny zastęp świadków.
-Jak się czuje panna młoda ? – spytała Sarah – Wyspałaś się kochanie?
-Nie za bardzo – Przeciągnęła się leniwie.
-Denerwujesz się? – zagadnęła ją Emily, która właśnie była malowana przez blond makijażystkę.
-To chyba normalna. Nie mój Johnny i tak przebija wszystkich – zaśmiała się, zerkając na Johna, przechadzającego się z kuchni do pokoju. Nie usłyszał nawet.
Em wstała i przejrzała się w lustrze, podczas gdy Jenny kończyła miskę płatków kukurydzianych.
-Wyglądasz bosko ! – skwitowały chórem.
Włosy miała spięte w koczek po boku, co idealnie eksponowało kości policzkowe, przyrumienione lekko. Pełne usta pociągnięte czerwoną pomadką i ekstremalnie wytuszowane rzęsy.
-Teraz twoja kolej księżniczko.
Po wszystkich tych zabiegach dziewczyny wyglądały bosko, ale Jenny...zjawiskowo. Długie, czarne loki opadły na jej ramiona, a twarz miała wręcz porcelanową. Ciemna kreska podkreślała jej oczy, które lśniły z radości, a ustka różowiały uroczo. Wyglądała tak niewinnie, tak cudownie, tak pięknie.
Dziewczyny zajęły się przyjmowaniem gości i sadzaniem ich na odpowiednich miejscach w ogrodzie, a Jenny wróciła do siebie. Usiadła naprzeciw okna, za którym rozprzestrzeniał się widok morza. Falowało delikatnie, lśniło od słońca i łączyło się horyzontalnie z niebem. Wzięła do ręki album z fotografiami, który dostała na siedemnaste urodziny od Briana. Przyglądała się fotografią, muskając je palcami. Chciała uchwycić wszystkie szczegóły, na zawsze zachować je w pamięci. Ostatnie zdjęcie to ona i chłopaki z Avenged Sevenfold. Właśnie ktoś zapukał do drzwi.
-Mogę?
Tak, to właśnie ta barwa głosu, kiedy chce się krzyknąć „amazing”.
-Jeśli masz jakieś niecne plany, to nie. – Uśmiechnęła się w jego kierunku.
-Spokojnie. Mam dla ciebie prezent.
-Przed ślubem? Syn, co to takiego? – westchnęła na widok ogromnego, fioletowego pudła , przewiązanego czarną kokardką.
-Otwórz! – Mrugnął.
-O mój Boże!!! – krzyknęła, kiedy pozbyła się wieka.
-Wystarczy „Dziękuję Syn”, ale to miłe z twojej strony. O takiej marzyłaś?
Wyciągnęła śnieżnobiałą suknię z uroczymi falbankami, zgrabnym i delikatnym gorsetem, sięgającą podłogi.
-Oglądaliśmy już razem, pamiętałeś! Jest cudowna, dziękuję ! – Pocałowała go w policzek.
-Przebieraj się i schodź na dół. Wszyscy już czekają – powiedział i skierował się do drzwi.”
-Syn... – zatrzymała go.
-Hm?
-Dziękuję.
-Już dziękowałaś mała.
-Nie za sukienkę.
-A za co?
-Za to, że jesteś takim cudownym przyjacielem, o jakim zawsze marzyłam. Obiecaj mi tylko, że tego nie zniszczysz.
-Obiecuję. Ale ty też mi coś obiecaj.
-Co takiego?
-Że będziesz bezwarunkowo szczęśliwa.
-Obiecuję – uśmiechnęła się lekko.
-Chodź, czas wyjść za swojego księcia.
-Dajcie mi chwilkę. 


     Ogród zieleniał, a Jenny promieniała. Szła pod rękę z Johnem, który trząsł się jak galareta, prowadząc ją do ołtarza, przy którym czekali już świadkowie i Brian, w idealnie skrojonym garniturze. Goście patrzyli na nich z zachwytem. Byli parą idealną. Słowa przysięgi brzmiały w ich ustach jak obietnica wiecznego szczęścia.
-Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską – powiedział pewnie.
-Oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci – wyszeptała, a w jej oczach pojawiły się łzy wzruszenia.
Sarah płakała jak bóbr. Jej Zycie ułożyło się w tak nieprzewidywalną całość. Straciła dużo czasu, ale teraz była szczęśliwa jak nigdy. John otarł jej łezkę i otulił ramieniem, wspominając początki związku Jenn i Briana. To musiało się tak skończyć, nie było innej możliwości. Do Megan za to wróciła chwila, kiedy jej syn stał nad życiową przepaścią. Kiedy miłość prawie doprowadziła go do śmierci, a potem uratowała.
-Ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą.
W tym momencie wszyscy usłyszeli dźwięk fortepianu, a chwilę potem cudowny głoś Shadowsa w        „ Warmness on the soul” . Całe A7X stało na białej scenie za ich plecami.
-To najpiękniejsza chwila w moim życiu – szepnęła do Briana.
-Zrobię wszystko, żebyś mówiła tak o każdej naszej chwili.


     Impreza trwała w najlepsze. Młodzi zabawiali wszystkich, dużo rozmawiali, tańczyli i pili. Nagle Brian zauważył Kate, samą przy stoliku, bo Gates właśnie tańczył z Jenny.
-Jak się bawisz na moim weselu – spytał.
-Bosko. Powiem ci Briana, że miałeś świetny pomysł. Nieźle to wykombinowaliśmy.
-Wesele?
-Też, ale chodzi mi o te rozmowy, wiesz, ja z Jenny, a ty z Synem.
-Aa... no tak, poskutkowało – uśmiechnął się – Ja przed ołtarzem, a ty...
-A ja rozpieszczana przez mojego Gatesa.
Tylko się cieszyć. Muszę lecieć Kate, Maks coś kombinuje przy scenie. Baw się dobrze – powiedział i czmychnął przyjrzeć się sytuacji.
Maks faktycznie stał na scenie. Podwyższył sobie mikrofon i zaczął:
-Sześć lat temu, kiedy poznałem Jenn, od razu wiedziałem, że jest stworzona dla Briana. Uwiercie, pierwszy raz widziałem go takiego. Kiedy tylko wchodziła na próbę, uśmiechał się głupkowato i grał najlepiej jak tylko potrafił. Zaczął pisać cudowne piosenki. Stał się innym człowiekiem. To miłość go zmieniła. Kiedy tak na nich patrzyłem, zapragnąłem tak samo otworzyć się na uczucia. Przeklinałem, że nie mam kogoś takiego jak Jenny. I właśnie wtedy zauważyłem, jak ważna jest dla mnie moja mała Emi. Chciałem ją chronić, być przy niej w każdej sekundzie, nie spuszczać jej z oka. Bałem się tego, uczucie wydawało mi się zgubne, ale popłynąłem przy niej. Zakochałem się jak szalony i... i chcę być przy niej „dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Emily Connor, wyjdziesz za mnie?
Wyłoniła się z tłumu, który rozstąpił się nagle, zostawiając ją na samym środku. Niepewnie spojrzał jej w oczy.
-Tak!
Zeskoczył ze sceny i obsypał ją pocałunkami.
     Kate przyglądała się temu z pewnej odległości, gdy ktoś mocno objął ją w talii.
-Romantyczne, prawda? – Poczuła usta Gatesa na swojej szyi.
-Ta rodzina jest szalona – uśmiechnęła się, ukołysana w jego ramionach.
-Ja też jestem szalony, bo również należę do tej rodziny – zatrzymał się – Kasiu –uklęknął przed nią, wyjmując czerwone pudełeczko z kieszeni marynarki – czy zgodzisz się zostać żoną takiego szaleńca jak ja?
-Ale...- dosłownie ją zamurowało.
-Nie rób mi tego, żadnych „ale”!
-Panie Brianie Elvinie Hanerze Juniorze , zostanę twoją żoną.
Porwał ją w objęcia i całował do utraty tchu, a obserwująca to Jenny uśmiechnęła się w stronę gwiazd.
-Teraz wszyscy jesteśmy szczęśliwi – powiedziała i poczuła dłoń męża na ramieniu.
-Popatrz ile gwiazd. Mamy jeszcze wiele marzeń do spełnienia.


     Jak potoczyła się ich życie? Jenny urodziła słodkie bliźniaki – chłopca i dziewczynkę. Zgodnie z umową synek dostał imię wybrane przez tatę – Saint Alex – a dziewczynka przez mamę – Dominica Victoria. Jenny została w „Kerrenga”. Awansowała nawet na redaktora naczelnego po odejściu pani Jackman. Chłopaki nagrali razem jeszcze wiele płyt. Brian kupił cudowny dom z marzeń Jenny. Emily poślubiła Maksa, a Kate Hanera. Obydwie pary doczekały się dzieci. Gdybyście zobaczyli Gatesa w roli tatusia małego Adama i Joanny...
Wszyscy wynieśli lekcje z ostatnich kilku lat. Nie warto bać się porażki, która straszy nas w zakamarkach podświadomości, a trzeba ciągle iść do przodu i walczyć o swoje marzenia. Miłość daje siłę, dzięki której możemy pokonać samych siebie, swoje słabości, a nawet śmierć, która zakłada nam na ramiona swoje kościste dłonie. Możemy zwyciężać, jeżeli mamy wokół siebie ludzi, którzy w nas wierzą. A muzyka? Muzyka tworzy historię, piękną piosenkę, którą można śpiewać od nowa i od nowa, dopisywać nowe zwrotki, a kiedy już odejdziemy, ona wciąż będzie żyć w sercach ludzi, którzy nas kochają.


     In The Darkness i Avenged Sevenfold siedzą w samolocie razem ze swoimi technicznymi, żonami i dziećmi.
-To co Kate, pokażesz nam tą swoją Warszawę? – uśmiechnął się Brian.
-Uwierzcie, że ludzie z Polski kochają was jak chyba nikt inny na świecie. Gwarantuję, że po koncercie będziecie zachwyceni.
-Ostatni koncert w trasy A7X & ITD. czas zacząć! Kierunek – Warszawa ! – krzyknął z tyłu Johnny.
Gates objął Kate ramieniem i pogłaskał dzieci po główkach.
-Wrócimy tu jeszcze nie raz.



The End

wtorek, 20 listopada 2012

39. Marry me !

    Króciutko, ale chyba sympatycznie. 

