środa, 31 października 2012

30. New life.

Długi weekend czas zacząć! Dziękuję za wszystkie wzruszające komentarze do poprzedniego odcinka. Ten dedykowany Wam wszystkim kochane, adrienne, wasp, vis, fuckinblack, hope, fallen, unicorn , ale przede wszystkim mojej kochanej Joan i ona bardzo dobrze wie dlaczego ;*



     Gorący asfalt parzył ich stopy. Nawet oporne, blade skóry przybrały lekko brązową barwę, a podatne słonecznym promieniom miały kolor czekolady. W takim upale racjonalne myślenie graniczyło wręcz z cudem.
Od dawna nie byli w domu. Pojawili się w Huntington Beach po pierwszej trasie z udziałem Jenny i Emily, i zostali tam kilka miesięcy, aż dziewczyny ostatecznie się odpoczęły i nie spotkały ze wszystkimi znajomymi w słonecznym mieście. Chłopaki za to imprezowali hucznie, oblewając rekordową sprzedaż płyt – jak na zespół dotąd mało znany – oraz nadzwyczajnie udaną trasę, podczas której dziewczyny nauczyły się wszystkiego co powinny umieć, aby pracować z In The Darkness. Efektem zostały w zespole na stałe. Rodzice z samego początku byli przeciwni, lecz potem ich stanowczość topniała, aż w końcu z niemałą obawą i wyrzutami rodzicielskiego sumienia zgodzili się, aby dziewczyny przerwały naukę w liceum i rozpoczęły nowe, zupełnie inne życie.
Tak więc Jenny i Emily mając siedemnaście lat były postrzegane już jako dorosłe kobiety. Od tej pory minęło pięć lat, w czasie których nieczęsto bywały w domu, a In The Darkness stało się zespołem światowej sławy. Koncertowali już nie tylko w Ameryce, ale również Europie. Na początku jako suport zespołu Avenged Sevenfold, potem już na własny rachunek. Słynny Syn Gates również znalazł swoją miłość, niestety nie mieli okazji jeszcze jej poznać. Za to Jenny podczas jednego z koncertów nad morzem Czarnym zgodziła się zostać narzeczoną Briana. Chłopaki nabyli kilka nowych tatuaży. Chociaż na sukces pracowali dużo i bardzo ciężko – opłaciło się. Wydali dwie płyty, zwiedzili wiele pięknych miejsc, byli sławni na całym świecie, bawili się na nieziemskich imprezach, ale najważniejsze było to, że mogli być blisko siebie.
     Jenny i Brian stali się parą bardzo dorosłych, szczęśliwych ludzi, mimo, że chłopakom w głowach wciąż były wygłupy. Ich wspólne dni były bardzo kolorowe, za to noce namiętne, nie licząc oczywiście tych, kiedy ze zmęczenia padali jak muchy i zasypiali wpół objęci. Kłócili się często o najróżniejsze bzdury : o to, że kabel nie został podpięty, że gitara niedokładnie nastrojona, że bluzka z dekoltem Jenny jest zbyt wyzywająca, czy też, że Brian obejrzał się za szalejącą za nim fanką. Wszystkie te kłótnie kończyły się jednak krótkim buziakiem gdzieś na postoju na papierosa. Tym razem jednak było nieco inaczej. 

