czwartek, 27 września 2012

20. Love the petals sprinkled down...



 Wszystkim, którzy jeszcze czytają, a jeszcze mocniej tym, którzy poświęcają chwilę i skomentują. W tym odcinku znów mamy gościa, który pojawia się i znika.
Nie wiem kiedy kolejny, może po weekendzie. Miłej lektury ;)

*Miłość posypała się płatkami w dół...*

  Obudził go silny ból. Chwycił się za głowę, chcąc powstrzymać pisk w swoich uszach. Rozejrzał się wokół i ku swojemu zdziwieniu leżał na kanapie w studiu. Nie pamiętał nic z wczorajszej nocy. Nie wiedział jak się tutaj znalazł i jak zakończył się miniony wieczór. Jego ostatnia wizja to śmiejące się usta Michelle i ona sama, próbująca go obściskiwać. Dalej pustka.
Ciężko wstał z kanapy i wyszedł przed studio. Jego samochodu nie było, więc zabrał gitarę i pobiegł do klubu, gdzie spędził ostatnią noc. Tam jego autem zainteresowała się grupka nastolatków, którzy prawdopodobnie chcieli go ukraść.
-Spieprzajcie ! – wrzasnął i pobiegł w ich kierunku.
Najniższy z nich zdążył rzucić kamieniem i wybić przednią szybę.
-Cholera! Jeszcze tego brakowało – westchnął i oparł się o maskę samochodu.
Nie czuł się najlepiej, ale zdecydował się wsiąść za kierownice.