     Jenny wpadła do domu jak huragan. Oszacowała czas pozostały jej do przyjścia Briana i zdecydowała, że z miejsca musi zabrać się za sprzątanie. Chciała urządzić dziś wyjątkowy wieczór. Rodziców wysłała do kina na jakąś komedie romantyczną oraz wynajęła im stolik w restauracji. Przestrzegła Sare, żeby jak najdłużej zostali z Johnem na tej randce i cieszyli się sobą. Ona miała cieszyć się Brianem. Przez te pięć lat przebywania z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę, przyzwyczaiła się do jego obecności tak bardzo, że miniony miesiąc bez niego był nie do przeżycia. Ale dziś będą już razem, dopóki chłopaki znów nie wyjadą w trasę. To nieważne. Najistotniejsze teraz było to, jakie wiadomości ma mu do przekazania. Gdy dom lśnił już czystością, Jenny rozstawiła zastawę w salonie i skontrolowała czas. Biegiem wzięła prysznic i rozpoczęła przygotowania. Wcisnęła się w szmaragdową sukienkę, którą kupiła jakiś tydzień temu, a już była na nią przymała. Maleństwa rosły w zastraszającym tempie, a razem z nimi Jenny. Na powiekach zrobiła grubą kreskę, przeciągniętą ku górze. Do tego róż na policzkach, krwistoczerwona pomadka i zmysłowe loki. Ulubione perfumy, które dostała od niego. Pewnie był już w domu, więc napisała mu jeszcze sms : „Włóż tą koszulę, w której wyglądasz tak seksownie. Czekam. Twoja kicia”. Zaśmiała się do siebie.
-Z tą kicią to chyba przegięłam. – Mimo to wcisnęła klawisz „wyślij”.
Zapaliła świeczki równo z dzwonkiem do drzwi.
-Cześć kicia – uśmiechnął się w najpiękniejszy dla niego sposób.
Oszalała z wrażenia. Po tej rozłące wydawał jej się jeszcze przystojniejszy. Miał jej ulubioną, granatową koszulę i wąskie, czarne spodnie. Włosy ułożył idealnie. Pewnie Emily mu pomogła. Oparł się o framugę drzwi, w jednej ręce trzymając butelkę czerwonego wina, a w drugiej bukiet róż o tej samej barwie.
-Trzydzieści jeden – powiedział, wręczając jej kwiaty- Jedna za każdy dzień naszej rozłąki, na przeprosiny za to, że byłem tak daleko.
-Są piękne. Wstawię je do wody – powiedziała i skierowała się do kuchni, lecz w tym momencie pociągnął ją za rękę i wpadła w jego ramiona.
-Chwileczkę. Zapomniałaś się ze mną przywitać.
Przyciągnął ją do siebie mocniej, obejmując ręką w talii i lekko podnosząc, aby mogła dosięgnąć do jego ust. Uniósł jej podbródek i uśmiechnął się uroczo. Ten właśnie uśmiech poczuła na swoich ustach ułamek sekundy później. Rozpłynęła się w tej chwili. Nigdy nie pocałował jej w ten sposób. Straciła dech pod wpływem jego ciepłego oddechu i dłoni wplątanych w jej włosy. Odstawił ją ostrożnie i pocałował w czubek głowy.
-Tęskniłem Jenny.
-Ja też. Ale na szczęście już jesteś. Siadaj do stołu i polej wino. Za chwilę wrócę.
Sobie nalał do połowy, jej tylko troszeczkę. Spojrzała na niego wymownie.
-Tobie nie wolno, ale taka okazja, taki wieczór...zdarza się tylko raz. Jak tam mój mały wariat? Widzę, że rośnie jak na drożdżach.
-Tak, a raczej...rosną – uśmiechnęła się nieśmiało.
Nie rozumiem?
-Kochanie...będziecie mieć bliźniaki!
-Bliźniaki?! Dwóch małych brzdąców? To cudownie!
-Trochę się boję, bo będę tu przecież sama, a kiedy będzie dwójka, to oczywiście dwa razy więcej obowiązków. Ale tak bardzo ich kocham, że zrobię wszystko, aby było im jak najlepiej.
-Jenny chciałbym być z wami, zawsze blisko ciebie, żeby móc ci pomagać, ale...
-Nie ma mowy o odchodzeniu z zespołu, rozumiesz? Poradzę sobie, wystarczy, że będziesz nas bardzo kochał.
-Kocham. Na pewno damy radę. Kiedy dzieci dorosną , wszyscy pojedziemy w trasę.
-Mam dla ciebie jeszcze jedną wiadomość...
-Jeszcze coś się wydarzyło podczas mojej nieobecności?
-Tak...znalazłam pracę. – Włożyła mu dodatkową porcję pysznego spaghetti.
-Pracę? Jaką pracę? – Zatrzymał ją wzrokiem.
-W gazecie. Brian, wiesz że ja nie umiem usiedzieć na miejscu. Kate załatwiła mi pracę w „Kerrenga” – Usiadła spokojnie naprzeciw niego.   
-Cieszę się, że to cię uszczęśliwia, ale sama wiesz, że najchętniej zamknąłbym cię w złotej klatce. Obiecaj mi tylko, że uważasz na siebie . – Obrzucił ją zatroskanym spojrzeniem.
-Nie martw się – usiadła mu na kolanach – to praca w redakcji, siedzę przy biurku i piszę. Przynajmniej nie objadam się w domu, przed telewizorem. Jak dzieci się urodzą, będę mogła pracować w domu i prawdę mówiąc, będzie to wtedy moja jedyna rozrywka.
-Moja ambitna narzeczona. – Dał jej całusa w policzek.
Rozmawiali długo o minionym miesiącu, o płycie, którą zaczną tworzyć i o planach na przyszłość. Jenn zaśmiewała się do łez, kiedy opowiadał o tym, jak Shads założył się z Davidem, że zje 10 hot-dogów w minutę i przy siódmym prawie zwrócił wszystko. Jak Gates, Johnny, Simon i Maks zalali się w trupa oraz jak Emily pobiła prawię jakąś tępą blondynkę, która doczepiła się do chłopaków z ITD. i A7X.
-Tak bardzo chciałabym być tam z wami – zrobiła smutną minkę.
-Nam też bardzo ciebie brakuje. – Przytulił ją czule.
-Jeśli się dowiem, że podczas gdy ja zajmuję się dziećmi i siedzę w pieluchach, ty podrywasz napalone fanki to cię wykastruję! – Wymierzyła mu cios w ramię.
-Bez obaw, nie spojrzę na żadną inną, bo... – wstał i uklęknął przed nią – bo będę miał cudowną żonę. Jenn, zgodziłaś się już na zostanie moją żoną, ale czy zgodzisz się zostać nią za tydzień? Nie przyjmuję odmowy.
-Ale jak to za tydzień? – spytała zszokowana.
-Normalnie, wszystko jest już załatwione, teraz tylko musisz się zgodzić.
-Zgadzam się wariacie!
Złapał ją za ramiona i okręcił dookoła. Włączył nastrojową muzykę i pociągnął ją za sobą na środek pokoju.
-Mogę panią prosić? – Wyciągnął rękę i otulił ją ramionami.
-Bri, ale nie mamy zespołu, kucharza, zaproszeń i najważniejsze – nie mam sukienki!
-Jak ja mówię, że wszystko jest załatwione, to znaczy, że jest jakie?...
-Załatwione – mruknęła.
-Dokładnie. Zresztą, już od dawna wszyscy byli wtajemniczeni w tą niespodziankę.
-Wszyscy?
-Jasne. Cała rodzina, sevenfoldzi. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik.- Okręcił ją delikatnie, objął w talii i pocałował w szyję.
-Ale teraz to już chyba możesz mi powiedzieć, jak sobie to wyobrażasz?
-Niespodzianka to niespodzianka kicia. Po prostu bądź w sobotę w domu, ok.? – Zaśmiał się i przytulił ją do siebie.
-Będziesz mnie do końca trzymał w niepewności?
-Tak. Ale ty nie będziesz długo ukrywać jaką masz na sobie bieliznę? – Ugryzł ją lekko w szyję.
-Zbok i erotoman! – zachichotała.
-Ale twój.- Wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju.

niedziela, 18 listopada 2012

38. So sweet .

     Mojej Joan, za to, że spełnia moje marzenia ;*
 
     Od samego rana Jenny panikowała, szukając odpowiednich ubrań na pierwszy dzień pracy. Nigdy nie pracowała w takim miejscu, nie zapytała Kate o żadną wskazówkę. „Właśnie, Kate” – pomyślała. Postanowiła, że nie będzie do niej dzwonić, pewnie uznałaby ją za idiotkę. Jednak jej obraz przedstawiła sobie w myślach. Wyszperała z dna szafki czarną, ołówkową spódnicę przed kolano. Naciągnęła czarne rajstopy, a w spódnicę wkasała czerwoną koszulę. Jak na złość nie posiadała kolekcji kolorowych szpilek, którą Kate zapewne miała, więc wyciągnęła jedne z najpiękniejszych z szafki Sary. Nie poznawała się lustrze. Kobieta przed nią była dojrzała i zupełnie inna niż wcześniejsza Jenny. Nie powiedziała Brianowi o nowej pracy, więc wieczorem będzie miała mu do powiedzenia dwie bardzo ważne rzeczy.
Kate podjechała po nią punktualnie o dziewiątej.
-Dzień dobry Jenny. Wyglądasz cudownie. Wczoraj zapomniałam ci powiedzieć, żebyś wyglądała raczej elegancko, ale jak widać sobie poradziłaś.
-Chyba nie sądziłaś, że wyskoczę w glanach i zespołowej koszulce? – Sama zaczęła śmiać się z tej wizji.
-Szczerze, to trochę się bałam. Gates mówił mi, że można się po tobie spodziewać wszystkiego.
-Wszystkiego? Co mówił jeszcze? – wzdrygnęła się Jenny.
-Nie mówił o tobie dużo. Tyle, że jesteś bardzo zdolna, że na pewno poradzisz sobie w tej pracy i że niezłe z ciebie ziółko. Mówił jeszcze, że zawsze byłaś bliżej z innymi chłopakami z A7X.
Jenny skrzywiła się na te słowa. Haner wciąż okłamywał Kate. Mówił jej, że praktycznie się nie znajdą, nigdy nie przyznał się, że coś ich łączyło. Ale może to i lepiej. Kate miała tutaj tylko Gatesa, pewnie bałaby się, że ktoś go jej odbierze.
Redakcja nie była nawet trochę komercyjna. Na ścianach wisiały genialne fotografie najróżniejszych zespołów wraz z autografami. Większość gabinetów było zaszklonych, tylko biura dyrektorskie były odizolowana. Kate przeprowadziła ją przez długi, wąski korytarz, aż do drzwi z napisem : Redaktor Naczelny.
-Tylko się nie denerwuj, masz ta pracę w kieszeni. – Dała jej kopniaka na szczęście i uchyliła drzwi do biura – Pani redaktor, przyprowadziłam Jennifer.
-Niech wejdzie.
Za ogromnym, dębowym biurkiem siedziała kobieta w średnim wieku, ubrana w czarną koszulę. Była dystyngowana, a jej policzki różowiały uroczo, co nie pasowało zupełnie do jej wyrazu twarzy. Miała piękne, kasztanowe włosy, opadające na ramiona.
-Dzień dobry. – Jenny niepewnie usiadła w fotelu przy biurku.
-Czego u nas szukasz Jennifer?
-Kate powiedziała mi, że szukacie redaktora do rubryki z wywiadami. Słyszałam, że naprawdę potrzebujecie kogoś, więc...
-Masz jakieś doświadczenie – przerwała jej.
-W pisaniu nie... to znaczy byłam w liceum na profilu dziennikarskim, uczęszczałam na kółko literackie i...
-Sądzisz, że to wystarczy? – uśmiechnęła się sceptycznie – A matura? Masz przy sobie dokumenty?
-Ja... – Zaczerwieniła się po same uszy – Nie mam matury.
-Nie zdałaś? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
-Nie, po prostu... nie podeszłam do matury, bo ... – Teraz jej policzki miały już barwę koszuli – wyjechałam w trasę z In The Darkness. Byłam ich techniczną.
Wyraz twarzy kobiety zmienił się w sekundzie.
-Techniczną In The Darkness? W takim razie dlaczego już nią nie jesteś i szukasz pracy?
-Bo... jestem w ciąży.
Pani Jackman znów powrócił groźny wyraz twarzy.
-W ciąży?
-W czwartym miesiącu, dlatego mam mnóstwo czasu i znam wiele osób, które na pewno zgodziłyby się udzielić mi wywiadu. Później mogłabym pracować w domu i wysyłać artykuły.
-No taa... To może zostaniesz dziś na dzień próbny, a potem zobaczymy.
Jenny wyszła z biura ze spuszczoną głową.
-I co? – Kate dopadła ją od razu.
-Nie mam szans Katy! Ta baba jest wredna! Dopytywała o doświadczenie i maturę, a przecież wiesz, że tego nie mam. Wiesz jak mi było wstyd?
-Nie gorączkuj się tak. Mamy nóż na gardle, na pewno cię przyjmie. Chodź, pokażę ci twoje biurko.
-Jeszcze nie moje.
-Ale z ciebie pesymistka. Wyluzuj. Wszystko będzie dobrze.
W zaszklonym pomieszczeniu znajdowało się kilka biurek z komputerami i różnymi, wielokolorowymi segregatorami. Ludzie zawzięcie coś pisali i słuchali dobrej muzyki. Uśmiechali się i rozmawiali ze sobą. Jedno biurko stało puste i właśnie przy nim usiadła Jenny. Ludzie spoglądali na nią, aż w końcu jeden z chłopaków – ten siedzący naprzeciw jej biurka – powiedział:
-Koleżanko, jestem tu za Marca? No przedstaw się. – Uśmiechnął się zabójczo.
-Jestem Jenn. A moje miejsce tutaj nie jest jeszcze pewne.
-Sprawdź skrzynkę. – Mrugnął do niej zielonym oczkiem.
          „1 wiadomość od : Redaktor Naczelny”


„Twoje zadanie : Szybki wywiad telefoniczny z Mattem Tuckiem”
Powodzenia.
Caroline Jackman”