     Właśnie wracali do Huntington po kolejnym koncercie i mieli nadzieję, że już niedługo prześpią się w swoich własnych łóżkach, czy też w przypadku Simona, Patricka i Davida – zobaczą swoje dziewczyny. Los jednak pokrzyżował ich plany, do czego już zdążyli się przyzwyczaić.
A więc słońce piekło niemiłosiernie. Po twarzach zrezygnowanych dziewczyn spływały kropelki potu, a do granic możliwości zdenerwowani faceci chodzili w tę i z powrotem wokół autokaru na zupełnym bezludziu.
-Tyle facetów, a żaden nie może sobie poradzić ze zmianą koła...- przerwała ciszę Jenny.
-Jennifer proszę, nie odzywaj się. – Brian starał się zachować spokój. Jego zaczerwieniona twarz zdradzała jednak zdenerwowanie, a może po prostu opalił się w ten sposób.
-Nawet jeśli zmienimy to koło, nic nam to nie da. Bak jest pusty, a najbliższa prowincja 20 kilometrów stąd – powiedział zrezygnowany David.
-Umrzemy tu ! – Simon opadł na gorący asfalt, a na głowę zarzucił zdjętą wcześniej koszulkę.
-Nie panikuj stary. Poza tym to właśnie ty miałeś sprawdzić jak stoimy z paliwem – powiedział Patrick.
Jenny i Emily wraz z Suzy wachlowały się set listami chłopaków z wczorajszego koncertu. Todd i Garry krążyli wokół przebitej opony.
-Na szczęście mamy zapasową – powiedział młody menager sceniczny – Niestety o awaryjnej benzynie nikt nie pomyślał.
Słońce dawało im popalić. Powietrze było gorące, mieli wrażenie, że za chwilę spłoną żywcem przez ten żar z nieba. Brian wierzchem dłoni otarł pot z czoła, wszedł do autobusu, gdzie było jeszcze bardziej duszno niż na dworze. W małej, podróżnej lodówce były jeszcze dwie butelki wody. Wziął jedną z nich, a łyk orzeźwiających kropek był jak zbawienie. Wyszedł na dwór , gdzie wszyscy sprawiali wrażenie, jakby woleli umrzeć, niż smażyć się w pełnym słońcu. Podał Jenn butelkę i ucałował jej włosy.
-Nie mamy wyjścia, ktoś musi iść po tą pieprzoną benzynę – powiedział i zbliżył się do szamoczących się z oponą facetów – Załatwimy to po męsku. Marynarz czy ciągnięcie zapałek? Zaproponowałbym zawodu w bekaniu, ale dziewczyny chyba nie chcą tego słyszeć.
Simon podniósł się ciężko i wyjął z kieszeni spodni zapałki. W wyniku konkursu sam jego inicjator musiał wybrać się po paliwo.
-Kurwa! Chłopaki, niech któryś pójdzie ze mną.
-Chyba żartujesz stary. – Maks przyglądał się oponie, z której założeniem musieli sobie poradzić.
-Jen, ale ty chyba nie zostawisz mnie samego na polu bitwy kochanie ? – Spojrzał w jej kierunku maślanymi oczami, jednak ona udawała, że nie słyszy. Przykląkł przed nią, eksponując niezwykle opaloną klatkę piersiową, a po jego ramionach i twarzy spływały kropelki potu – Jenny, kotku, błagam –wymruczał nad jej uchem.
Długo nie potrafiła się opierać. Zabrała swoje przeciwsłoneczne okulary i ostatnią ocalałą butelkę wody.
Słońce mocno grzało ich w kark, kiedy maszerowali opustoszałą drogą.
-Jestem twoją narzeczoną, a ty w ogóle nie masz dla mnie litości – jęknęła.
-Przestań Jenn, właśnie dlatego, że jesteś moją narzeczoną powinnaś mi towarzyszyć w zdrowiu i w chorobie, w dobrych i złych chwilach. – Objął ją masywnym ramieniem – Właśnie tak niedługo będziemy sobie przysięgać. – Uśmiechnął się promiennie przez co również na jej twarzy zagościł uśmiech.
-Tylko kiedy to będzie? – spytała.
-Wiesz, że chciałbym jak najszybciej, jednak ślub trzeba odpowiednio przygotować, a teraz nie ma na to czasu. Nie możemy zawieść fanów. Nie nagraliśmy nic od dłuższego czasu, więc musimy zabrać się za tworzenie nowej płyty.
-Tyle, że to będzie czwarta płyta, a ślub jest tylko raz.
-Nie możemy zabrać się za jedną i drugą sprawę w tym samym momencie, bo ani ślub nie będzie przygotowany tak, jakbyśmy tego chcieli, ani płyta nie będzie dobra.
-Ale dlaczego to właśnie ślub musi czekać? Zawsze wszystko jest ważniejsze ode mnie! – Wyrwała się spod jego ręki.
-Jenn, co ty wygadujesz? – Zatrzymał się i złapał ją silnie za ramiona – To nieprawda. Ty jesteś dla mnie najważniejsza i chcę, żebyś została moją żoną, dlatego ci się oświadczyłem, jednak Jenn... to tylko papierek i złoty krążek na palcu. Przecież już żyjemy razem i traktuję cię jak swoją żonę. Dlatego po ślubie wiele się nie zmieni. Można z tym poczekać. Chyba nie potrzebujesz mnie zaobrączkować, aby mieć pewność, że cały należę do ciebie?
-Nie, ale...
-Właśnie. A płyta – mniej ważna niż nasz ślub – nie może czekać. Nie nagraliśmy nic od półtora roku Jenny. Gramy odgrzewane numery i nie mamy żadnych pomysłów ani weny na nowy materiał. Musimy wziąć się w garść, bo będzie z nami kiepsko. Musimy coś napisać.
Słońce zaszło, lecz przed nimi jeszcze połowa drogi. Mocno trzymali się za ręce. Brian wysłuchiwał marzeń Jenny związanych ze ślubem. Miała bajeczną wizję tej cudownej chwili : piękna biała suknia, cudowna muzyka i pierwszy taniec, wyśmienite potrawy, a potem... namiętna noc poślubna. Brian prowokująco uśmiechnął się na te słowa. Ani się obejrzeli, a byli już przy stacji benzynowej. Był tam również sklep, więc kupił Jenny schłodzony sok, a sobie zimne piwo. Na miejsce dotarli dopiero późnym popołudniem. Tam koło zostało już wymienione, a wszyscy członkowie In The Darkness siedzieli przed autokarem i rozmawiali o nazwie dla nowej płyty.
-Uważam, że to powinno być coś związanego z miłością. Każdy w końcu kogoś kocha, albo kochał. A jeżeli nie, to pewnie pokocha.
-Patrick, In The Darkness i płyta o nazwie „ Sweet Loveline”. Odpada – od razu zaprotestował David.
-Ja proponuję „Dom woskowych ciał”! – ochoczo krzyknął Simon.
-Stary, oszalałeś?! Nie jesteśmy jakimiś psychopatami. To znaczy, pomysł fajny, ale raczej nie dla nas – powiedział Maks.
-O patrzcie, idą nasi wybawcy! – Wstali na widok Jenn i Briana z karnistrem.
-Załatwcie to i jedziemy – powiedział Garry.
Wieczorem przekroczyli granice ukochanego Huntington Beach. Jenny nie marzyła o niczym innym niż długa kąpiel i sen we własnym łóżku. Sarah czekała na nią, z niecierpliwością wypatrując ją z okna kuchni. Właśnie w tym momencie pod dom podjechał autokar ITD.
-John wstawaj! – krzyknęła nad uchem męża, który drzemał w najlepsze – Chodź, pomożemy Jenny wziąć bagaże!
A były one niemałych rozmiarów. W końcu ostatni raz Jenn była w domu jakiś rok temu. Wyskoczyła z autobusu razem z Jimmym, który też jeździł z nimi w trasy, a Brian wytoczył się za nią z dwiema ogromnymi walizkami.
-Cześć mamuś ! – Rzuciła się jej na szyję.
-Witaj kochanie! Nie było cię tak długo, że prawie zapomniałam jak wyglądasz. – Ucałowała ją w oba policzki – Cześć Brian! – Przytuliła chłopaka i pogłaskała go po głowie – Wejdziesz na kawę?
-Chciałbym, ale padam z nóg. Poza tym, Jenn pewnie chce ode mnie trochę odpocząć. – Dał dziewczynie słodkiego buziaka.
-Ale zapraszamy jutro na obiad – powiedział John.
-Na pewno skorzystam. Dobranoc – podał mu rękę i jeszcze raz objął Jenny – Po gitary wpadnij jutro kochanie.
-Dobrze, pa.
      Sarah i Jenny przysiadły w kuchni i długo rozmawiały o tym, co przez ten czas zmieniło się w Huntington, jaki pracuje się dziewczynom, co słuchać w zespole. Jenny opowiadała o wszystkich cudownych miejscach, które zwiedzili, o ludziach, których spotkali oraz o tym, że z siedmioma facetami ciężko się żyję. Mówiła też o wszystkich wpadkach Simona, o koncertach i różnych sytuacjach, które przydarzyły się im z fanami.  
-Jeszcze niedawno sama byłam taką nastoletnią fanką – Jenny uśmiechnęła się pod nosem.
-A teraz jesteś już dojrzałą kobietą. A właśnie Jenny, miałam spytać cię już na samym początku, ale nie dałaś mi dojść do słowa...czy ja widzę piękny, brylantowy pierścionek na twoim palcu? – Wymownie spojrzała na jej dłoń.
-Cholera, mamo opowiedziałam ci wszystko z wyjątkiem najważniejszego. Zaręczyliśmy się z Brianem!
-To cudownie kochanie! Prawda John, że to wspaniała wiadomość? – zwróciła się do męża, przysłuchującego się wszystkiemu z salonu.
-Dobrze, że przynajmniej nie wzięliście ślubu bez wiedzy staruszków – odpowiedział.
-Johnny, jesteś zły? – Córka spojrzała na niego smutnymi oczami.
-Kocie, oczywiście, że nie. Wiesz przecież, że traktuję Briana jak syna. Wiem, że jest odpowiedzialny i nigdy by cię nie krzywdził. Można mu ufać. Zastanawiam się raczej jak ty się sprawdzisz w roli żony. Dopiero tak niedawno wpadłaś do tej kuchni i powiedziałaś, że pierwszy raz się całowałaś, a teraz...małżeństwo?
-To było sześć lat temu tato – zaśmiała się – Poza tym to ślub wcale nie odbędzie się tak szybko. Im The Darkness mają teraz ważniejsze sprawy na głowie.
-A co takiego? – spytała Sarah.
-Wielka burza mózgów nad nową płytą. Potem samo jej nagrywanie, a kiedy już ją wydadzą to pewnie ruszymy w trasę. Nie będzie czasu na ślub.
-Może to i dobrze. Po co się spieszyć kocie? W końcu i tak jesteście nierozłączni o każdej porze. – John pogłaskał ją po ramieniu.
-Dziwię się, że to jeszcze wytrzymuję i nie znudziła mi się taka codzienność. W każdej minucie dnia i nocy – Brian. Naprawdę mam ochotę od niego troszkę odpocząć. W domu na pewno mi się to uda.
-Nawet nie wiesz jak się za tobą stęskniliśmy.- Sarah przytuliła ją z całej siły.
-Ja za wami też. I oczywiście za moim łóżkiem.
-Pewnie jesteś zmęczona. Przygotowałam ci pokój. Dobrej nocy córciu. Najlepiej śpij do południa.
-Tak zrobię.