-Gdzie byłeś ?- spytał ojciec.
-Tylko nie próbuj prawić mi kazań. Jestem już dorosły.
-Dorosły nie znaczy dojrzały. Nie możesz robić wszystkiego, co ci się podoba. – Spojrzał na zaparkowane przed domem auto – Czas ponieść konsekwencję swoich szczeniackich zachowań.
Brian nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Rzucił gitarę na łóżko, a sam poszedł wziąć prysznic.
     Tymczasem w drzwiach domu Jenny stanęła Michelle.
-Dzień dobry Jenn. Mogę wejść?
-O co chodzi? – spytała zdezorientowana dziewczyna.
-Wolałabym nie rozmawiać o tym przez drzwi.
-Zapraszam...
Jenny wprowadziła ją na piętro. Odgarnęła ręką ubrania z krzesła i wskazała jej miejsce. Sama stanęła naprzeciwko niej i obdarzyła pytającym wzrokiem.
-Słucham, mów.
-Wiesz Jenn, maluszku, nie wiem jak ci to powiedzieć, żeby cię nie zranić. Twój Brian... trochę nas poniosło, wypiliśmy o kilka drinków za dużo, a potem... Sama rozumiesz, mnie też ciężko o tym mówić. Na początku nawet się cieszyłam, ale potem pomyślałam o tobie. Niestety nie było już odwrotu...
-Co chcesz mi powiedzieć? – Jenny zbladła i oparła się o biurko.
-Po prostu przespaliśmy się wczoraj. Brian wykorzystał mnie i to, że byłam pijana. Przepraszam cię Jenny, tak mi przykro.
Jenn zamarła. W jej głowie kołatało się miliony myśli. Nie potrafiła uzewnętrznić krzyku swojej duszy. Nienawidziła Michelle. Nienawidziła Briana. „Jak mógł mi to zrobić” – pomyślała. Już po pierwszej, większej kłótni pobiegł do innej dziewczyny. Jak miała mu ufać?
W tym momencie w drzwiach pokoju Jenny stanął Brian.
-Nic tu po mnie – powiedziała Michelle – Resztę niech opowie ci twój ukochany. Przy okazji, nawet nie spodziewałam się, że jest taki dobry w łóżku. Gratulacje mała Jenny i współczuję, że go straciłaś.
Jenn nie miała nawet siły rzucić się na nią z pazurami, chociaż tak bardzo chciała. Patrzyła bezradnie na Briana z zaszklonymi oczami i nie potrafiła powiedzieć nawet słowa.
-Co ty tu robisz? – zwrócił się do Michelle.
-Opowiedz swojej małej Jenny o wczorajszej nocy. Nie martwcie się, już wychodzę. Męcz się z tym sam. Ciao!
-Jenny, mam nadzieję, że jej nie uwierzyłaś? – Chciał podejść i ją objąć, ale odsunęła się w kierunku okna.
-Nie dotykaj mnie... – Leciutko zadrżał jej bezbronny głosik.
-Jenn...
-Nie mów tak do mnie ! Dlaczego to zrobiłeś Brian?
-To nie tak. Nic się wczoraj nie wydarzyło, proszę, uwierz mi.
-Dlaczego miałabym to zrobić?
-To prawda, trochę wypiłem. Faktem jest nawet, że urwał mi się film i obudziłem się w studiu, jednak jestem pewien, że do niczego nie doszło Jenny, musisz mi uwierzyć.
-Nie pogarszaj swojej sytuacji. Byłeś pijany, zły na mnie, zrobiłeś to, a teraz kłamiesz. I jak ci było? Jaka Michelle jest w łóżku?! Przecież wiedziała, że podoba się wam wszystkim. Dodatkowo widziałam, jak na ciebie patrzy. Była gorąca i ostra? No powiedz! – Popchnęła go z całej siły, a z jej ciemnych jak węgle oczu popłynęły przezroczyste łzy.
-Co ty wygadujesz? Pozwól mi wyjaśnić.
-Wyjdź...- szepnęła.
-Jenn, ja...
-Wyjdź!!! – jej głos rozbrzmiał nie tylko w domu, ale również na słonecznej ulicy Huntington Beach.
Ugięły się pod nim kolana. Chciał w tym momencie zwyczajnie ją przytulić, albo złapać chociaż jedną z jej wielkich jak grochy łez.
-Co się tutaj dzieje? – Do pokoju przez otwarte drzwi wpadł John.
Zbladł widząc zapłakaną Jenny i ledwo trzymającego się na nogach Briana. Nikt mu nie odpowiedział. Chłopak odwrócił się i zbiegł po schodach. Trącił Sarę, której zupełnie nie zauważył.
-Co się stało kocie? – John objął córkę, a ona ciężko oddychała, czerpiąc powietrze z szeroko otwartego okna.
-Nic tato. Po prostu to już koniec. Zostaw mnie samą.
Wyszedł. Bezradnie stała w oknie ze znikomą nadzieją, że to wszystko co się zdarzyło to tylko koszmarny sen, że za chwilę obudzi się obok Briana i wszystko będzie dobrze. On przemierzał opustoszałą ulicę Huntington Beach. Nie mógł się bronić, nie wiedział jak skończył się wczorajszy wieczór. Jedyne co miał, to przekonanie, że nie mógł tego zrobić, nie potrafiłby skrzywdzić Jenny. To jednak nie wystarczyło, aby ją przekonać. To koniec. Emocje wrą. Przedstawienie skończone. Szczęśliwa egzystencja „rodziny” właśnie legła w gruzach. „Co dalej”- pomyślał Briana, ocierając pot z czoła i wyszeptała Jenny, łapiąc ostatnią łzę. 