Otworzyła oczy ze zdziwienia. Przecież dla osoby spoza wewnętrznego świata muzyki byłoby to niemożliwe. Wszyscy wiedzą, że Tuck jest nieuchwytny. Jednak dla niej była tu bułka z masłem, w końcu Matt był jej kumplem, nie raz pili razem w trasie i palili czerwone Marlboro. Uśmiechnęła się do samej siebie i przypomniała sobie, że gdyby nie nieznajomy to nawet nie zajrzałaby na swoją skrzynkę. Wychyliła się zza komputera.
-Dzięki...właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię?
-Robert. Co ci kazała zrobić?
-Wywiad z Mattem Tuckiem. – Wywróciła oczami.
-Jak masz zamiar to zrobić?! – Szeroko otworzył oczy ze zdziwienia.
-Mam swoje sposoby.
Wyciągnęła z torebki telefon i podekscytowana znalazła w nim numer.
-Zacky, musisz mi pomóc – szepnęła do słuchawki.
-Co tam Jenn?
-Pilnie potrzebuję numeru do Tucka.
-A po co ci?
-Długa historia. Opowiem ci jak się spotkamy. To co z tym numerem?
-Już ci wysyłam. Przy okazji, jesteś w mieście?
-Stacjonuję tu już miesiąc.
-Co powiesz na kawę i plotki?
-Zacky, nic się nie zmieniasz. Co powiesz na poniedziałek? Przy okazji opowiesz mi, czy moi chłopcy byli grzeczni w Graspop.
-Jak na razie wszystko tylko wynoszą sprzęt i leczą kaca po wczorajszej pokoncertowej imprezie. Piliśmy razem do białego rana. –Zaśmiał się do słuchawki.
-Mam nadzieję, że nie sprowadzacie chłopaków na złą drogę Vangeance. A i nie mów Brianowi, że dzwoniłam.
-Ale któremu? – znów usłyszała jego sarkastyczny chichot.
-Obu. Zresztą, najlepiej nie mów nikomu. To będzie taka nasza tajemnica.
-Spoko. Wyślę ci sms z adresem na poniedziałek. Na razie.
-Pa Zack. 
Robert przysłuchiwał się tej rozmowie z uwagą.
-Jenny, mam takie pytanie – zaczął niepewnie.
-Tak? – Wychyliła się zza ekranu monitora.
-Czy ty rozmawiałaś z TYM Vangeancem? – zaakcentował.
-No nie wiem, znam tylko jednego – zaśmiała się wymownie.
-Zacky Backer z Avenged Sevenfold? Matt Tuck? Skąd ty ich wszystkich znasz?
-Mój drogi, jak ty nic nie wiesz...
-W takim razie mi opowiedz. – Spojrzał prosto na jej dekolt i poprawił mankiety marynarki – Kawa?
-Mam dużo pracy. Może innym razem.
-Będziesz pracować nawet w czasie przerwy? No nie gadaj, że ambitny pracoholik z ciebie? – Uśmiechnął się, ale nie odpowiedziała.
Odczytała wiadomość od Vangeance’ a i wybrała numer. Podczas trwania sygnału zastanawiała się co ma powiedzieć Tuckowi.  W końcu odezwał się jego aksamitny głos.
-Słucham?
-Hej Matt. Tu Jenny, narzeczona Briana z ITD.
-O, cześć Jenny. Co tam?
-Słuchaj, mam do ciebie taką małą sprawę. Znalazłam pracę w „Kerrenga” i moim zadaniem jest zrobić z tobą wywiad.
-Ty pracujesz w gazecie? Mało z tego rozumiem – westchnął zdezorientowany – No ale dobrze, gdyby to był ktoś inny nawet bym z nim nie gadał, ale jeżeli to ty, to pytaj, odpowiem.
-Powiedz mi w takim razie w jakim momencie cię zastaję? Piszesz może słowa do nowej, cudownej piosenki? Wiem z pewnych źródeł, że pracujecie nad nowym projektem.
-Zależy czy pytasz o Axewound czy BFMV? Aktualnie podpisuję płyty Voltures dla ukochanych fanów razem z chłopakami.
-No właśnie – Voltures. Płyty słuchałam z ciarkami na rękach. Czy tysiące ludzi na koncertach poczuje to samo?
-Mamy nadzieję, że płyta wzbudza emocje, a nasi fani przyjdą na koncerty. Zresztą, zapraszamy nie tylko ich, ale wszystkich, którzy chcą nas poznać. Płyta jest już w sprzedaży.
-A koncerty? Kiedy ruszacie w trasę?
-Już w grudniu pierwszy koncert w Kalifornii, potem Nowy York, Manhattan,  Chicago , Waszyngton. Następnie Kanada, Argentyna i Portugalia. Później ruszamy do Europy.
-Jakie miasta odwiedzicie?
-Będzie można przyjść na koncerty w Londynie, Berlinie, Paryżu, Sztokholmie, Oslo, Amsterdamie, Soczi i Warszawie.
-Fani, którzy wiedzą o koncertach pewnie są wniebowzięci?
-Prawdę mówiąc jesteście pierwszymi mediami, które o tym wiedzą. To z sympatii do ciebie Jenn.
-Bardzo mi miło Matt. Powiedz mi jeszcze czy planujecie jakieś niespodzianki na koncertach?
-Pewnie, ale jak sama stwierdziłaś, będą to „ niespodzianki”.
-Uchyl rąbka tajemnicy!
-Jenn, nie mogę oprzeć się twoim prośbą – zaśmiał się do słuchawki – więc szykujcie się na niesamowitą, mrożącą krew w żyłach scenografię, efekty specjalne, nas z nową energią , a na jednym z koncertów pojawi się gość specjalny, ale tego już nie mogę zdradzić.
-Kto słuchał płyty na pewno domyśli się kto to może być. Powiedz jeszcze gdzie można nabyć płytę z waszymi podpisami?
-Można znaleźć ją na naszej stronie internetowej.
-A co z Bullet For My Valentine?
-Materiał na płytę mamy już gotowy i kiedy tylko skończy się trasa Voltures , Bulleci wydają płytę i ruszają w trasę.
-W takim razie jest to dla ciebie bardzo intensywny czas?
-To prawda. Teraz otaczam się muzyką i nie mam czasu na nic oprócz niej. Na szczęście moja dziewczyna i synek są przy mnie i kiedy wracam ze studia mogę ich przytulić. To daje mi siłę i chęć do dalszej pracy.
-Zgodzisz się, że to właśnie miłość jest w tym wszystkim najważniejsza? Że gdyby nie ona, muzyka nie byłaby nic warta?
-Dokładnie.
-Dziękuję ci za wywiad Matt. Życzę ci mnóstwo sukcesów, w każdym podjętym projekcie.
-Dziękuję. Do usłyszenia Jenn.
Odetchnęła głęboko po odłożeniu słuchawki. Sama nie wiedziała jak jej poszło. Zestresowała się tak samo jak wtedy, kiedy rozmawiała z nim po raz pierwszy. Nagle zauważyła dłonie oparte na jej biurku i męską sylwetkę.
-To co Jenny, może jednak kawa? – usłyszała głos Roberta.
-Nie dasz mi spokoju?
-Zdecydowanie nie.
Kawiarnia mieściła się tuż za budynkiem redakcji. Otoczona kwiatami i zielenią, z uroczymi, niskimi pufkami i stolikami. Kelnerki też były miłe, w dodatku bardzo młode i ładne. Robert puszczał do nich oczka i zagadywał je wszystkie. Widocznie bywał tu często.
-Wytłumaczysz mi? – zapytał znad ogromnego, zielonego kubka.
-Skąd ich znam? Nie pamiętam dokładnie. Zackiego z Huntington, Tucka z Long Beach, a...
-Nie żartuj sobie ze mnie – zareagował na jej uśmiech.
-Byłam techniczną w ITD. przez 5lat. I jestem narzeczoną gitarzysty tego zespołu. Znam ten świat od wewnątrz.
-Nie gadaj? To co ty tu robisz?
-Staram się o pracę tutaj, bo jestem w ciąży.
-Wow... Ale dziewczyno, ty jesteś gwiazdą!
-Gwiazdami są chłopaki, ja jestem tylko ich techniczną.
-Pewnie sami nie potrafią nawet dobrze nastroić gitar. Bez ciebie by zginęli. – Uśmiechnął się cudnie, a ją oblał różowy rumieniec.
-Bez przesady. Teraz na pewno świetnie sobie radzą.
Przyjrzał jej się dokładnie, zatrzymując wzrok na zarysowanym brzuszku.
-Który to miesiąc?
-Czwarty – powiedziała i poprawiła koszulę.
-Za pięć też wciąż tu będziesz, czy znów ruszysz w trasę?
-Za pięć nie, bo należy mi się trochę urlopu po porodzie – zaśmiała się – ale oczywiście pisałabym w domu. O ile w ogóle pani redaktor mnie przyjmie. Nie mam zamiaru zostawić dzieci i ruszyć w trasę.
-Zniesiesz tak długą rozłąkę z narzeczonym?
-Dziś wraca, bo będą tu nagrywać płytę. Bardzo bym chciała, żeby został chociaż do porodu. A potem... zobaczymy jak to będzie. No dobrze, chyba pora wracać do pracy?
-Panno Stone, panna się obija pierwszego dnia w pracy? – ściągnął brwi, a ona znów mimowolnie się zarumieniła.
-Dlaczego pytałeś mnie, czy zostanę tu po porodzie? – zagadnęła go już w windzie.
-Bardzo chciałbym cię poznać. – Oparł się o ścianę blisko niej.
Z potrzasku uratowały ją otwierające się drzwi windy. Minęła go zgrabnie i ruszyła korytarzem prosto do swojego biurka.
Rzuciła się do klawiatury i zabrała za obróbkę tekstu wywiadu z Mattem. Straciła poczucie czasu, kiedy stukała w klawiaturę. Przypomniały jej się czasu liceum, a nawet wcześniejsze, kiedy wiązała z dziennikarstwem przyszłość i tak bardzo chciała, żeby jej marzenie się spełniło. Spełniało się właśnie teraz. Zdała sobie sprawę, że ma cholerne szczęście. Kiedy zdawało jej się, że ma już wszystko, dostawała jeszcze więcej. Rozmyślania przerwał jej głoś Kate.
--Jenn, zaraz trzeba wychodzić. Długo nad tym pracujesz? – Zajrzała jej przez ramię i podała kubek z czarną kawą – Wywiad z Tuckiem? Chcesz, żebym na to zerknęła?
-A mogłabyś? – Przetarła oczy.
-Całkiem niezłe. Dobra robota Jenn. Masz talent dziewczyno.
-Sądzisz, że to się nadaję?
-Jasne! Marc pisał na bardzo podobnym poziomie. Szefowa jest u siebie – poklepała ją po ramieniu – Czekam na ciebie w samochodzie.
Wydrukowała kartki z wywiadem i spięła je estetycznie. Ruszyła do biura Jackman i zapukała nieśmiało.
-Proszę.
-Przygotowałam wywiad, o który mnie pani prosiła. – Wyciągnęła kartki w jej stronę.
Czytając materiał, naczelna uśmiechała się pod nosem.
-Jennifer, jutro zaczynasz o dziewiątej. Dobranoc.
Pobiegła do windy stukając obcasami, a potem pędem ruszy łado samochodu Kate ( a raczej Hanera ) na parkingu.
-I jak ci poszło? – spytała zaciekawiona.
-Dostałam tą pracę!
-Tak się cieszę!
-Wszystko dzięki tobie! Dziękuję Kate! – Dała jej całusa w policzek.
-Nie ma za co – uśmiechnęła się – Może chociaż to pomoże.
-O czym ty mówisz? – Jenny otworzyła oczy ze zdziwienia.
-Jenn, ja o wszystkim wiem... Pomogłam ci z tą pracą, bo na pewno byłoby ci ciężko, a ja cię lubię, naprawdę. Nie rozumiem cię tylko. Masz wszystko, jesteś szczęśliwa, po co ci jeszcze mój Syn? – Spojrzała na nią szalenie smutnymi oczami.
-Ale Katy... to nie tak.
-A jak?
-Nie będę cię okłamywać, między mną a Hanerem coś było, ale dawno. Mamy do siebie słabość, ale potrafimy się przyjaźnić, ja w to wierzę. Kocham swojego Briana, będziemy mieli dzieci. A Gates kocha ciebie. Jesteś teraz dla niego wszystkim. Kate, nigdy nie chciałam dla ciebie źle i życzę ci wszystkiego cudownego z Gatesem. Zasługujesz na niego, a raczej on na ciebie, pamiętaj o tym.
-Dziękuję Jenny. Właśnie to chciałam usłyszeć od ciebie przed dzisiejszym wieczorem.
-Ale o czym ty mówisz?
-Sama zobaczysz.