Pierwszy raz od dłuższego czasu obudziła się wyspana i wypoczęta. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że jest w rodzinnym domu i absolutnie nic nie musi. Żadnych obowiązków ani pośpiechu. A najważniejsze – zero facetów. Wstała i przeciągnęła się przed lustrem, jednocześnie zerkając na zegarek, który wskazywał godzinę dwunastą. Rozczesała włosy, a rzęsy pociągnęła tuszem i zeszła na parter.
-Dzień dobry kochanie. – Sarah już nalewała kawę do jej ulubionego kubka. Śniadanie również było przygotowane. Góra naleśników ze świeżymi owocami i czekoladą.
-Rozpieszczasz mnie mamo.
-W końcu mam tylko jedną córkę i widzę ją raz w roku. – Przysiadła obok niej.
-Tylko jak ja potem przyzwyczaję się do krótkich, kontynentalnych śniadać i szybkiej kawy gdzieś na postoju między granicą stanów?
-Mam nadzieję, że dbasz o sobie i dobrze się odżywiasz? A przede wszystkim, że chłopaki nie piją dużo?
-Mamo, naprawdę wszystko jest pod kontrolą – zaśmiała się Jenny.
-Jesteś pewna? Kochanie, nie zrozum mnie źle, ale nienajlepiej wyglądasz ; bardzo schudłaś, widać ci kości policzkowe, masz podkrążone i zgaszone oczy. Na pewno dbasz o siebie?
-Po prostu jestem przemęczona. Często nie mamy czasu na porządny posiłek i zastępujemy go kawą. Oprócz tego naprawdę wszystko jest ok.
-Na ile przyjechaliście? – Sarah dolała sobie świeżo zaparzonej kawy.
-Zostaniemy miesiąc, może dłużej. Potem In The Darkness ma zaplanowane parę koncertów. Będą starać się przez ten czas coś napisać, a potem zatrzymamy się w domu na dłużej, aż chłopaki nie nagrają płyty – powiedziała i przygryzła kolejnego naleśnika – Dość już o nas! Opowiadaj lepiej co słychać w domu.
-Są wakacje, więc ja odpoczywam od pracy. Tata razem z zespołem nagrali drugą płytę i koncertują, więc Johna wcale nie ma w domu. Na jedno to dobrze, bo mogę odpocząć i zająć się sobą, ale po weekendzie bez niego dopada mnie samotność i zaczynam za nim tęsknić.
-Tak mi przykro, że jesteś tu całkiem sama. – Jenny objęła ją ramieniem.
-Czasami żałuję, że nie podjęliśmy decyzji o drugim dziecku, ale sama wiesz, najpierw się kłóciliśmy, Johna ani mnie wiecznie nie było w domu, a kiedy przeprowadziliśmy się tutaj było już chyba za późno. Nie zdawałam sobie sprawy, że ty tak szybko dorośniesz, a ja zostanę tu sama.
-Teraz będziesz mieć mnie na wyłączność przez cały miesiąc. – Wstała od stołu i przytuliła matkę. W tym momencie w ich domu pojawił się Brian.
-Chyba powiedziałaś to w złym momencie – zaśmiała się Sarah.
-Po prostu mój narzeczony nie potrafi beze mnie żyć. – Dała mu całusa – Napijesz się kawy?
-Chętnie. Wyspałaś się?- zapytał.
-Jak nigdy. Nie ma to jak własne łóżko.- Podała mu kubek- Co u rodziców?
-Mama skacze wokół Emi i marudzi, że zmizerniała. Już nie mogą się doczekać, kiedy do nas przyjdziesz.
-Wpadnę wieczorem, jak tylko poukładam tutaj wszystkie swoje rzeczy.
-Co słychać u Emily i Maksa? – spytała ich Sarah.
-Jak to u nich...
-Emi się na niego złości, a on świata poza nią nie widzi. Potrafi przepraszać ją za rzeczy, których nie zrobił – powiedziała Jenny i wzięła się za zmywanie naczyń.
-Maks dosłownie nosi tę małą złośnicę na rękach. Gdyby mógł, przychyliłby jej nieba – dodał Brian – Nie mam pojęcia czemu ostatnio Emi cały czas na niego pokrzykuje.
-Przecież to oczywiste. Em jest trochę zazdrosna o nasze zaręczyny. Pewnie też chciałaby takiego gestu ze strony Maksa.
-Powiedziała ci to? – spytał zdziwiony chłopak.
-Nie głuptasie, jednak kobiety wiedzą takie rzeczy. – Uśmiechnęła się słodko.
-Zapomniałem, wy i ta wasza intuicja.
-Chyba w nią nie wątpisz? – Podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję, w sposób, jakby za chwilę miała go udusić – Już nie raz się sprawdziło. O ile nie na każdym razem. A tak właściwie Brian, to po co przyszedłeś?
-Chciałem zaprosić ciebie i twoich rodziców na kolacje. Znajdziecie czas? – Uśmiechnął się do nich.
-Mamy go całe mnóstwo!

wtorek, 30 października 2012

29. Only hope...



Cześć kochane moje. No dobrze, ostatnie były takie nijakie, a ten odcinek idealnie współgra z moim nastrojem od jakiegoś tygodnia. Dedykuję go Wam wszystkim misie i mam nadzieję, że się spodoba..mimo wszystko.