     Ostatni tydzień maja ciągnął się w nieskończoność. Jenny i Brian raczej się mijali. Dziewczyna nie odwiedzała Emily w domu, żeby się z nim nie spotkać. W szkole były zbyt zajęte organizacją balu. Sala wyglądała już pięknie, teraz wystarczyło czekać jednie na ten cudowny klimat, aby końcowy efekt był doskonały. Sytuacja Courtney i Simona raczej się ustabilizowała. Grupa przyzwyczaiła się do ich rozstania, zresztą, dla nich samych było to już rutyną. Znowu. Tym razem dużo mniej przyjemną i całkowicie pustą. Spędzali czas osobno, ich przyjaźń została wystawiona na próbę, więc był to naprawdę ciężki i burzliwy okres.
Ten dzień również miał być zwyczajny, nie różniący się od ostatnich. I był taki, do czasu, kiedy do studia wpadł wściekły Garry. Wyłączył cały sprzęt i wyciągnął Briana z pomieszczenia, w którym właśnie dogrywał solówkę. Za nim nieśmiało wkroczyła Michelle. Miała na sobie szeroką bluzę, drogie conversy i związane włosy.
-Słuchaj synku! – Pociągnął Briana za koszulkę – Widzę cię tutaj ostatni raz i nie mów mi, że nie rozumiesz o co chodzi.
David rzucił się, żeby pomóc przyjacielowi. Odciągnął Garrego chwytając z tyłu jego ręce. Ten wrzeszczał dalej:
-Upiłeś i wykorzystałeś moją Michelle dupku, więc możesz już stąd wyjść! Dla ciebie kariera w tym miejscu się kończy! – Spojrzał w kierunku oniemiałych chłopaków z In The Darkness – Możecie wyjść za nim, tylko potem nie wracajcie. A ty na co czekasz?!
Brian zabrał swoją gitarę i bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Z lekceważeniem szturchnął Michelle. Maks podniósł się z sofy i chciał wyjść razem z nim.
-Nie stary. Zostań. Nie pozwolę, żebyś zmarnował sobie przyszłość – powiedział Brian i kiwną chłopakom , że chodzi również o nich.
     Zajechał na plaże. Zostawił samochód gdzieś przy drodze, a sam pobiegł i rzucił się na piasek. Wrzasnął. Mocno uderzył pięściami z wątłe podłoże. Jak miał poradzić sobie, kiedy walił się jego cały świat? Wszystko co miał właśnie w tym momencie wypadało mu w rąk. Był bezradny i nie miał nawet odwagi płakać, a co dopiero walczyć o swoje. Nie potrafił stoczyć wojny o Jenny, o swoich przyjaciół i o prawdę.  Nie znał prawy. Co jeżeli Michelle nie kłamała? Nie chciał nawet o tym myśleć. Wszystko kojarzyło mu się z Jenny. Nawet ta głupia plaża, każda piosenka, tosty z serem, gwieździste niebo. Stanął nad brzegiem morza, ściągnął koszulkę i rzucił się na fale. Objęła go tafla wody, która w jakiś sposób ukoiła jego dusze. Nie odpowiedziała jednak na wszystkie pytania, które krążyły w jego głowie.  Nie zmieniło się nic, problemy nie zniknęły. Jednak krucha nadzieja pozostała.

     Jenny niemrawo snuła się po kuchni. Zaparzyła sobie ciepłą herbatę i przysiadła na kuchennym blacie. Ciepło, które dobywało się z ogromnego, czerwonego kubka, ogrzewało jej dłonie. „Kiedyś robił to Brian”. Nie umiała opędzić się od tej myśli. Teraz nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Wszyscy stanęli po jej stronie, chociaż praktycznie nikt nie rozmawiał z Brianem o tej sytuacji. Nawet Emily mijała się ze swoim bratem bez słowa. Dla wszystkich było to trudne, jeszcze nienaturalne.
Jenny zrezygnowała z pracy, aby mieć więcej czasu dla siebie. Sarah wciąż powtarzała, że teraz Jenn powinna zająć się sobą. Póki co, dziewczyny były zajęte organizacją balu. Była trochę rozżalona, że poświęciła temu tyle czasu, a teraz nie będzie mogła nawet tam być. Tak długo wyobrażała sobie tą chwilę, z niecierpliwością czekała na ten wieczór.
Delikatnie pogładziła dłonią czarną sukienkę wiszącą w jej szafie. Niezauważalnie w pokoju zjawił się Syn Gates.
 -Będziesz w niej pięknie wyglądać – powiedział.
-Nie będę miała okazji jej włożyć.
-Przykro mi Jenn. Wiem już o wszystkim. Przepraszam, że pojawiłem się tak późno, ale nagrywamy płytę, sama wiesz. Jak się czujesz?
-A jak myślisz? Jak może czuć się zdradzona osoba? – Spuściła głowę.
-Nie wiem Jenn. W ogóle nie wiem jak to wszystko możliwe. – Gates zbliżył się do niej i wyciągnął z szafy sukienkę przygotowaną na bal – Przydałaby się jej próba generalna.
-Nie mam ochoty wychodzić. – Odwróciła się do niego plecami.
-Nie możesz zamykać się w domu Jenn. W weekend jedziemy z chłopakami z Avenged na bankiet, z okazji sfinalizowania sprawy najbliższego koncertu, a ja akurat nie mam partnerki. – Chwycił Jenny za ramiona i przyciągnął do siebie – Odpoczniesz, zajmiesz się czymś innym. Mam nadzieje, że umiesz tańczyć? – Uśmiechnął się uroczo.
-Umiem, nawet całkiem nieźle. Powiedz mi tylko, dokąd jedziemy?
-Do stolicy miłości Jenn. Jedziemy do Paryża!