     Tymczasem Brian podążał wolnym krokiem za Hanerem po złożeniu sprzętu za kulisami sceny Graspop.
-Haner! – krzyknął za nim.
-Hm? – Odwrócił się i stanął naprzeciw niego, twarzą w twarz.
-Słuchaj, musimy pogadać.
-Tutaj, na środku ulicy?
-Do wyjazdu zostało nam 15 minut. Sądzę, że to wystarczy. – Zmierzył go wzrokiem.
Usiedli w zatłoczonym barze, na samym jego końcu, tuż przy zapleczu.
-Dwa razy setkę – powiedział Brian, przechodząc obok baru.
Milczał chwilę, patrząc w skupione oczy Hanera. Przechylił kieliszek na raz i nie skrzywił się nawet.
-Ciągnie się to za mną sześć lat Gates, ale teraz to już nie zabawa. Powiedz mi, czego ty chcesz od Jenny?
Tym razem to Gates przechylił kieliszek i odetchnął głęboko.
-Jest piękna, mądra i zdolna.
-I moja ! – warknął.
-Wiem to. Wiem, że jest twoja. Wiem też, że nie widzi poza tobą świata. Wiesz, że ją kochałem. – Przełknął ślinę i schował twarz w dłoniach – Ale ona zawsze kochała tylko ciebie.
-A teraz? Jak jest z tobą teraz?
-Kocham Kate. Jest wszystkim co mam, a i ja jestem dla niej wszystkim. Nie bój się o Jenn, nie chcę ci jej odebrać. Szanuję cię Connor i jestem pewien, że będziesz świetnym ojcem.
-Wiesz?
-Wiem. I życzę wam wszystkiego dobrego, tuzina dzieci, sukcesów, szczęścia i miłości.
-Na życzenia przyjdzie czas. Słuchaj, musze ci coś powiedzieć. Za tydzień się żenię.
-No to gratulację – uśmiechnął się i zawołał kelnera.
-Jenny o tym nie wie.
-Jak to?
-To taka... niespodzianka. Wszystko jest już zorganizowane. Chciałem to wszystko z tobą wyjaśnić zanim zaciągnę Jenn do ołtarza.
-Macie moje błogosławieństwo – powiedział i zwrócił się do kelnera – Jeszcze raz to samo – poczym znów przeniósł wzrok na Briana – Skoro Jenn o niczym nie wie, to co z sukienką?
-Zamierzałem poprosić Emi o pomoc. – Podrapał się po głowie.
-Nie musisz, wujek Syn ci pomoże. – Kelner podał im wódkę – Wasze zdrowie! – powiedział Haner i stuknął kieliszkiem w kieliszek Briana.
-A ty Gates? Kiedy się ustatkujesz?
-Już to zrobiłem.
-Ale sam pomyśl, Kate nie jest niczego pewna.
-Już niedługo będzie. 

piątek, 16 listopada 2012

37. Big surprise !

     Po wyjeździe In The Darkness Jenny wreszcie miała czas tylko dla siebie. Sarah ją rozpieszczała, a John dmuchał na nią i nie odstępował na krok. Poranki spędzała z „małą J” na werandzie. Kiedy grała, Jimmy siedzący  w fotelu obok słuchał jej uważnie z postawionymi do góry uszkami i błyszczącymi ślepkami. Często chodziła z nim na spacery do parku czy na plaże. Brakowało jej Emily, który również wyjechała z chłopakami na ten miesiąc. Udało jej się złapać kontakt z Courtney, więc dwa razy spotkały się na kawie. Simon wspominał jej kiedyś, że pracuje w domu mody Badgley Mischka. Dopiero uczy się tego świata i asystuje najlepszym projektantom, jednak ma nadzieje, że i jej projekty pojawią się kiedyś na wybiegach. Pozostałe dziewczyny studiują poza granicami Kalifornii, więc na razie spotkanie było niemożliwe.
Dzień przed przyjazdem ITD. Z koncertu w Graspop, Jenny poszła na umówioną, drugą już tego miesiąca, wizytę u doktor Fletcher.
-Jak się czujesz Jenny? Brzuszek rośnie w oczach! – powitała ją, poczym przyjrzała się jej badawczo – Jenn, na pewno dobrze się odżywiasz?
-Nie rozumiem, przed chwilą stwierdziłaś, że brzuch mi rośnie, więc to chyba jasne, że o siebie dbam i jem.
-Nie chodzi mi o to, czy jesz mało, wręcz przeciwnie. Obawiam się, czy nie jesz za dużo?
-No...myślę, że po prostu... normalnie – zmieszała się.
-Kładź się na kozetkę.
Przejechała skanerem po jej brzuchu i zaniemówiła z wrażenia. Włożyła doktorskie okulary i przyjrzała się monitorowi. Na jej ustach stopniowo zaczął pojawiać się uśmiech.
-Czy wszystko wporządku? – spytała zdezorientowana Jenny.
-Popatrz Jenn – Przechyliła monitor w jej stronę – tutaj biję serduszko twojego dziecka, widzisz?  A tutaj... tutaj bije serduszko twojego drugiego dziecka!
-Ale...
-Dziewczynki. Wcześniej układali się tak, że nie mogłam zauważyć, spryciule. Gratulację, będziecie mieć bliźniaki!
Jenny zupełnie zatkało. Akcja serca wstrzymana. Ciężko było jej dopuścić do siebie myśl, że na świat przyjdzie ich dziecko, że zostawi życie w trasie, że czekają długotrwałe rozłąki z Brianem, że zamieszka w Huntington wraz ze słodkim maleństwem, które już pokochała, a teraz? Okazuje się, że dzieci będzie dwójka, obowiązków dwa razy więcej, pracy dwa razy więcej, pieluch i ubranek dwa razy więcej, za to za mało o dwie ręce, o dodatkową parę oczu, wytrzymały organizm, silne ramiona. Za mało o jedną osobę, jednego członka rodziny. Będzie za mało Briana.
To pierwsza myśl, w której Jenny urabia sobie ręce po łokcie, biega między łóżeczkiem a łóżeczkiem, przewija jedno dziecko, a drugie kołysze do snu, tyje 15 kg i ma przetłuszczone włosy. Rzadko ma czas odpalić Internet – bo tylko wtedy, kiedy dzieci śpią, a ona ma jeszcze resztki sił – by zajrzeć na youtube i obejrzeć ostatni koncert In The Darkness. Tam Brian szaleje na scenie, uśmiecha się zniewalająco w stronę fanów i fanek, a jedyny ciężar, który ma na swoich ramionach to „granatowy szatan”. Na szczęście ta myśl szybko przechodzi, kiedy zerka na monitor, gdzie biją dwa serduszka. Uśmiecha się mimowolnie, a w jej oczach pojawiają się świdrujące łezki. W sekundę pokochała kolejne dziecko pod swoim regularnie bijącym sercem. Po wyjściu z gabinetu, wciąż myślała o tym, że wreszcie poczuła instynkt macierzyński , że już nie wyobraża sobie życia bez dzieci, że wszystko się zmieni, ale na lepsze, że dopiero teraz zacznie się dla niej prawdziwe, dorosłe życie.
Kiedy zmierzała słoneczną ulicą Huntington , rozmyślała jak na nową wiadomość zareaguje Brian. Chciała nawet do niego zadzwonić lecz szybko zmieniła zdanie. Nie mogła odpuścić sobie jego głupkowatej miny i zdezorientowanego dukania, że „ to przecież cudownie kocie”. Sama dobrze to wiedziała. Już niczego się nie bała, dzieci były najważniejsze. Ze swojej bajki wyrwał ją czyjś chrypliwy głos:
-Jenny? – usłyszała i rozejrzała się na boki.
Zorientowała się, że minęła bez słowa Kate. Wyglądała jak zawsze pięknie. Prawdę mówiąc dawno jej nie widziała. Nie miała nawet ochoty z nią rozmawiać, przypominała jej o Hanerze. Nie chciała jednak wyjść na wredną, więc przystanęła.
-Cześć. Dawno się nie widziałyśmy. Co u ciebie słychać?
-U mnie nic nowego, mów lepiej co u ciebie? Pięknie wyglądasz Jenn. Masz może ochotę na kawę? Tu za rogiem jest moja ulubiona kawiarnia.
Sama nie wiedziała czemu, ale zgodziła się. Ostatnio była tak odizolowana od ludzi, że zwyczajnie potrzebowała z kimś pogadać i podzielić się swoją odrobiną szczęścia.
Miejsce faktycznie pasowało do Kate. Z rozstawionych po całej knajpce głośników, płynęła  dobra muzyka, a całe dwie ściany zajmowały pułki z książkami i czasopismami. Na pozostałych ścianach zawieszone były cudowne fotografie z różnych miejsc świata. Klimat był magiczny.
-Miałam cię spytać – zaczęła Kate po zamówieniu mrożonej kawy – dlaczego nie jesteś razem ITD w Graspop? Dziś mają przecież koncert, a jutro wracają. Nie jesteś już ich techniczną?
-To Haner ci nie mówił? – Jenny spojrzała jej się dokładnie. Nie wyglądała jakby miała sobie pogrywać, Syn naprawdę o niczym jej nie powiedział – Musiałam zrezygnować na jakiś czas, może się to trochę przedłużyć.
-Nie rozumiem...
-Po prostu jestem w ciąży, a praca technicznej to nie siedzenie za biurkiem. To harówka, a ja teraz nie mogę się przemęczać.
-Aa, to teraz wszystko jasne. Ten brzuszek, okrągła buzia. Jenn gratuluję! Ciąża ci służy, wyglądasz pięknie. A co Brian na to?
-Tak szczerze to jeszcze nie wiem. Na jedno dziecko zareagował bardzo entuzjastycznie, ale na dwójkę...
-Chcesz mi powiedzieć, że będziecie mieć bliźniaki?! Jenny, jeżeli Bri ucieszył się z jednego dziecka, to na dwójkę zareaguje z podwójną radością, na pewno. – Obdarzyła ją szczerym uśmiechem i chwyciła za lodowatą dłoń, a Jenny zrobiło się miło, że po prostu była.
Nic do niej nie miała, ale trochę jej zazdrościła. Była taka harmonijna, ułożona, zdyscyplinowana, a jednocześnie zdecydowała się na szaleństwo w imię miłości. No właśnie...chyba Hanera Jenny zazdrościła jej najbardziej. A może nie jego samego, ale tego, że jej własne marzenia spełniły się komuś innemu. Skarciła się w myślach i powiedziała:
-Chłopaki zaczną teraz nagrywać płytę, Briana pewnie będzie tylko wpadał do domu, a ja zostanę sama. Ale może to dobrze. Przynajmniej przyzwyczaję się do tego, że Briana wiecznie nie będzie.
-Nie myśl tak o tym. Wiadomo, że Briana nie będzie z tobą cały czas, to jest wpisane w życie gwiazdy rocka. Przecież ty nie musisz nudzić się w domu. – Ostawiła szklankę z kawą i przypatrzyła się Jenny. Nagle doznała olśnienia – Jenn, potrafisz dobrze pisać? Wiesz, artykuły , teksty?
-Całkiem nieźle mi to kiedyś szło. W przeszłości chciałam iść na dziennikarstwo, a potem to już wiesz, Brian, trasa...
-Zresztą, wcale nie musisz być w tym genialna. Wystarczy, że znasz środowisko, w końcu masz za sobą pięć lat w trasie, znasz wielu ludzi i potrafisz z nimi rozmawiać. A to, że wiesz trochę o pisaniu to dodatkowy plus. Jenn, mam dla ciebie robotę! – Entuzjastycznie zaczęła szperać w torebce, z której wyciągnęła jakiś magazyn z innymi biurowymi rzeczami.
-Nie rozumiem, jaka robota, co ty bredzisz Kate?
-Boże, jak to się mówi po waszemu – wydukała w swoim języku Kasia, a Jenn zmierzyła ją wzrokiem – Redakcja gazety, w której pracuję, poszukuje redaktora do działu z wywiadami. Rozumiesz, albo naczelny wyznacza ci osobę, albo sama ją wybierasz i robisz z nią wywiad. Mogłabyś pracować też w domu, kiedy ze względu na ciążę nie będziesz już mogła dojeżdżać do redakcji. Jenn, zgódź się mamy nóż na gardle. Marc zrezygnował, a bez tej rubryki gazeta słabiej się sprzedaje.
-Sama nie wiem...
-Pomyśl, będziesz miała okazję porozmawiać z niesamowitymi ludźmi, swoimi idolami, poznawać ich sekrety. Przy okazji nie będziesz siedzieć w domu i się nudzić. Gazeta płaci dobrze. Zgódź się Jenny.
-No dobrze, ale tylko na próbę. Nie wiem, czy sobie poradzę. Nie mam żadnego doświadczenia.
-To je zdobędziesz. Nie martw się, załatwię ci biurko obok mojego, będzie super!
-W takim razie od kiedy mogę zacząć? – Jenny uśmiechnęła się niepewnie.
-Nawet od jutra! Podjadę po ciebie z rana, przedstawię szefowi i pewnie od razu znajdzie się dla ciebie jakieś zadanie.
-Ale jutro Brian wraca z Graspop...
-Spokojnie, pierwszego dnia w pracy na pewno nie będziesz siedzieć do wieczora. Dobrze Jenny, ja muszę biec, za chwilę mam spotkanie. – Wstała od stolika i zostawiła banknot na zastawie. Jenny przytrzymała ją za rękę.
-Dziękuję ci Kasiu – uśmiechnęła się, mrużąc oczy na polskim imieniu.
-Proszę bardzo. Zawsze służę pomocą. – Puściła jej oczko – Do jutra!