-Czy ty zwariowałeś ?! – Jenny wymierzyła mu marny cios w ramię – Dzwoniliśmy do ciebie jakieś tysiąc razy. Gdzie ty byłeś? Za chwilę wychodzisz na scenę!
-Nie denerwuj się Jenn. – Dał jej szybkiego całusa – Wszystko opowiem ci później.
-Hala jest już pełna, biegnij się przebrać. Czemu ja cię muszę niańczyć, co?
-Bo mnie kochasz. Poza tym... na pewno zrozumiesz.
Jenny nie wiedziała, o co może chodzić Brianowi, dopóki nie zobaczyła Sainta, wjeżdżającego na wózku na back stage. Jej oczy natychmiast zaszkliły się na widok jego bezwłosej główki. Podeszła do chłopca i przytuliła go przyjaźnie.
-Cześć Saint, dawno się nie widzieliśmy.
-To prawda, jesteś jeszcze piękniejsza – powiedział, a ona zarumieniła się uroczo.
Zza sceny wyszedł Garry, za nim Suzy razem z Toddem oraz chłopaki.  Brian uśmiechnął się do Sainta i spojrzał w zdziwione oczy Jenny.
-Powodzenia! –Chłopiec mocno zacisnął kciuki.
     Koncert przebiegł nieco inaczej niż każdy. Brian wciąż myślał o Saincie. Jenny i Emily przejmowały się szczególnie, bo wszystko co działo się na scenie, było wynikiem wkładu ich pracy. Mówiąc sobie, ze gitary i bębny brzmią świetnie, głaskały po ramieniu przeszczęśliwego Sainta.  W tle głosu Davida brzmiały także chórki, które Jenn i Em wraz z Lilly , Court i Luise nagrywały jeszcze wiosną. Płyta sprzedawała się świetnie więc nie było zaskoczenia, że pierwszy koncert trasy ją promującej będzie udany. Nie tylko strona muzyczna, ale również dekoracja i efekty były godne światowej klasy zespołu. To co działo się na scenie, było wspólnym sukcesem wszystkich na niej i za nią.
-Jak ci się podobało? – spytał już po koncercie Sainta.
-Brian, jesteście piekielnie dobrzy. Jestem szczęśliwy, że mogłem was usłyszeć.
-Masz tutaj podpisaną przez nas płytę. Jutro zanim ruszymy w dalszą trasę przyjdę cię odwiedzić.
-Teraz musimy wracać już do szpitala – powiedział lekarz – Saint, na pewno jesteś zmęczony.
-To prawda. Brian... – Odwrócił się jeszcze – Gdyby jednak jutro coś się zmieniło, chciałbym się z tobą pożegnać.
Wszyscy objęli go serdecznie.
-Trzymaj się chłopie – powiedział Patrick, a Maks po nim powtórzył.
-Pamiętaj, choćby nie wiem co się działo, przyjdę – powiedział Brian i spojrzał mu głęboko w bystre oczy.
     Do hotelu wrócili dopiero późną nocą.
-Jak wrażenia? – spytał Brian kładąc Jenny do łóżka.
Szpilki z dżetami tak otarły jej nogi, że nie była w stanie chodzić nawet na boso.
-Cieszę się, że to nasza wspólna sprawa. Jesteście co raz lepsi.
-Dopiero dzisiaj zaznałaś, co to znaczy prawdziwa muzyka. Praca z nią to nie taka sielanka jak większości się wydaje.
-Ma nadzieję, że nie idzie ona na marne – westchnęła i przytuliła się do jego ramienia.
-Żartujesz? Chyba nigdy nie mieliśmy tak dobrze przygotowanych instrumentów. Mój „granatowy szatan” aż mruczał przy każdym wydobywanym z niego dźwięku. Razem z Emi jesteście niezastąpione. – Dał jej słodkiego całusa.
-Przez to całe zamieszanie nie miałam nawet czasu zatęsknić za domem.
-Ale dzwoniłaś do rodziców?
-Gdybym tego nie zrobiła, tata zapewne byłby zdolny przyjechać tutaj po mnie. Podoba mi się tutaj, cały czas jesteś blisko. Chociaż teraz trochę nieobecny. – Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
-Myślę o Saincie. Zaskoczyło mnie to, że pełen życia chłopiec nagle dowiaduje się, że ma raka i absolutnie nic się w nim nie zmienia.
-Nie martw się. Na pewno pokona chorobę. – Wtuliła się w niego i zamknęła oczy – Cuda się zdarzają.
-Spójrz tylko, na niebie ani jednej gwiazdy. Jenn naprawdę myślisz, że ...
Nie dokończył, ponieważ zauważył, że Jenny wykończona dzisiejszym dniem spała słodko, obejmując jego rękę. On sam bił się z myślami i kiedy tylko zamknął oczy, w ciemności ukazywał mu się obraz bladego jak ściana Sainta z sinymi ustami. Czemu musiało to spotkać właśnie tego, nad wyraz mądrego i zdolnego chłopca, pełnego życia? W tym wszystkim tkwiła jakaś tajemnica. Na próbę wystawiano zawsze najsilniejszych. Życie od zawsze miało swoje kaprysy.
O świcie Brian wymknął się z pokoju, nie budząc nawet Jenny. Widział, że żeby pożegnać się z Saintem, musi iść do szpitala bardzo wcześnie, gdyż planowany odjazd z Malibu miał odbyć się już o ósmej rano. Na recepcji również nie dostrzeżono jego zniknięcia, a na ulicach nie było żywnej duszy, więc nie musiał się martwić, że ktoś go zatrzyma. Od razu skierował się do sali oddziału, gdzie leżał Saint. Bał się, że mogą go teraz nie wpuścić, lecz recepcjonistka spała w najlepsze. Ogarnął go ogromny niepokój, kiedy łóżko zajmowane dotąd przez Sainta stało puste. Pomyślał, że pewnie zabrano go na jakieś badania. Z błędu wyprowadziła go babcia Sainta.
-To stało się dziś w nocy...
-Niemożliwe.
-Saint opuścił nas dokładnie o drugiej. – Otarła łzy z pomarszczonych starością policzków – Bardzo cieszył się, że mógł pożegnać się z tobą wczoraj oraz zobaczył cię przed śmiercią. Tutaj jest jego gitara i jakaś paczka. Kazał , aby ci to dać. Tak jakby wiedział, że już umiera. Proszę, weź. – Podała mu pakunek i instrument.
-Nie mogę, to należy teraz do pani.
-Mnie na nic się nie zda. Saint będzie żył w moim sercu. Wiesz jakie były jego ostatnie słowa? „Chciałbym żyć w sensie życia Briana”. Powiedział, że będziesz wiedział co z tym zrobić.
Wracając do hotelu z gitarą w jednej dłoni i tajemniczym pakunkiem w drugiej, czuł niezwykłość w powietrzu.  Ukradkiem zajrzał do wnętrza pudełka, lecz kątem oka zauważył w nim jedynie dominujący kolor czerwony. Kiedy dotarł już do swojego hotelowego pokoju, Jenny stała w balkonowym oknie.
-Gdzie byłeś?
-W szpitalu. Chciałem pożegnać się z Saintem, ale... nie zdążyłem.
-Tak mi przykro. – Objęła go wpół i położyła dłoń na jego policzku.
-Mnie również. Był niesamowicie mądrym chłopcem i dojrzalszym człowiekiem, niż nie jeden dorosły.
-To jego gitara? Skąd ją masz?
-Saint chciał, żebym ją wziął. – Spojrzał w stronę akustyka, obok którego wciąż leżało nierozpakowane pudełko – Zupełnie zapomniałem...
Brian obrócił je w dłoniach, po czym zdjął wieko. W środku znajdowały się czerwone trampki Sainta, ozdobione znakiem anarchii po obu stronach. „Trampki?” – pomyślał. Wtedy przypomniał sobie ostatnie słowa chłopca, przekazane mu przez babcie.
-„Żyć w sensie życia Briana” – szepnął jakby sam do siebie.
-O co chodzi kochanie? – Jenny zmierzyła go wzrokiem.
-To prezent dla ciebie od Sainta Jenn. Trampki są twoje. – Podał jej malutkie buty.
-Nie rozumiem... dlaczego dla mnie?
W odezwie uśmiechnął się tylko i powiedział:
-Ciężko to zrozumieć. Ważne, że ja i Saint wiemy o co chodzi. A teraz przymierz.
Pasowały idealnie. Jenny nie mogła pojąć całej tej sytuacji, lecz wiedziała, że teraz nie jest to istotne i przestała próbować. Brian nachylił się nad pudełkiem, w którym było coś jeszcze: mała paczka ze strunami i liścik :