poniedziałek, 24 września 2012

19. All got damn !

Ten moment, kiedy wszystko się pieprzy, jest nieunikniony. W dotąd słodkim życiu dotyka nas ze zdwojoną dawką bólu i cierpienia. Nie rozbijmy się na skałach swoich przekonań. Niech prowadzi nas miłość. 

*

 

Wszedł do swojego pokoju i uderzył w struny gitary. W tym momencie potrzebował silniejszych bodźców, więc nie zastanawiając się nawet przez chwilę, zbiegł na dół i odpalił samochód. Przemierzał ulice Huntington Beach, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. W normalnej sytuacji pewnie pojechałby do Jenny, jednak teraz to ona sama była problemem, a raczej problem jej dotyczył. Zajechał pod studio nagrań . To dziwne, powinien go nienawidzić. Było przyczyną wielu problemów, jednak czuł się tam bezpieczny. Popatrzył na zdjęcie zajmujące całą ścianę. Była to fotografia z urodzin Jenny, ta, którą wręczyła chłopakom z Avenged na święta. Od tego czasu tak wiele się zmieniło. Na zdjęciu wszyscy są promienni i uśmiechnięci. Simon trzyma Courtney na rękach, Patrick obejmuje Lilly, a David Luise. Sarah nieśmiało zerka na Johna. Chłopaki z Avenged wyglądają tak przyziemnie, jakby wcale nie byli sławni. Johnny całuje Jimmiego, Shadows i Zacky trzymają go za ramiona, Gates podnosi wysoko nową gitarę Jenny, przewiązaną czerwoną wstążką, a Arin stuka pałkami po plecach Maksa, który mocno przytula Emily. Jenn uśmiecha się najpiękniej ze wszystkich na tej fotografii. Brian jedną ręką obejmuje ją w pasie, a drugą odgarnia jej włosy. Patrzy na nią przy tym, jakby miało to zatrzymać go przy życiu...
Teraz jest na nią zły. Trochę żałuje słów, które wypowiedział. Wcale nie uważał Jenny za egoistkę, wręcz przeciwnie. Wiedział, że chciała dla niego dobrze, że chciała go ochronić, ale nie był już dzieckiem. Chcieli szaleć i do końca wykorzystać szansę, którą dostali. Rozstał się z Jenny. Jeszcze do końca nie mógł w to uwierzyć. Wszedł do studia, w którym nagrywano solowe partie. Przysiadł na metalowym krześle, stającym po środku i zagrał parę dźwięków. Pogłaskał gryf swojej gitary i nieśmiało zanucił: 

„Seize the day or die regretting the time you lost
It's empty and cold without you here, too many people to ache over ...”