środa, 14 listopada 2012

36. Fever !



Odcinek trochę krótki, ale po prostu nie mam czasu. I tak ostatnio jakoś nie czytujecie, więc od krótszego nie zginę. Pozdrowienia i dedykacja dla tych, które wciąż są ze mną ;*

-Jenny, mówiłem, żebyś nie przychodziła wcześniej! – skarcił ją Brian, gdy przed koncertem pojawiła się na back stage’ u.
Nie przejęła się jednak i rzuciła mu się na szyję, całując go namiętnie. Zmierzwiła mu włosy, przesunęła rękami po plecach i bezwstydnie chwyciła za pośladki.
-Jenn, nie szalej! A przynajmniej poczekaj z tym trochę. – Cmoknął ją w nosek – Możesz mi powiedzieć czym sobie na to zasłużyłem? A może narozrabiałaś skarbie?
-Przestań. Nie mogę tak bez okazji pocałować swojego narzeczonego?
-Pewnie, że możesz – przerwał im Simon – jednak zaraz zaczyna się koncert, więc nie dekoncentruj nam Briana.
-Właściwie to przyjechałam, żeby wam pomóc.
-O nie, nie, nie! Nie ma mowy!
-Oh przestań Brian, nie traktuj jej jak jajka. – Simon zamknął Jenny w objęciu.
-Nastroić ci gitarę Simon?
-Pewnie! Nikt nie zrobi tego lepiej od ciebie. – Poprowadził ją na scenę, a ona odwróciła się jeszcze, pokazując Brianowi język.
-Przestań się gotować Bri, przecież od tego nie umrze, a sprawi jej to tyle radości. – Patrick poklepał go po plecach – Wrzuć na luz!
     Po koncercie przysiedli jeszcze w garderobie, pijąc piwo i paląc fajki. Brian wszedł do zadymionego pomieszczenia.
-Ej, zgaście te szlugi, macie tu kobietę w ciąży! – Wyrwał papierosa z dłoni Simona i rozdeptał go na podłodze.
-Spokój! – uciszył ich Garry, który pojawił się w drzwiach zaraz za Brianem – Mamy gościa.
Zza winkla wyszedł brodaty mężczyzna o męskiej posturze. Jenny zmierzyła go wzrokiem. Miał znajomą twarz i spojrzenie też jakieś znane, lecz nie mogła sobie przypomnieć.
-Witam.
Gdy się odezwał ją widziała. Znajomy facet był dokładnie tym samym, którego spotkała w londyńskim metrze. „Tylko co on tu robi?” – pomyślała. Nie wyglądał raczej na ich fana. Zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem.
-Nazywam się Dan Philips. Możemy pogadać? – Wskazali mu miejsce, gdzie usiadł i wyjął z teczki jakieś papiery. Zakasał rękawy – Jeździłem trochę za wami po świecie i obserwowałem In The Darkness. Jesteście genialnym zespołem! Ta muzyka, teksty, wykonanie wokalne. Pewnie myślicie – co w związku z tym? Jestem producentem i wydawcą, i cholernie chciałbym z wami współpracować. Dzisiejszy koncert to tylko potwierdził.
-Tak się składa, że nasz ostatni wydawca się nie sprawdził, a w przyszłym miesiącu mamy wejść do studia i nagrywać – powiedział David na jednym oddechu.
-Jestem tu po to, żeby pomóc wam w nowej płycie, a jeżeli pójdzie nam zadowalająco, nagramy razem jeszcze wiele płyt. Wchodzicie w to?
-Tak w ciemno? – Patrick spojrzał na niego z ciekawością, a następnie całe In The Darkness obrzuciło spojrzeniem Garrego.
-Spokojnie. Nie musicie decydować dziś. Szczegóły będziemy jeszcze ustalać. Póki co mogę wam powiedzieć, że obserwując was mam wrażenie, że najlepiej odnajdujecie się w ostrych kawałkach. Wrócimy do korzeni, odniesiemy się do pierwszej płyty, zagramy groźne riffy, niebezpieczny wokal, zaprojektujemy intrygującą okładkę, zaplanujemy wybuchową trasę. Zaostrzymy wam pazurki. – Na te słowa zaiskrzyły im się oczy. Właśnie tego od dawna potrzebowali, tego powiewu nowości – Podoba wam się ten pomysł?
-Jasne ! – odpowiedzieli chóralnie.
-W takim razie jesteśmy w kontakcie, a widzimy się za miesiąc. – Uścisnął im dłonie i ruszył do drzwi. Obrócił się energicznie, obrzucając spojrzeniem Jenny – Podziękujcie Jenn, to ona w największym stopniu była moją inspiracją i pomysłem na was. Ostatecznie przekonała mnie do In The Darkness. Właśnie taka powinna być ta płyta. Jak Jenny.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, wszyscy spojrzeli na nią wymownie.
-O czym on mówił?- spytała Emily.
-Długo historia, nieważne – zaśmiała się – Pijcie to piwko i spadamy na imprezę.
     Hotel w Nowym Yorku, w którym zatrzymała się ekipa ITD., był dwudziestopiętrowym wieżowcem. W recepcji przydzielono im pokoje, a na miejsce imprezy zgodnie wybrali pokój Simona. Rozstawili na stole pokaźną liczbę butelek różnych alkoholi, paczki chipsów i innych świństw. Brian zastrzegł, że papierosy wchodzą w grę tylko na balkonie. Nastawili głośną muzykę, która dudniła pewnie na kilku piętrach. Garry i Tom odpadli pierwsi. Tłumaczyli, że jutro wracają do domu, więc nie chcą przegiąć. Suzy ulotniła się zaraz za Tomem, lekko podchmielona, chwiejąc się na nogach. Impreza toczyła się głośno. Kilka razy odebrali telefon z prośbą o ściszenie muzyki i tonu głosu.
-Pieprzyć ich! – Maks wskoczył na sofę, wylewając przy okazji pół puszki piwa na Patricka.
-Patrz co robisz! – warknął.
-W ramach przeprosin zapraszam cię na nasz spacerniak – pięciogwiazdkowy balkon- na szluga. Mam Marlboro, dasz się skusić? – Pomachał mu paczką przed nosem.
-Oczywiście! – Patrick teatralnie otworzył drzwi balkonowe.
-Też się piszę! – Emily wskoczyła Maksowi na barana.
Gdy wrócili, Brian razem z Davidem i Simonem kończyli drugą kratę piwa. Jenn korzystając z tego, że jedyna w paczce była trzeźwa, mogła śmiało ponabijać się z reszty. Przejechała dłonią po udzie Briana i wbiła tam paznokcie. Uśmiechnęła się prowokująco, obserwując jego napalone oczy.
-Zupełnie zapomniałem o najważniejszym! – powiedział i wskoczył na stół – Chcę wam ogłosić, że ja i moja gorąca narzeczona Jenn będziemy mieli syna! Mojego pierworodnego potomka! – powiedział, chociaż język plątał mu się na każdej sylabie.
-Brawo stary! – Chwycili go za koszulę i zaczęli podrzucać do góry.
W końcu David i Patrick też się zwinęli, a zaraz potem Emily pociągnęła Maksa za rękę do ich pokoju. Simon namawiał Briana i Jenny, aby chociaż oni zostali, lecz Jenn upierała się przy swoim.
-Jesteście kompletnie pijani, więc chyba już wystarczy na dziś. Widzę, że będę musiała holować Briana do pokoju. – Wzięła narzeczonego pod rękę – Simon, nic już nie pij i grzecznie połóż się spać! – zawołała już z korytarza.
Za drzwiami ich pokoju Brian silnie chwycił Jenny za biodra i namiętnie pocałował.
-Coś mi rano obiecałaś – wyszeptał jej do ucha, świetnie radząc sobie z odpięciem paska i suwaka jej spodni, które chwilę potem opadły na dół. Przyciskając ją torsem do drzwi, zamknął je na kluczyk. Jego ręce powędrowały do jej pośladków,  a zaraz po cichym westchnieniu, podniósł ją do góry i posadził na swoich biodrach. Całując, usadził ją na toaletce w pokoju, a ona oplotła go nogami i przyciągnęła do siebie. Była tak czuła na każdy jego dotyk, a jego marlborowe usta przyprawiały ją o ciarki. Wygięła się z rozkoszy, gdy odpiął jej stanik i pieścił całe ciało. Mruczała mu do ucha jakieś nieprzyzwoite rzeczy, przez które jeszcze bardziej gotował się z namiętności. Szarpnęła pasek jego spodni, które opadły na sam dół. Przesunęła dłonią po jego torsie, gorącym, drżącym lekko. Chwycił ją w ramiona i położył na łóżko z baldachimem i fikuśnymi poduszkami. Piszczała cicho, gdy całował jej ramiona, piersi, brzuch i biodra. Wbiła paznokcie skórę na jego plecach, gdy przywalił ją ciężarem swojego ciała. Rozkosz ogarnęła ją całą. Ściskała w piąstkach materiał cienkiej kołdry, gdy opadł zmęczony tuż obok niej. Wzdychali głośno, trzymając się za ręce. Na dobranoc szeptał jej jeszcze do ucha jak bardzo jest cudowna, jak bardzo nie chce jej stracić...

sobota, 10 listopada 2012

35. Everything will be alright !

 Odcinek dzisiaj troszkę dłuższy , bo miałam syndrom "dnia samotnego", czyli niekończącą się wenę. Dodawajcie dzisiaj odcinki, bo możecie się spodziewać ciekawych komciów. Aaaa i odcinek dla mojej Joanny, pośpieszam cię tym samym, chcę już przeczytać !  ;*

  Wieczorem w domu Briana panowała ogromna wrzawa. Emily razem z nim i z Maksem krzątali się po kuchni, przygotowując kolację. Brian gorączkował się najbardziej. Biegał od piekarnika do stołu w jadalni, gdzie gotowi już rodzice przyglądali mu się z ciekawością i zdziwieniem.
-Brianku, czemu nie dasz sobie pomóc? Na pewno przydałabym się wam w kuchni. – Megan milczała chwilę, po czym poderwała się z miejsca.
-Mamo siedź jak siedzisz. Wystarczy mi pomoc Emi i Maksa. To ma być wyjątkowa kolacja, którą chcę przygotować jak najlepiej  - powiedział, rozkładając sztućce na stole.
-Sugerujesz, że moja pomoc mogłaby coś popsuć?
-Nie mamo, mówiąc „ jak najlepiej” miałam na myśli „ z moim największym udziałem”.
-Dobrze, ale wiedz, że jesteś uparty jak osioł. Masz to po ojcu – dodała obrażonym tonem,
-Ej! – Steave podniósł  się z krzesła – Wyobraź sobie kochanie, że dziedziczenie cech odbywa się przy udziale obojga rodziców, więc to właśnie po tobie ma tą swoją urażoną dumę!
-Możecie się nie licytować, wyliczając moje wady? – Zmierzył ich piorunującym spojrzeniem – Do ogrodu, już, bo tylko tu przeszkadzacie! A wy z czego się śmiejecie ? – zwrócił się do chichoczących za blatem Em i Maksa – Do roboty lenie! – Przyprowadził siostrę do zlewu z naczyniami, a Maksowi oberwało się ścierą przez plecy.