„Oddaję ci pieniądze, które mi pożyczyłeś, w nieco innej formie. Mam nadzieję, że nie jesteś zły. W podziękowaniu za wszystko , czego mnie nauczyłeś, obiecuję, że będę się wami opiekował.
Twój kolejny sens życia
Nadzieja”

 
Jenny wtuliła się w niego, a on obdarzył ją najpierw ciepłym uśmiechem, potem przenikliwym spojrzeniem oraz zmysłowym pocałunkiem, przyprawiającym ją o ciarki na całym ciele. Schował karteczkę do kieszeni spodni, a już godzinę później siedzieli w autobusie zespołu In The Darkness . Ruszyli dalej, w nieznane, przy delikatnych dźwiękach „Gunsliner” , zostawiając w Malibu wszystkie złe wspomnienia. Spalili już mosty za błędami przeszłości, a w dalszą podróż zabrali ze sobą Nadzieję, zadomawiającą się w dźwiękach gitary Sainta i na nóżkach Jenny oraz w kieszeni Briana.
Ta mała wszywka nauczyła ich już wiele. Przede wszystkim, że niezależnie od tego, czy w naszym życiu jest źle, czy też jest ono obsypane największymi skarbami, ważne jest, aby być razem, blisko siebie. Również tego, że zaufanie wcale nie ucieka, jeżeli oddalimy się na odległość większą, niż ramiona ukochanej osoby. Pokazała im, że prawdą jest, iż umiera ona ostatnia, a póki jeszcze trwa – wszystko jest możliwe. Można pokonać śmierć. Można zwyciężać. Można spełniać swoje marzenia. Można wracać do ukochanych osób. Można wierzyć w cuda, bo zdarzają się one naprawdę. Można liczyć na swoich przyjaciół. Można kochać i tęsknić nawet wtedy, kiedy z całej siły trzaskamy drzwiami przed nosem bliskich.
Tak naprawdę można wszystko, jeżeli tylko żyje w nas Nadzieja.

Koniec części 2

piątek, 26 października 2012

28. Not fade, not die !



  No dobra robaczki, rozchorowałam się na weekend, a to oznacza pisanie w łóżeczku. Cudnie -,- Mam nadzieję, że chociaż odcinek Wam się spodoba i podtrzymacie mnie na kichającym, umierającym przez gorączkę duchu. 

  Wakacje minęły Jenny zaskakująco szybko. In the Darkness codziennie od samego rana nagrywali ostatnie partie, aby pod sam koniec sierpnia wydać płytę zatytułowaną „Our Dark World”, na której znalazło się dwanaście piosenek. Wieczory najczęściej spędzali we dwoje, z Brianem. Często również spotykali się szerokim gronem, wychodzili do klubu czy na plaże. Jak tylko mogli, wykorzystywali ostatnie chwile wakacji, beztroskiej młodości i przeciętnego dotąd życia licealisty. Wrzesień zaszczycił ich swoją obecnością, zbawił od rutyny i rozpoczął nowy rozdział ich kalifornijskiej historii.
Sarah stacjonowała w pokoju Jenny, przeglądając jej szafki z ubraniami.
-Wszystko już spakowałaś Jenn?
-Mamo, nie zabiorę ze sobą w trasę całego domu. Chłopaki poradzili nam, żeby zabrać tylko potrzebne rzeczy. W dodatku będziemy dostawać pieniądze za pracę, więc zawsze możemy kupić sobie to, czego będzie nam brakować.
-Nie wiem, czy to był dobry pomysł. Jeszcze nie wyjechałaś, a już za tobą tęsknie.
-Za trzy miesiące znów będę z wami. Zobaczysz, odpoczniecie ode mnie i nie będziecie chcieli, żebym wracała.
-Nie mów tak Jenn. Pamiętaj, że jeżeli tylko coś będzie nie tak, masz wracać do domu.
-Wszystko będzie dobrze. – Przytuliła ją i ukradkiem otarła szklaną łzę.
Po kraju miał wozić ich zespołowy autokar, w którym teoretycznie powinno zmieścić się wszystko, więc do sprzętu In The Darkness, Jenny dołożyła jeszcze swoje dwie gitary. Zatrzymał się przed jej domem, a zza jego kierownicy wysiadł Garry. Byli tam wszyscy członkowie zespołu wraz ze swoimi dziewczynami i rodzinami.
-Chłopaki z Avenged zrobili nam niezłą reklamę. Znaleźliśmy sponsorów, stąd ten autokar – uśmiechnął się Garry – No dobrze, powinniśmy wyruszyć dziesięć minut temu, więc... powoli będziemy się zbierać.
Matki tak jak ostatnio wylewały rzewne łzy, ojcowie poklepywali chłopaków po plecach.
-Jenny, pamiętaj, bądź grzeczna. – John obejmował ją z całej siły – Jak coś będzie nie tak , to wracaj do domu.
Uśmiechnęła się i podała Sarze chusteczkę.
-Będę za wami tęsknić! – Rzuciła się ojcu na szyję.
-Dzwoń codziennie i uważaj na siebie.
Tymczasem Megan i Steven zachowywali się bardzo podobnie.
-Wiemy, że Brian da sobie radę, ale ty bądź ostrożna Emi. – Mama pogłaskała ją po policzku.
-A ty Brian pamiętaj, że jesteś za nią odpowiedzialny.
-Za Jenny również – dodał John.
-Poradzimy sobie. – Chłopak objął Jenn – W końcu jesteśmy już dorośli.
Simon, Patrick i David wymieniali ze swoimi dziewczynami ostatnie, tęskne pocałunki.
-Wracaj szybko – powiedziała Luise – A wy dziewczyny – pilnujcie ich.
-Postaramy się.
-No już, komu w drogę temu czas! – Garry uścisnął rękę wszystkim rodzicom. Jedziemy w trasę kochani !
Samotna droga. Chłopaki brzdąkali „Dear God”, a Brian i Maks obejmowali Jenny i Emily, które dopiero teraz zupełnie się rozkleiły.
-Wszystko będzie dobrze – Brian szepnął do ucha Jenn –Wiem, że na początku może być wam ciężko, nam za pierwszym także nie było łatwo, ale teraz, kiedy jesteśmy razem wiem, że sobie poradzimy.
-Najlepiej będzie, jeżeli teraz położymy się spać. Jest późno, a jutro czeka nas ciężki dzień – powiedział David.
Nie zwracając uwagi na innych i nie odrywając się od Briana, wtuliła się w jego ramiona i usnęła.