     Ledwo zdążył wskoczyć w ciemne, wąskie spodnie i błękitną koszulę, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Najpierw ujrzał za nimi Sare, potem swojego przyszłego mordercę – Johna. A potem doznał olśnienia. W jego ramionach znalazła się Jenny, jeszcze piękniejsza niż zazwyczaj . Miała na sobie długą, czarną spódnicę w kolorowe wzory, do tego delikatną koszulę, w żółtym odcieniu. Jej materiał był tak miękki, lekki, prześwitujący, więc widać było pod nią zaokrąglony brzuszek Jenn. Jej czarne oczy błyszczały i iskrzyły mocno, a włosy lśniły aż do samych końców. Zauważył, że jej buzia trochę się zaokrągliła, przez co była jeszcze słodsza. Policzki wyraźnie się zarumieniły, a skóra wydelikatniała. Z dziewczynki zmieniła się w kobietę, która niedługo zostanie matką. Dopiero teraz ta rola zaczęła jej pasować. Kiedy wszyscy zniknęli w głębi domu, a oni zostali na progu, zapytała:
-Stresujesz się? – Poprawiła kołnierzyk jego koszuli.
-Tak samo jak wtedy, kiedy miałem pocałować cię po raz pierwszy – westchnął.
-Oj kochanie, zobaczysz, że ta nerwówka jest zupełnie niepotrzebna. John nigdy nie był odpowiedzialnym i surowym rodzicem. – Zaśmiała się, wskazując na swoje tatuaże.
-Ale ty od zawsze byłaś córeczką tatusia. Dziecko to poważna sprawa i ... – Zamknęła mu usta pocałunkiem i chwyciła za rękę.
-Chodźmy już.
W salonie rozbrzmiewały głośne rozmowy. Zajęli miejsce tuż obok Megan, która pogłaskała Briana po głowie.
-Muszę wam powiedzieć, że mój syn przygotował tą kolację sam. No może przy bardzo niewielkiej pomocy Emi i Maksa, bo oni głównie się obijali – zaczęła Megan – Nie wiem czy spowodowana była ta inicjatywa? Równie dobrze mogłam upiec kurczaka i wcisnąć się w jeansy, ale nie, ty kazałeś ubrać się elegancko.
-Bo to wyjątkowa chwila mamo – powiedział. Głośno przełknął ślinę i złapał Jenny za rękę. Ta ścisnęła jego dłoń i uśmiechnęła się motywująco – Ten dzień jest wyjątkowy, bo wiadomość, którą razem z Jenn mamy wam do przekazania jest szczególna. Jenny jest w ciąży. Nosi pod sercem moje dziecko, które już niedługo przyjdzie na świat.
Zapadła grobowa cisza. Po skroni Briana spłynęła wielka kropla potu. Przeszły go dreszcze pod ciężarem spojrzenia Johna. Matki były zdziwione, ale w ich oczach malował się uśmiech. John wstał od stołu i z hukiem przesunął krzesełko, na którym siedział. Powolnym krokiem zbliżył się do Briana, nawet na chwilę nie spuszczając go z oka. Chłopakowi zaczęły trząść się ręce, wiedział, co za chwilę go czeka.
-Tato...- Jenny obdarzyła go łagodnym spojrzeniem, lecz on nawet na chwilę nie zaniechał swojego piorunującego wzroku.
Kiedy stał już kilka centymetrów od Briana, wszyscy goście zamarli. Wyciągnął rękę, a Brian już skrzywił się na uczucie uderzenia, którego jednak nie poczuł. Wyczuł ciężkie ręce na swoich plecach, poklepujące go i zanim się zorientował, znalazł się w stalowym uścisku Johna.
-Synu – usłyszał i odetchnął z ulgą – nawet nie wiesz jak się cieszę.
Wszyscy wytchnęli głęboko, nawet Jenny, która wydawała się być spokojna. Wszystkie panie zaraz ją obskoczyły, przytulając, obsypując buziakami i dobrymi radami, głaszcząc jej brzuszek i... znów przytulając. Tymczasem John stał naprzeciw Briana i nie potrafił ukryć wzruszenia.
-Wiesz chłopie, cieszę się nie tyle z tego, że zmajstrowałeś dziecko, ale z tego, że okazałeś się taki odpowiedzialny. Jenny na pewno będzie z tobą bezpieczna.
-Cieszę się, że mi pan ufa.
-Nie wygłupiaj się, mów mi John, a mam nadzieję, że niedługo „tato” –Puścił mu oczko.
-Też mam taką nadzieję. Prawdę mówiąc, mam pewien pomysł, ale to niespodzianka.
-Moje biedne serce nie wytrzyma więcej niespodzianek!
-Kiedy przyjdzie czas, to pana... to znaczy, wtajemniczę cię... prawie tato. – Poklepał go po plecach.
-Liczę na to. Na ile zostajecie?
-Mamy dwa koncerty w stanach, a potem wyjeżdżamy na jakiś miesiąc. Potem przyjeżdżamy nagrywać płytę tutaj, do Huntington. A Jenn – spojrzał na nią czule – mam nadzieję, że uda mi się ją namówić, żeby została w domu. Prawdę mówiąc w trasie nam się już nie przyda, a tutaj przynajmniej odpocznie.
-Myślę, że to wcale nie pójdzie ci tak łatwo. Wiesz przecież, że Jenn nie umie usiedzieć na miejscu – zaśmiał się John.
-Wiem,  ale będzie musiała. Najważniejsze jest zdrowie jej i maleństwa.
-Znacie już płeć? – zwróciła się do nich Megan.
-Jeszcze nie byliśmy u lekarza – wybąknęła Jenny.
-Taa... nie mieliśmy czasu – odparł zawstydzony Brian, a Steave skarcił go spojrzeniem.
-Jutro z samego rana macie jechać do lekarza. Ciąża musi być prowadzona od początku do końca! – Sarah postawiła jasne warunki.
-Mamo, przecież dobrze się czuję, nie ma powodów do obaw.
-Ale kontrola też nie zaszkodzi – dodała Megan.
-Jutro pojedziemy do lekarza – powiedział Brian i objął Jenny ramieniem – a tymczasem nie pozostaje nam nic innego, niż uczcić nasze szczęście. – Uniósł kieliszek z winem – Za nasze maleństwo i jego piękną mamę!
     Atmosfera była radosna, wszyscy rozmawiali tylko o nowym członku rodziny, o tym, jak Jenny wypiękniała i jak służy jej ciąża, o przyszłości Briana, o ślubie. Nikt nie zauważył nawet jak tuż po jedenastej Emily zniknęła. Maks rozbawiony anegdotą z trasy opowiadaną przez Briana, sięgnął, aby objąć Em. Niestety, zamiast jej aksamitnej skóry poczuł obok siebie tylko powietrze. Zdezorientowany nachylił się do Jenny i spytał:
-Gdzie jest Emi?
-Nie mam pojęcia, może wyszła do łazienki – odpowiedziała i znów zajęła się rozmową.
Kiedy jednak przez dobre dziesięć minut Emily się nie pojawiła, Maks wstał od stołu i ruszył na piętro. Delikatnie uchylił drzwi łazienki, lecz nie było jej tam. Zajrzał do jej pokoju, ale niestety, łóżko idealnie pościelone, fotel pusty, miejsce za perkusją również. Nie było jej tutaj.
-Emily?! – zawołał, nie chcąc bez pytania wchodzić do sypialni Briana ani rodziców. Usłyszał jedynie ciszę.
Wymknął się wyjściem ze strony kuchni. Spenetrował taras i ogród. Swoją dziewczynę odnalazł dopiero na drewnianej huśtawce, w zakamarkach malowniczego ogrodu Megan.
-Co tu robisz skarbie? – Przysiadł obok niej i z miejsca zauważył coś dziwnego w jej oczach – Płakałaś?
-No coś ty głuptasie. – Uśmiechnęła się nieco sztucznie – To po prostu alergia.
-Alergia mówisz? – Objął ją ramieniem i przytulił do siebie – Przecież wiem, że nie masz żadnej alergii miś. Nie okłamuj mnie...- Zmusił ją, aby spojrzała mu w oczy, a ta wybuchneła płaczem.
Długo to trwało. Szlochała prosto w jego klatkę piersiową, ocierając co chwilę nos i wybuchając ponownie. On był jednak cierpliwy. Zatapiał dłonie w jej włosach bądź obejmował mocniej, głaszcząc delikatnie po łopatkach, ramionach. Tulił jej roztrzęsioną twarzyczkę, składał całusy na jej policzkach, czółku. W końcu płacz ucichł. Nie spytał ponownie, co było jego przyczyną.  Chwycił jej dłoń i przyłożył do swojego policzka. Poczuł ciepło bijące od Emily. Zajrzał głęboko w jej jeszcze zamglone oczy.
-Chciałabym inaczej Maks. Kocham cię. Kocham cię najbardziej na świecie. To uczucie nieporównywalne z żadnym innym. Jestem wpatrzona w ciebie od lat, podziwiam to, jakim cudownym i wrażliwym jesteś człowiekiem. Znamy się od dziecka, a ja wciąż zacinam się śmiesznie kiedy cię widzę, oddycham szybciej, kiedy słyszę jak grasz, a moje zmysły szaleją, kiedy mnie dotykasz. Tak bardzo jesteś dla mnie ważny...tak bardzo chcę mieć cię na zawsze...
-Emi skarbie, ja też bardzo cię kocha, zresztą, wiesz o tym. Tylko...dlaczego płaczesz?
-Bo nie mogę już słuchać jak Jenny i Brian są nieprzyzwoicie szczęśliwi!
-Przecież my też jesteśmy szczęśliwi! – przerwał jej stanowczo.
-Tak Maksiu, jesteśmy. Jednak Jenn jest z moim bratem tyle co my, są zaręczeni, planują ślub, a w drodze mają swoje maleństwo. Są w dojrzałym związku, wszystko jej między nimi jasne.
-A między nami nie? – Odsunął się od niej znacząco.
-A tak? Niby jesteśmy razem, ale cały czas żyjemy obok siebie. Sądzisz, że nie musisz tłumaczyć się ze swoich wyborów, ani planów na przyszłość, bo...no właśnie, dlaczego?
-Wiesz Emi, przecież zawsze możemy porozmawiać o wszystkim i... – przerwał jednak, kiedy wbiła w niego swoje smutne oczy. Zdał sobie sprawę, że brzmi śmiesznie, a Emily ma rację – Już wiem o co w tym wszystkim chodzi. Przepraszam Emi, przepraszam, że przeze mnie cierpisz – Objął ją ramieniem i wtulił się w jej włosy. Objął dłońmi jej twarz, które teraz znajdowała się centymetry od jego twarzy – Emi... mam tylko nadzieję, że ty wiesz, że traktuję cię poważnie i jesteś całym moim światem? – Znów w odpowiedzi usłyszał tylko ciszę – Emily...?
-Wiem, że nie jestem ci obojętna. – Słowa potwierdzenia nie przeszły jej przez gardło.
-Nie o to pytałem. – Miażdżąca go cisza – Czyli jednak. Przepraszam kochanie, że cię zawiodłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że nie jesteś pewna...przyszłości ze mną. Ja...
-Nic już nie mów Maksiu. – Zatkała mu usta palcem. Pocałował ją gorąco.
-Zrobię wszystko, żeby to naprawić.


     Jenny usiadła na brzegu kuchennego blatu, ostrożnie, zważając na każdy ruch. Brzuszek był coraz bardziej zaokrąglony. Odkąd Sarah dowiedziała się o ciąży, biega tylko wokół niej z propozycją zjedzenia czegoś zdrowego. Sama dobrze wiedziała, ze musi zmienić swoje nawyki żywieniowe. Zresztą, zaczęła dbać o siebie dużo bardziej. John za to wciąż upominał ją, że powinna uważać na każdy swój ruch, a więc wystrzegała się schylania, noszenia Jimmiego na rękach, dźwigania zakupów i sięgania na wysokie półki. Zaznaczała, że jest przecież w pełni sprawna, jednak argument: „dla dobra dziecka” zawsze kończył rozmowę. Brian wcale nie był lepszy. Wciąż upominał ją, że nie może się przemęczać i musi dużo odpoczywać, ale przede wszystkim nie może się denerwować. Prawda była taka, że dopiero po tych słowach ciśnienie podskakiwało jej gwałtownie.
Czekała na niego, przechadzając się po kuchni. Stanęła przed oknem i zapatrzyła się na rozpościerający się za nim widok. Fale uderzały spokojnie o brzeg, przypominając jej pierwsze miesiące w Huntington. Chciała, by te wszystkie chwile się nie zatarły. Jej pierwsi przyjaciele , mężczyzna, pocałunek, seks, elektryczna gitara, bal, występ przed publicznością, wyjazd do Paryża, ból fizyczny i fizyczny, cierpienie tnące jej serce na pół. Marzyła, aby czas się zatrzymał. Niewiadomo skąd Brian znalazł się w kuchni i zaszedł ją od tyłu. Pisnęła cicho, kiedy przyciągnął ją do siebie, jednak na widok barwnego tatuażu odetchnęła z ulgą. Czule przejechał wargami po jej szyi. Po chwili odwrócił ją energicznie, łapiąc za pośladki i przesuwając dłonią do jej Rumiach policzków. Wymruczał nad jej uchem:
-Nie powinienem cię straszyć, ale nie mogłem się powstrzymać. Cholernie seksownie wyglądasz w tych jeansach.
-Tylko jedno ci w głowie – westchnęła do jego ucha, zatrzymując dłonie na lśniących włosach.
-Zgadza się, ty – powiedział i delikatnie oblizał usta. Przygryzł jej wargę i wpił się w jej szyję, błądząc dłońmi po jej ciele.
-Wariat – mruknęła.
-Ale twój. Gdybyśmy nie musieli jechać do tego lekarza, wziąłbym cię tu i teraz kociaku. – Zsunął ramiączka jej bluzki, pieszcząc jej biodra.
-Ale do lekarza jedziemy – przygryzła jego wargę i odsunęła się od niego na długość ramion – Kocham cię Brian, jedźmy już – uśmiechnęła się uroczo.
Mruknął niezadowolony, robiąc minę zbitego psa. Zauważyła to i zaplątała ramiona wokół szyi.
-Dziś koncert, a potem mamy całą noc dla siebie. Może wynajmiemy jakiś pokój w hotelu, zupełnie jak w czasie trasy i zabawimy się Bri – wymruczała mu do ucha i ruszyła do samochodu, a on – w szoku i skowronkach – podążył za nią.


     Oślepiająca biel ścian przychodni niemiło raziła po oczach. Długi, wąski korytarz, którym szli trzymając się za ręce, zdawał się nie kończyć. Przy drzwiach gabinetu, gdzie wisiała złota tabliczka, Jenny zatrzymała Briana i przeczytała na głos:
-Doktor Larisa Fletcher. Jesteśmy na miejscu.
W środku słychać było rozmowy, a więc doktor przyjmowała pacjentkę. Dziewczyna usiadła na jednym z rzędu krzeseł przed gabinetem. Brian przechodził się nerwowo, nie spuszczając oczu z drzwi i oddychając głośno.
-Widzę, że ktoś tu się stresuje.- Posłała mu uśmiech, lecz nie usłyszała  odpowiedzi. Podniosła się ostrożnie i objęła go w pasie – To tylko rutynowa kontrola Brian, nie ma się czego bać. – Tym razem uśmiechnął się do niej pogodnie.
Chwilę tą przerwał ciepły głos pani w szpitalnym fartuszku.
-Zapraszam do środka. Usiądźcie. – Wskazała im miejsce – Mówcie mi  po prostu Lori. Przez czas trwania ciąży musimy się zaprzyjaźnić i ufać sobie bezgranicznie. Ty jesteś Jennifer, a ty? – spytała, lecz chłopak dłuższą chwilę nie odpowiadał.
-To mój narzeczony Brian – odezwała się za niego – Jest troszkę...zestresowany.
Oczy młodej pani doktor rozbłysły radośnie.
-Rozumiem, że jesteś ojcem dziecka?
-Tak – wybąknął szturchnięty przez Jenny.
-W takim razie gratuluję. No dobrze, zabieramy się do badania.
Po serii wszystkich zabiegów, na które Jenny reagowała z uśmiechem, a Brian robił zdziwione oczy, pani doktor uśmiechnęła się serdecznie.
-To już chyba wszystko – powiedziała.
-A USG? – podniósł głos Brian.
-Kochanie – upomniała go narzeczona – Lori wie co robić.
-Fakt, zupełnie bym zapomniała! To już w końcu trzeci miesiąc. Pewnie umieracie z ciekawości czy w waszym domu pojawi się chłopiec , czy dziewczynka. Jennifer, zapraszam cię na fotel. A ty podejdź tu bliżej, nie będziesz przecież siedział w tym koncie.
Stanął jednak w pewnej odległości od ekranu i miejsca, gdzie Jenny leżała z brzuchem na wierzchu. Pani doktor posmarowała go jej jakimś żelem i przesunęła głowicą we wszystkie strony. Wpatrywała się w ekran, aż napotkała życie. Uśmiechnęła się radośnie.
-Gratulację – zwróciła się do Briana – będziesz ojcem cudownego syna!
Jenny aż pisnęła z wrażenia. Jej narzeczony pierwszy raz od początku wizyty uśmiechnął się radośnie.
-Syna? Będę miał syna?! – Podszedł do Jenny i chwycił ją za rękę.
-To już wszystko z mojej strony. Bardzo dziękuję i jeżeli coś was zaniepokoi, dzwońcie nawet o północy. – Podała dłoń Brianowi – Jeżeli pozwolisz to chciałabym porozmawiać z Jennifer na osobności.
-Jasne, ale czy wszystko wporządku? – zaniepokoił się.
-Nie stresuj się tak, chciałabym z nią pogadać jak kobieta z kobietą.
-Poczekaj na zewnątrz kochanie – uspokoiła go słodkim pocałunkiem.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, Larisa odezwała się do niej zza dębowego biurka:
-Jennifer...
-Mów mi Jenn.
-Więc Jenn, pewnie wszyscy w domu bardzo o ciebie dbają. Widać, że twój narzeczony szczególnie się stresuje. Wiem, że to może irytować , ale nie denerwuj się na nich. Przede wszystkim – myśl o sobie. Ty i maleństwo jesteście najważniejsi. Musisz szczególnie o siebie dbać.
-Rozumiem. Lori, czy wszystko wporządku? Dziecko jest zdrowe? Nic nie powiedziałaś.
-Wszystko w swoim czasie. Następna wizyta za 2 tygodnie.
-Ale ja tu nie mieszkam...
-Będziesz musiała znaleźć czas. Do zobaczenia.
Uśmiechnęła się blado i wyszła z gabinetu na korytarz, gdzie siedział zniecierpliwiony Brian.
-Kochanie, wszystko wporządku? – spytał.
-Tak, czemu pytasz?
-Dlaczego nie mogło być mnie przy tej rozmowie?
-Bo nie musisz wiedzieć wszystkiego kotku. Wszystko ok., tylko wizytę mam za 2 tygodnie.
-W takim razie zostaniesz w domu. I tak razem z Johnem mieliśmy cię do tego namawiać.
-Nie ma mowy, jestem wam potrzebna! – zaprotestowała, jednak bunt został stłumiony dotykiem ciepłej dłoni.
-Jenn, wiesz, że to nieprawda. Tom nam pomoże, mamy jeszcze Emi. Ty siedziałabyś tylko, bo i tak nie wolno ci wykonywać ciężej pracy. W takim razie lepiej chyba odpocząć w domu i przyjść na wizytę?
-Ale gitary...
-Poradzimy sobie. To tylko miesiąc kotku, potem wracamy  do Huntington nagrywać. No już, bez dyskusji. Zostajesz z rodzicami i odpoczywasz!
-No dobrze. Wracamy do domu?
-Jenn z góry przepraszam za to co powiem. Dzwonił David i kazał mi przekazać od Garrego, że koniecznie mam przyjechać na próbę. Myślałem, że dadzą radę beze mnie, ale mają jakieś problemy. Wrócisz sama?
-Nie ma sprawy, pędź. – Ucałowała go w różane usta – Przejdę się, dobrze mi zrobi taki spacer.
-Widzimy się na koncercie – wyszeptał jej do ucha i zniknął za rogiem przychodni. 


     Pogoda była piękna, więc wybrała dłuższą drogę, przez centrum miasta. Myślała o swojej przyszłości, która powoli stawała się teraźniejszością. Urzeczywistniały się rzeczy, o których nigdy by nie pomyślała, że się jej przytrafią. Marzyła raczej o szalonej przyszłości w trasie i namiętnych nocach z Brianem, niż stabilnym życiu rodzinnym i przewijaniu pieluch o świcie. Nie była jednak zawiedziona i uśmiechała się do myśli o maleństwie i mężu. Mężu...Nie pozwoli mu zostawić zespołu i jeżeli będzie trzeba to sama zajmie się wychowaniem dziecka. „Jak ja się cholernie zmieniłam” – pomyślała, mijając szklaną wystawę sklepu z suknią ślubną. Bajeczne falbanki lśniły bielą, a za nią na różowym podłożu leżał długi, tak samo ozdobny tren. Gorset był delikatny, skromny, a na jego wykończeniu błyszczały srebrne diamenciki. Zamyśliła się chwilę, wyobrażając sobie siebie w tym cudzie,  a kątem oka zauważyła znajomą twarz, zbliżającą się do niej.
-Cholera! – zaklęła pod nosem i odwróciła głowę w drugą stronę. Spotkanie było jednak nieuniknione.
-Nie chowaj się piękna, poznałbym cię nawet z zamkniętymi oczami. W końcu tak dobrze znam każdy centymetr twojego ciała. – Uśmiechnął się cwaniacko.
-Nie bądź bezczelny Haner – warknęła – Żegnam!
-Nie tak szybko! – Przytrzymał ją przed sklepową wystawą – Piękna suknia. Będziesz w niej wyglądać obłędnie. Zresztą, bez niej też jest bosko. – Zbliżył dłoń do jej biodra, lecz strąciła ją natychmiast.
-Oszalałeś?! Czego ty chcesz?
-Nie gniewaj się, po prostu kiedy cię widzę czasami ciężko mi się powstrzymać. Czego chcę? Pogadać, dawno się nie widzieliśmy. Zgódź się na małą kawę i sernik. Wiem, że go uwielbiasz. – Wymownie wywrócił oczami.
-Chyba śnisz! Nie możemy się spotkać, Brian będzie wściekły.
-Ale Brian o niczym się nie dowie. Przynajmniej ja nie pisnę mu ani słówka.
-Nie ma mowy Syn.
-Przecież wiem, że chcesz. Jenn, ty nie potrafisz oszukiwać, nie mnie. Świecą ci się te małe węgielki i mówisz „Syn”. Kiedy chcesz żebym odszedł mówisz „Haner” lub „Brian”, ale kiedy mnie pragniesz, ściszasz głos i nazywasz mnie „Syn”.
Zamurowało ją. Krzyczała na siebie w myślach i zaprzeczała temu, co właśnie powiedział.
-Przestań. Ty naprawdę masz coś z głową...
-Ok., wiesz, że i tak ci nie odpuszczę. Zgódź się na tą kawę i dam ci spokój. – Spojrzał na nią wymownie. Nie potrafiła powiedzieć mu „nie”.
-Miejmy to z głowy. Chodźmy.
Restauracja roiła się od gości. Wszyscy pożerali wzrokiem Synystera Gatesa, co było krępujące, wiec poprowadził Jenny za rękę do stolika w samym kacie, za gigantycznym fikusem. Gdy kelner podszedł do stolika , bez wahania zamówił dwie kawy.
-Dla mnie czarną, a dla pani pół na pół z mlekiem. – Uśmiechnął się do niej obłędnie.
Dużo o niej wiedział. Zdecydowanie za dużo. Doskonale pamiętał co lubi, w jakich sytuacjach się zawstydza, kiedy kłamie oraz kiedy tak bardzo chce być blisko niego. Wtedy uśmiechał się w ten sposób.
Milczeli chwilę, a gdy zamówienie zaserwowano do ich stolika, zapytał:
-Co u ciebie Jenny? Tak długo się nie widzieliśmy. Wypiękniałaś, ale jakby przytyłaś? – Zaśmiał się charakterystycznie dla niego.
-W moim stanie to normalne.
-Masz depresję, bo nie rozumiem?
-Jestem w ciąży palancie.
Zakrztusił się kawą, wypluwając wszystko na ulubioną koszulę i spodnie. Ludzie patrzyli na niego dziwnie, więc poprawił się szybko i nerwowa zmierzwił idealną fryzurę.
-Kurwa, Jenny... – zaczął, lecz nie wiedział co właściwie chce jej powiedzieć.
-To miło, że się cieszysz. – Zgromiła go spojrzeniem.
-To nie tak Jenny, po prostu jestem w szoku. Wpadliście?
-To chyba nie jest twoja sprawa . – Wstała od stolika, lecz zatrzymał ją, chwytając za nadgarstek.
-Przepraszam, ja...
-Co cię tak dziwi do jasnej cholery? Jestem narzeczoną Briana, planujemy ślub i pragniemy dziecka, które się urodzi. W jakim ty świecie żyjesz? Dorośnij...
-Nie rozumiesz Jenny...- Zakrył twarz dłońmi.
-Więc mi wytłumacz.
-Odebrałaś mi jakąkolwiek nadzieję, że kiedyś...że moglibyśmy...że ja bym mógł..
-Syn, co się z tobą stało? Przecież byliśmy przyjaciółmi, miało tak zostać...
-Przyjaciółmi? Nie jesteśmy nimi od nocy w Paryżu, kiedy pozwoliłaś mi siebie posmakować.
-Do niczego wtedy nie doszło!
-Być może dla ciebie. Dla mnie to był jeden z najpiękniejszych wieczorów w życiu. Chłonąłem każdą chwilę, cieszyłem się tobą jak małe dziecko, wiedziałem, że kiedy ta noc się skończy nie będziesz już moja, będę musiał cię oddać. Wiesz jak cholernie się starałem? Żadnej kobiety nie dotykałem w ten sposób, mimo, że byłeś wtedy taka młoda. Nikogo nigdy tak nie pragnąłem, nikogo nigdy tak... – zawahał się, lecz to, co przyszło mu na myśl, nie przeszło mu przez gardło.
-Syn...cokolwiek teraz powiem, to nic nie zmieni.
-Ja również. Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi.
-Jesteśmy. – Uśmiechnęła się blado.
-Odwiozę cię, co?
-Poradzę sobie, wrócę taksówką.
-Chyba żartujesz! Ja zaparkowałem kilka metrów dalej, a ty będziesz jeździć taksówką? Nie ma mowy. Chodź kobieto w ciąży, wszyscy muszą o ciebie dbać.