     Malibu przywitało ich pochmurnym niebem i chłodnym wiatrem. Zanim Garry załatwił formalności związane z wynajmem pokoi, a chłopaki wypakowali sprzęt, Jenny razem z  Emily wybrały się na plaże. Morze groźnie szumiało, rozbijając swoje fale daleko od brzegu.
-Ostatnio było tu nieco inaczej – westchnęła Em.
-Podtrzymywałyśmy wtedy, że chłopaki powinni zostać w Long Beach i iść do collegu. A teraz same jesteśmy w trasie z In The Darkness. To szaleństwo.
-Jenn, Emi, wszędzie was szukamy! – Za ich plecami wyrósł jakby z podziemi David - Występ jest jutro, dzisiaj trzeba zawieźć sprzęt do hali koncertowej i przygotować go odpowiednio. Od teraz to wasza praca, więc w drogę – uśmiechnął się zachęcająco.
Podczas gdy Jenny rozgrzewała gitarę Briana, Emily dokładnie sprawdzała każdy detal perkusji, a chłopaki oglądali scenę. Chwilę potem pojawiła się ekipa techniczna i w mig stanęły tam trzy podesty oraz stanowisko dla perkusji. W hali panowało ogólne zamieszanie, każdy zajmował się rozkładaniem sprzętu, a w między czasie sprawdzano mikrofony oraz akustykę.
-Brian, ile grasz już na tych strunach? – spytała go Jenny.
-Jakiś tydzień.
- W takim razie nie będziemy zmieniać ich na sam występ, ale kupię dodatkowe, jakby coś się stało.
-Dobrze. – Cmoknął ją w policzek – Sklep muzyczny jest tutaj, za rogiem. Weź Emi i kupcie struny do każdej gitary. Ja i Simon używamy takich samych, Patrick powie ci jakich on potrzebuje.
-A dla mnie pałki ! – krzyknął znad centrali Maks – Emi powinna wiedzieć jakie.
-Wiem. – Emily otarła pot z czoła i spięła włosy w niezdarnego koka – Chodźmy.
Brian biegał za Garrym nie mogąc doprosić się go o chwilę rozmowy.
-Garry, zaczekaj !
-Synku, jestem teraz zajęty. Muszę zlecić technikom, żeby wymontowali te krzesła, które znajdują się pod sceną.
-Chciałem tylko zapytać, czy koncert jest zareklamowany?
-Pewnie. Menager od spraw scenicznych i organizacji już tydzień temu rozwiesił plakaty w całym Malibu.
-To my mamy takiego menagera? – zaśmiał się Brian – Kto nim jest?
-Todd, stoi tam i dogląda, czy wszystko na scenie działa jak należy. Chyba nie zdajecie sobie sprawy ilu ludzi pracuje na wasz sukces. Na przykład Amanda prowadzi waszą stronę internetową, gdzie połowa biletów została już wyprzedana, a Luck zajmuje się promocją płyty, która idzie jak świeże bułeczki. Poza tym: technicy, oświetleniowcy, operatorzy. Wszyscy odwalają kawał dobrej roboty. No już, leć ćwiczyć, ustalcie listę kawałków. Wracam do roboty.
Chociaż miał sporo pracy, wcale nie mógł się na niej skupić. Wciąż myślał tylko o spotkaniu z Saintem. Od ich ostatniej rozmowy wiele się zmieniło. Chciał opowiedzieć mu o tym, ile stracił, a potem był na tyle silny, żeby to odzyskać. Teraz jednak ganiano go z miejsca na miejsce, więc postanowił, że jutro znajdzie Sainta i osobiście zaprosi go na koncert.
Na intensywnej pracy bez chwili wytchnienia zleciał im cały dzień. Dopiero grubo po godzinie pierwszej w nocy In The Darkness wróciło do hotelu. Jenny upadła na łóżko.
-Ciężki dzień, prawda? – Brian pogłaskał ją po głowie.
-Nie spodziewałam się, że to taka trudna praca.
-Nikt nie mówił, że będzie łatwo Jenn. Radzicie sobie bardzo dobrze. Obstawialiśmy z chłopakami, że wymiękniecie po dwóch godzinach.
-Wielkie dzięki. Wcale nas nie wspieracie.
-Przestań Jenn. – Położył się obok i dał jej buziaka w policzek – To nie prawda. Wiemy po prostu jaka to ciężka praca być odpowiedzialnym za sprzęt. Trzeba pamiętać o wszystkim i profesjonalnie podchodzić do sprawy. Dlatego jesteśmy mile zaskoczeni, że tak sobie radzicie.
-To dopiero pierwszy dzień. Aż boję się pomyśleć co będzie jutro  – westchnęła i nakryła głowę kołdrą.
-Plan wygląda tak : pobudka o siódmej, śniadanie, potem ty, Emi i ta świrnięta stylistka Suzi idziecie na zakupy.
-Dla siebie?
-Nie głuptasie, dla nas. Chcieliśmy wystąpić w ubraniach, które wzięliśmy z Huntington Beach, ale Suzi zaprotestowała. To by „zburzyło jej inwencję twórczą”.
-A dlaczego my musimy z nią iść?
-To również część plany. Dobrze, dalej. Wchodzimy na sceną i oświetleniowcy dostosowują światło. Później ostatni raz sprawdzacie instrumenty, my robimy krótką próbę, zostaje nam jakaś godzinka. A w tym czasie...
-Nic nie mów...Wtedy chwila relaksu. – Przejechała dłonią po jego ramieniu.
-Tak właśnie. Dlatego pijemy piwo i rozmawiamy o wszystkim, oprócz muzyki – Uśmiechnął się zalotnie. – Scenografie też dokończą jutro.
-Jak będzie wyglądała?
-Sam nie wiem. Okaże się jutro. A teraz czas spać Jenn. Dobranoc.
-Dobranoc.
-Jenn...
-Hm?
-Cieszę się, że cię przy sobie mam. – Utulił ją i ucałował we włosy.
-Kocham cię mój „duży metalu”.

     Po szybkim śniadaniu dziewczyny ruszyły do centrum miasta, za to chłopaki wybrali się do hali, aby dopełnić ostatnich przygotować związanych z koncertem.
-Brian, wypakowałeś już wszystko? Miałeś przynieść tutaj futerały z gitarami.
-Mógłbyś zrobić to za mnie Simon? Musze kogoś znaleźć.
-Ok, ale to ostatni raz.
-Jak Garry zauważy, że mnie nie ma i będzie zadawał pytania to powiedz, że mnie nie widziałeś.
-W takim razie biegnij już, bo Garry się zbliża. – Wskazał na drzwi, w których pojawił się ogromnych gabarytów mężczyzna.
-Pamiętaj – nie widziałeś mnie – powiedział Brian i wymknął się wyjściem za sceną.
     Od hali, w której miał odbyć się koncert, promenada znajdowała się rzut beretem. Brian rozejrzał się nerwowo, lecz nigdzie nie dostrzegł Sainta. Odnalazł murek, na którym grywał chłopiec, ale tu również go nie było. „Może jest jeszcze za wcześnie” – powiedział sobie w myślach. Przysiadł w tym miejscu i cierpliwie czekał, aż Saint pojawi się na promenadzie ze zniszczoną gitarą, z którą potrafił robić tak niesamowite rzeczy, mimo iż był samoukiem. Został tam ponad godzinę, jednak widział, że musi wracać, aby pomagać w przygotowaniach. Na murku przykleił plakat, który dostał od Todda, z nadzieją, ze Saint zobaczy go i przyjdzie na koncert.
 Scena powoli wypełniała się scenografią, ustawiono maszyny, z których miał wydobywać się dym, a chłopaki ćwiczyli z Davidem swoje partie wokalne. Lubli uczyć się od niego różnych technik, chociaż nie byli idealnymi wokalistami, zawsze chętnie dośpiewywali chórki.
-Brian, jesteś. – Poklepał go po plecach Garry – Gdzie ty byłeś? Mam wrażenie, że w ogóle cię dzisiaj nie widziałem.
-Jestem tu cały czas, po prostu ćwiczyłem na zapleczu.
-To dobrze, najważniejsze jest skupienie. Pamiętaj, że oprócz palców musisz rozgrzać jeszcze struny głosowe.
-Już dołączam do chłopaków – odetchnął z ulgą i zajął miejsce obok Davida.
-Znalazłeś Sainta? – spytał go Maks.
-Nie było go na promenadzie. Sprawdzę jeszcze po południu.
W tym momencie za kulisami zjawiła się Suzi, a za nią ciężko wtoczyła się Jenny i Emily. Po ich ciele spływały kropelki potu, miały jedynie naturalny makijaż, a włosy związane wysoko, na czubku głowy.
-Widzę, że Suzi dała wam w kość – zaśmiał się Simon.
-Zakupy to jej żywioł. – Jenny zrzuciła kilka toreb z ramion prosto pod nogi chłopaków.
-Koniec gadania ! – przerwała im Suzy – Garry, zabieram chłopaków na przymiarkę. Zbierajcie się.
Przeszli do wielkiej, lustrzanej sali, która znajdowała się w tym samym budynku. Simon nastawił stojący tam sprzęt grający, na bardzo głośne „Girl I know” i rozpoczęli pokaz. Pierwszy w rockowe ciuchy wskoczył David. Ubrał ciemne, jeansowe spodnie, podarte miejscami, do tego szarą koszulkę z czarną czaszką i masywne buty w tym samym kolorze. Simon wyszedł zza prowizorycznego parawanu z prowokującą miną, mając na sobie czarną koszulę z czerwonymi mankietami i czarne jeansy. Patrick włożył t-shirt z ostrą grafiką i ciemne spodnie, za to Maks luźną koszulkę, którą i tak miał zamiar ściągnąć już po pierwszych dwóch kawałkach, oraz szare spodnie. Suzi oglądała ich dokładnie, poprawiała najmniejsze detale.
-Brian, pokaż się ! – krzyknęła do chłopaka za parawanem.
Piosenka zmieniła się na „Fever” i głos Matta Tucka wypełnił całą sale. Wraz z nią ukazał się Brian. Pewnym krokiem przeszedł od prowizorycznej przebieralni w stronę lustrzanej ściany. Wszystkim dziewczyną opadły szczęki. Brian miał na sobie czarne, bardzo wąskie, poszarpane przy nogawkach i kieszeniach spodnie,  obszyte naszywką w czerwoną kratę na kolanie. W dodatku ciemna, grafitowa koszula, której rękawy podwinął do połowy oraz workery w kontrastującym, bordowym kolorze. Gdy po sali przemknęły dźwięki wersów:

Come here you naughty girl you're such a tease
You look so beautiful down on your knees
Keep on those high heel shoes rip off all your clothes
You smell so fucking good it makes me lose control!