piątek, 9 listopada 2012

34. Live in London !

Lipa jak nie wiem , pod każdym względem. Odcinek też lipny ;/


    Próba przed koncertem znacząco różniła się od innych. Jenny zamiast biegać jak szalona, wciąż dostawała od Briana upomnienia, uśmiechali się do siebie tajemniczo, a chłopak nie spuszczał jej z oczu nawet na chwilę. Wzbudziło to zaskoczenie i podejrzenia w ekipie, bo przecież Jenny zazwyczaj robiła na próbie najwięcej : po sto razy sprawdzała wszystkie gitary i ich nagłośnienie, pilnowała organizacji na zapleczu, a nawet nie uchylała się od pracy fizycznej. Chętnie nosiła statywy oraz pomagała Em i Maksowi składać w całość perkusję. Tym razem chowała się po kątach z dala od wszystkich, z gitarą Briana.
-Nastrajałaś ją dzisiaj już trzy razy...w ciągu dwóch godzin. – Emily znalazła ją po zawziętych poszukiwaniach przy tylnym wyjściu z amfiteatru – Może chociaż napijesz się ze mną kawy
-Mhh, przepraszam Emi, ale nie mam ochoty – powiedziała i wskazała jej miejsce obok siebie.
-Co się dzieje Jenn? Cały czas gdzieś znikasz, Brian nie pozwala ci nic robić i nie masz ochoty na kawę? – Jenn spojrzała na nią wielkimi oczami, unosząc brwi. Z czułością dotknęła dłońmi swojego brzucha, a Emily otworzyła usta ze zdziwienia – O rany ! Czyli to jednak ciąża?!
-Tak. Na razie wiesz tylko ty i Brian.
-I jak on zareagował?
-Zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Prawdę mówiąc, tylko on myślał racjonalnie i zachował spokój.
-W końcu zmajstrował dzieciaka, więc...
-Emily! – Dała jej cios w ramię i poczochrała włosy – Teraz wszystko się zmieni.
-Mimo wszystko szczęściara z ciebie Jenn.
-Szczęściara?
-Pewnie! Masz cudownego narzeczonego, który kocha cię ponad życie, maleństwo w drodze i pewnie ślub za pasem, a ja? Jestem z Maksem tak samo długo jak ty z Brianem, a ona nawet nie myśli o zaręczynach, a co dopiero o reszcie tych rzeczy. – Zrezygnowana spuściła głowę i wbiła wzrok w ziemię.
-Skąd wiesz, że o tym nie myślał? Sama wiesz, że Maks po prostu jest nieśmiały i nie tak łatwo zdecydować mu się na takie odważne kroki. – Pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu – No już Emi, będzie dobrze.
-Chciałabym, żeby wreszcie coś zrobił.
-A wiesz co mi to przypomina? Kiedy te kilka lat wstecz nie mogłaś doczekać się, aż Maks zrobi ten pierwszy krok. Poradziłam ci wtedy, żebyś wzięła sprawy w swoje ręce.
-Przecież mu się nie oświadczę!
-Ale zawsze możesz mu to zasugerować, prawda? – Uśmiechnęła się promiennie.
-Prawda. Wracajmy do chłopaków...mamusiu.
-Przestań Emi! – Wymierzyła jej lekki cios – Idziemy.
     Na tak zwanej przez In The Darkness „chwili spokoju” przed samym koncertem, chłopaki wpatrywali się w bledziutką Jenny. Cała ekipa zgromadziła się w pokoju na zapleczu amfiteatru. Suzi wykonywała ostatnie poprawki w strojach chłopaków, Garry odstresowywał się surfując po Internecie, a chłopaki rozgrzewali palce na solówkach swoich kawałków. Maks stukał pałkami w co się da. W końcu sam trapiony ciekawością, dlaczego Jenny dziś nie pracowała, spytał:
-Jenny, źle się czujesz?
-Nie, dlaczego? – spytała rozbawiona.
-Jesteś jeszcze bledsza niż zazwyczaj, migasz się od roboty, a kiedy już za coś się zabierasz, to Brian karze cię spojrzeniem. O co w tym wszystkim chodzi?
Już chciała mu odpowiedzieć, czując na sobie spojrzenia pozostałych, jednak w tym momencie ciężka dłoń spoczęła na jej ramieniu. Nie musiała długo się domyślać, że był to Brian, zresztą, kątem oka zauważyła tatuaż kończący się przy nadgarstku. Znała go na pamięć, ze wszystkimi szczegółami. Potrafiła odtworzyć w głowie najmniejszy jego wzór i barwę. Teraz tak bardzo skupiła uwagę na idealnej dłoni Briana, że zupełnie straciła wątek. Dopiero zmysłowy głos narzeczonego przywrócił ją do życia. Symfoniczny, grany na jeden rytm, brzmiący w całym pomieszczeniu.
-Nie wiem jak wam to powiedzieć...Jenn nie może się przepracowywać, ani za długo przebywać w takim hałasie jak na back stage’ u , bo... - spojrzał na nią, a ona dodała mu odwagi promiennym uśmiechem, który zarumienił jej policzki - ...będziemy mieli nowego członka In The Darkness.
-Będziemy pierwszymi rodzicami w zespole. – Jenny nieśmiało objęła rękami swój brzuch, a Brian otulił ją ramieniem.
Zapadła chwilowa cisza. Wszyscy zdawali się być wyraźnie zaskoczeni, co wcale nie zdziwiło pary. Również milczeli, spoglądając co chwila to na siebie, to na przyjaciół.
-To przecież świetnie miśki! – Simon poderwał się z miejsca i czule objął Jenny. Potem chwycił Briana w ramiona i podniósł do góry. Reszta chłopaków zaraz do niego dołączyła, podrzucając chłopaka w porywie radości.
-Gratulację Jenn! – Suzy dała jej całusa w policzek – Wasze dziecko będzie pewnie piękne i zdolne – powiedziała, po czym dodała szeptem – teraz to już na pewno Brian będzie twój na zawsze. Kiedy ślub? – na co Jenn zachichotała i puściła jej oczko.
-Kiedy się dowiedzieliście, że będziecie rodzicami? – Patrick usiadł naprzeciw nich ze swoim basem.
-Wczoraj. Nie możemy się doczekać, kiedy poznamy płeć dziecka. – Brian położył dłoń na brzuchu Jenny, a ona spojrzała na niego z czułością.
-Nie mogę się na was napatrzeć. Wyraźnie promieniejecie. Jenn wypiękniała, a Brian gra na gitarze jak natchniony. – David popił łyk piwa – Powiedzieliście już rodzicom?
-Nie chcieliśmy tego robić przez telefon. W przyszłym tygodniu zatrzymamy się w Huntington, wtedy wszystko im powiemy – Jenn podniosła się z miejsca i zajrzała na back stage – Chyba możemy zaczynać. No już chłopaki, zawładnijcie Anglią.
Brian pocałował ją namiętnie, przyciskając do siebie jedną ręką, a drugą kurczowo trzymając gryf „szatana”
-Ta wczorajsza noc – wychrypiał do jej ucha – nigdy nie byłaś tak namiętna Jenn. Obudziło się w tobie zwierze. – Przygryzł jej ucho, a wchodząc na scenę klepnął ją w pupę i uśmiechnął się seksownie.
-Idź już mój ostry metalu. Fani na ciebie czekają. – Mrugnęła do niego i przygryzła wargę, a on wrócił do niej jeszcze na sekundę - kiedy chłopaki byli już na scenie - i wpił się w jej usta.
Kiedy dołączył do nich, zapanowała wrzawa. Słychać było okrzyki, piski dziewczyn i gromkie oklaski. Jenny uśmiechnęła się do siebie, a Brian nie spuszczał z niej wzroku. Gestem ręki wskazała mu, żeby odwrócił się w stronę publiczności, a z jej ust popłynęło nieme : „skup się kotku”. Posłała mu przy tym pobłażliwy uśmiech.
-Cześć Anglio! – zaczął David, a tłum odpowiedział krzykiem – Mamy wam do przekazania coś ważnego. Nasz gitarzysta Brian może być dzisiaj lekko zdekoncentrowany, bo wczoraj dowiedział się, że wkrótce zostanie tatusiem! – Znowu ogromna wrzawa i skandowanie imienia Briana. On sam rozłożył ręce i uśmiechnął się speszony, co zdarzało mu się nieczęsto. Miał wtedy takie rozbiegane oczy i małe dołeczki w policzkach – Może pokażesz się nam Jenn?! – krzyknął do mikrofonu David , a ona przecząco pokiwała głową, karząc mu się przy tym puknąć w głowę.
Brian jednak zszedł na back stage i wziął ją na ręce, wnosząc na scenę.
-Poznajcie Jenn – powiedział – Moją narzeczoną i matkę mojego dziecka. – Ucałował ją w czoło, a ona schowała głowę w jego ramionach. Tym razem w całym amfiteatrze rozległ się dźwięk imienia Jenny, potem znów Briana, głośne okrzyki i oklaski.
Jenny odwróciła twarz w stronę fanów, uśmiechnęła się zawstydzona i pomachała w ich kierunku. Brian odstawił ją ostrożnie, dając przy tym słodkiego całusa. W sali słychać było rozczulające „oooo!”, co znów zawstydziło parę.
-Zabiję cię za to – powiedziała Brianowi na ucho, a już za kulisami gestem wskazała Davidowi, że go udusi.
-Jazda ! – krzyknął, dając znak do rozpoczęcia koncertu.

     Nad Huntington Beach zebrały się burzowe chmury. Chłodny wiatr rozbujał fale, które z ogromną siłą rozbijały się na zimnym piasku. Nieczęsto było tutaj tak lodowato. Trudno było się do tego przyzwyczaić. Jenny wzdrygnęła się wychodząc z zespołowego autobusu, otulona obszerną bluzą Briana, w której pewnie zmieściliby się we dwoje.  Jimmy skomlał i machał radośnie ogonem na widok domu. Popędził w jego kierunku, w odróżnieniu od Jenny i Briana, którzy spojrzeli na siebie z niepokojem.
-Nie mówmy im od razu. – Brian rzucił jej błagalne spojrzenie.
-Myślałam raczej, że zaprosimy twoich i moich rodziców na kolację, i powiemy im w jednym czasie. – Zasunęła się pod samą szyję i wtuliła w jego ramiona.
-W takim razie ja nie wchodzę! Widzisz jaki jestem zestresowany? Jeszcze palnę coś głupiego.
-Czego ty się tak boisz?
-Chyba kogo... Jak John się dowie, że wywinąłem ci dziecko, to mi wszystko powyrywa! Serio...wszystko!
-Weź się w garść ! – Stuknęła go w masywne ramie – Jak nie wejdziesz to wzbudzisz podejrzenia. A tak poza tym, to pewnie nie wyrwie ci wszystkich członków przy rodzicach. Mogą jedynie polecieć Twoje śliczne włosy ...i ząbki. – Pomierzwiła go po fryzurze, ale widząc jego naburmuszoną minę, dała mu słodkiego buziaka.
Drzwi mieszkania otworzyły się, a z jego wnętrza wyłoniła się Sarah, obskakiwana na werandzie przez Jimmiego.
-Jenny, Brian? A co wy tu robicie? – spytała zaskoczona.
-Nie cieszysz się mamo? – Jenny rzuciła się jej w ramiona.
-Cieszę się córciu, tylko nie jestem przyzwyczajona do tak częstych wizyt. Rozpieszczasz nas. A ty Brian, co tak stoisz w bramie? Chodź się przywitać!
Chłopak pobladł na widok Johna w drzwiach domu. Po serdecznym, ojcowskim uścisku Jenny, powiedział:
-Chłopie, stało się coś? Będziesz tam tak stał do wieczora? Chodź do przyszłego teścia ! – Rozłożył ramiona. Brian ciężko przełknął ślinę i spotkał wrogi wzrok Jenny. Uśmiechnął się z trudem, a John obdarzył go ojcowskim uściskiem,
-Wchodźcie, obiad gotowy. – Sarah zniknęła  w głębi mieszkania, a reszta podążyła za nią.
Brian minął niepewnie korytarz i zajął miejsce w kuchni, blisko Jenny. Chwyciła go za dłoń i ze stoickim spokojem powiedziała:
-Wieczorem wszyscy idziemy na kolację do Briana. Już dawno nie spotkaliśmy się wszyscy razem.
-Dobrze kocie – powiedział John – ale tylko po to przyjechaliście do Huntington? Żeby zjeść kolację ze staruszkami i porozmawiać o niczym? – Na te słowa Brian zakrztusił się konsumowaną przez siebie zupą – Chłopie, coś ty dzisiaj taki niemrawy? Nic nie mówisz, na nikogo nie patrzysz? To do ciebie niepodobne.
-Brian kiepsko się dziś czuje, poza tym, oboje najchętniej położylibyśmy się spać i obudzili się za tydzień. Mamy za sobą masę ciężkich koncertów, a jeszcze więcej przed nami. A jesteśmy tu dlatego, że czeka nas występ w Nowym Yorku  i na Grassop, więc głupio byłoby nie pojawić się w domu.
-A jak udał się koncert w Londynie? W końcu byliście tam pierwszy raz – John zagadnął Briana.
-Był wyjątkowy. Myślę, że zapamiętamy go na długo . – Uśmiechnął się delikatnie – Muszę już iść. Do zobaczenia wieczorem.
Kiedy już zamknęły się za nim drzwi, John zapytał:
-Jenn, serio nic złego się z nim nie dzieje?
-Sam się przekonasz – mruknęła – Pójdę na górę się zdrzemnąć.
-Przecież jest środek dnia. Myślałam, że wybierzemy się na spacer po plaży – powiedziała Sarah.
-Przepraszam mamo, ale jestem przemęczona podróżą. Jutro pójdziemy nad morze.