Brian nieświadomy swojego seksapilu odrzucił czarne włosy i obdarzył Jenny najbardziej prowokującym ze wszystkich spojrzeń, przygryzając przy tym dolną wargę.
- You look so beautiful – wyszeptała mu do ucha Jenny i wbiła paznokcie w okolicach łopatek.
-Nie odpuszczę ci tej nocy – powiedział w odezwie.
-Tu niczego nie trzeba poprawiać. – Spojrzała na niego zza hipsterskich okularów Suzi.
W tym momencie do sali wbiegł Garry.
-Koniec tej zabawy synki – powiedział – Na próbę, no już.
-Czy będziemy mieć później jakąś przerwę?
-Wy cały czas macie „przerwę” David. Do pracy !
Ostatnie sprawdzanie instrumentów, próba mikrofonów, sprytnie migające oświetlenie i mała dawka dymu. Zaraz po tym za sceną pojawia się catering, który przygotowuje back stage  do koncertu.
-Wszystko w  porządku , możemy schodzić – rozległ się głos operatora.
Chwilę później w hali pojawili się dziennikarze oraz fotografowie. Ci pierwsi rzucali się w pośpiechu do Garrego i zadawali mu setki pytań: jak pracuje się z chłopakami, czy są kapryśni, czy w ogóle mają talent, czy to prawda, że wspiera ich Avenged Sevenfold i dzielą razem studio, czy mają zamiar nagrać z nimi piosenkę i jak sprzedaje się płyta? Później razem z tymi drugimi otoczyli chłopaków z prośbą o krótki komentarz oraz „jedno zdjęcie”. W ten sposób minęło im bardzo intensywne popołudnie. Zostały im jakieś dwie krótkie godziny do koncertu, więc wszyscy rozeszli się w swoją stronę, aby należycie się do niego przygotować oraz skoncentrować się. Praca dziewczyn się jednak nie zakończyła, gdyż cały czas musiały być w gotowości do ewentualnych zmian. Na scenie, przed nią i za nią wszystko było już gotowe. Jenny nie miała nawet pojęcia, ile ciężkiej pracy trzeba włożyć w przygotowanie takiego wydarzenia. Tymczasem Brian trapiony niepokojem, znów ruszył w kierunku plaży kolorową promenadą. Przecież obiecał Saintowi, że zaprosi go na koncert, nie mógł go teraz zawieść. To dzięki temu dziarskiemu, trochę innemu niż wszyscy, bardzo silnemu emocjonalnie chłopcu znalazł w sobie wolę walki, zrozumiał, co liczy się dla niego najbardziej oraz uwierzył w coś, co wcześniej zwykł nazywać absurdem. Niepewnie wychylił się zza jednego ze straganów. Sainta nie było, ale ulotka z wiadomością o koncercie także zniknęła.
-Szukasz Sainta? – Za jego plecami pojawiła się starsza kobieta.
-Tak, skąd pani wie?
-Dałam mu plakat, który zostawiłeś tutaj rano. Prosił mnie, żebym tu na ciebie czekała. Zaświadczał, że przyjdziesz na pewno.
-Gdzie on teraz jest?
-Saint jest w szpitalu.
-Nie rozumiem... jak to w szpitalu? Coś się stało? Miał wypadek? I kim pani w ogóle jest? – nerwowo podniósł głos.
-Spokojnie. – Położyła dłoń na jego ramieniu – Nie miał wypadku – na te słowa Brian odetchnął z ulgą – Jestem babcią Sainta. Chłopcze, on ma raka. Raka serca. Zaatakował go nagle, wziął się za jego malutkie serduszko, a teraz pojawiły się przerzuty. 
-Kiedy to się zaczęło?
-W czerwcu. Na początku mieliśmy nadzieję, że Saint z tego wyjdzie, że sobie poradzi. Teraz jego stan jest krytyczny, lekarze dają mu parę tygodni. Tak naprawdę... on może umrzeć w każdej chwili.
Jego nerwowy dotąd oddech ucichł. Na tą chwilę nie mógł uwierzyć w to wszystko. Problemy miały się przecież skończyć. Wszystko miało być w porządku. „To niemożliwe” – powiedział sobie w myślach.
-Muszę go zobaczyć.
-Miał nadzieje, że będziesz chciał go odwiedzić. Zażartował, że inaczej mam cię przyprowadzić siłą. Chodźmy, to niedaleko.
Uporczywą ciszę, która towarzyszyła im w drodze , przerwał ciepły głos kobiety:
-Saint ma tak bogatą wyobraźnie, że kiedy o tobie opowiadał, miałam wrażenie, że istniejesz jedynie w jego głowie. Nie jesteś jednak wytworem wyobraźni małego chłopca. Kazał mi się za ciebie modlić. Za ciebie i za twoich przyjaciół. Byłam wtedy jeszcze chora. Spytałam :”Czy ten twój Brian naprawdę istnieje? Nie wolno zawracać gitary Panu Bogu, jeżeli coś dzieje się tylko w naszej głowie”. Nie masz pojęcia co czułam, kiedy spojrzał na mnie wielkimi, mądrymi oczami i powiedział „Pan Bóg na pewno będzie chciał pomóc Brianowi”. Wtedy uwierzyłam, że istniejesz.
-Czy rak jest u niego genetyczny?
-Prawdopodobnie tak. Kiedy na początku czerwca wróciło mi zdrowie, on zachorował jakieś dwa tygodnie później. Jest coś jeszcze...
-Co takiego?
-Saint jest chory na autyzm. Właśnie dlatego wciąż powtarzam, że wiele rzeczy dzieje się jedynie w jego głowie. Stąd też te niesamowite zdolności gitarowe. Autystyczne dzieci mogą być geniuszami w jednej, konkretnej dziedzinie. Ma tylko swoją gitarę, dlatego zawsze powtarza, że to jego sens życia.
-Zastanawia mnie jedno... słyszałem, że ludzie chorzy na autyzm są zamknięci na świat zewnętrzny. Saint wydał mi się normalnym chłopcem, obserwatorem, dużo ze mną rozmawiał, grał na promenadzie przed setkami spojrzeń ludzkich.
-To wyjątkowe. Saint rozmawia tylko ze mną. Musisz być dla niego bardzo ważny, że aż tak ci zaufał. Jesteśmy na miejscu. – Wskazała na śnieżnobiały budynek – Brian, musisz wiedzieć, że tutaj śmierć pląta się od sali do sali. Przygotuj się, że przebywanie tutaj wcale nie jest łatwe.
Miała racje. Dziecięcy Oddział Leczenia Chorób Nowotworowych był dość przerażający. Chociaż ostatnio Brian sam wyszedł zwycięsko z zetknięcia się ze śmiercią, tutaj działo się coś zupełnie innego. Te małe, blade i kruche ciałka, które w żaden sposób nie zasłużyły na krzywdę oraz wielkie oczy, które powoli gasły.
-To tutaj. – Babcia wskazała mu sale.
Saint leżał odwrócony tyłem do drzwi. Na jego głowie nie było ani jednego, złotego włoska.
-To skutki chemioterapii – szepnęła mu do ucha siwa staruszka – Saint, masz gościa.
Brian z niemałą obawą podszedł do łóżka Sainta. Chłopiec odwrócił się ciężko, lecz na widok przyjaciela jakby pojaśniał.
-Cześć Saint, jak się czujesz?
-Dobrze, bo tu jesteś. Masz koncert?
-Tak, pierwszy z nowej trasy. Powiedz mi Saint, skąd wiedziałeś, że przyjdę?
-Czułem, że mnie nie zostawisz.
-Ale ja nie wiedziałem, że jesteś chory.
-To nie ważne. Wróciłeś do mnie na murek raz jeszcze, bo się martwiłeś. Wiedziałem, że wyda ci się dziwne, że mnie tam nie ma.
-Saint, wiesz ile się u mnie zmieniło? Wróciłem na scenę i odzyskałem zespół, Jenn do mnie wróciła. Miałem wypadek i przez dwa tygodnie byłem w śpiączce. Teraz jestem tutaj, wyszedłem z tego, bo we mnie wierzyłeś. Ty też sobie poradzisz – zapewniał go.
-Tak bardzo chciałem być na twoim koncercie – westchnął chłopiec.
-I wciąż możesz być. Mamy godzinę – powiedział zerkając na zegarek.
-Ale ja nie mogę stąd wychodzić. Brian, przepraszam, że cię zawiodłem.
W tej chwili obok babci Briana pojawił się lekarz.
-Myślę, że wyjście to dobry pomysł – uśmiechnął się do chłopca.
-Mogę iść na koncert? – rozpromienił się chłopiec.
-Sądzę, że tak, ale z babcią i lekarzem Paulem. Oczywiście za sceną, nie w szalejącym tłumie. I uważaj na siebie.
-Ja muszę już biec – odezwał się Brian – Niech pani przygotuje Sainta i przyjedźcie do hali na Sunny Road. Tu są bilety.- Podał jej trzy wejściówki za kulisy – Trzymaj się Saint.
Kiedy Brian wyszedł, a Saint zajął się obwiązywaniem głowy bandamą  , jego babcia zwróciła się do lekarza:
-Panie doktorze, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
-Spokojnie. Być może spełnienie tego marzenia jest ostatnią rzeczą, którą możemy dla niego zrobić.