Agresywnie uderzył w struny i już do końca dograł tą piosenkę. Jego zdaniem – często powtarzał to Jenny – był to kawałek najważniejszy w jego życiu, najpiękniejszy, dzięki któremu pokochał muzykę, dzięki któremu odnalazł samego siebie... Odetchnął głęboko i powstrzymał głupią łzę. Nieoczekiwanie w studiu zjawiła się Michelle.
-Wiedziałam, że cię tu znajdę.
-Po co mnie szukałaś? – Odstawił gitarę.
-Mnie i tacie zrobiło się głupio, że wygadaliśmy wasz mały sekret. Atmosfera zrobiła się nerwowa, potem wyszliście. Jak trzyma się mała Jenny?
-Nie twoja sprawa.
-Nie denerwuj się, przychodzę z misją pokojową. Nie jest jeszcze tak późno, więc może dasz się zaprosić na drinka? – powiedziała, po czym wzięła jego gitarę i zagrała jakąś wymyśloną solówkę.
-Całkiem nieźle. Nie wiedziałem, że dobrze grasz na gitarze.
-Tata mnie nauczył, kiedy miałam sześć lat. To jak z tym drinkiem?
Popatrzył na nią. Była zupełnie inna niż Jenny i nie chodziło tylko o wygląd. Niby tak samo jak Jenn, wydawała się być pyskata, jednak było w niej coś jeszcze. Pod miłym wyrazem twarzy kryła się wredota i chamstwo. Jenny tego nie miała. Była jej zupełnym przeciwieństwem. Czego mógł potrzebować po rozstaniu bardziej, niż odrobiny zapomnienia o problemach? „To tylko jeden drink” – próbował przekonać samego siebie.
-Zaparkowałem przed studiem. 

     Klub, który mu wskazała, znajdował się w tej samej części miasta. Panował w nim hałas i ogólny tłok. Ludzie obijali się o siebie, ocierali się w tańcu lub po prostu szaleli bez opamiętania. Wiele osób machało do Michelle, zagadywało ją, z czego Brian wywnioskował, że jest tu częstą bywalczynią. Chwyciła go za rękę i zaprowadziła do pierwszego z brzegu stolika.
-Jeszcze nigdy nie byłem w takim miejscu – powiedział i rozejrzał się nerwowo.
-Bo to nie twoje klimaty – uśmiechnęła się uroczo i machnęła do kogoś za barem.
-Jak widać, ty świetnie się tu odnajdujesz. A wyglądałaś na rockową dziewczynę.
Miał rację, że miejsce, w którym się znaleźli, było urządzone w zupełnie innym stylu. Całą sale oświetlały zielone reflektory, za konsolą siedział chłopak w białym kapeluszu i przeciwsłonecznych okularach, zapodający elektroniczną muzykę. Brian zerknął na parkiet, gdzie ludzie wili się do muzyki klubowej, a pary całowały się namiętnie. Facet ubrany w obcisłą koszule przyniósł dwa drinki do ich stolika.
-Jak zareagowała Jenny? Bardzo się wściekła?
-Prawdę mówiąc, to przez tą całą sytuacje rozstaliśmy się.
-Przykro mi. Teraz przynajmniej nikt nie będzie cię ograniczał.
Skrzywił się na te słowa. Nie myślał o Jenny w ten sposób.
-To nie tak...
-A jak? – spytała, ale w odpowiedzi usłyszała tylko ciszę – To, że ubierasz to w inne słowa, nic nie zmieni.
Nie miał argumentów, żeby się temu sprzeciwić.
Wypili jeszcze parę drinków, po czym Michelle pociągnęła go za sobą na parkiet.
-Nie potrafię tańczyć! – krzyknął za jej plecami.
-Nie szkodzi – uśmiechnęła się prowokująco i chwyciła go za ramiona – Ładny tatuaż.
Muzyka ich ogarniała, a Brian okazał się lepszym tancerzem, niż to sobie wyobrażał. W pewnym momencie objęła go rękoma za szyje i zbliżyła się do jego ust. Odwrócił się energicznie.
-Wyjdę na chwilę – powiedział.
Uśmiechnęła się wrednie do samej siebie i pokiwała głową. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Mimo, że ogromna dawka alkoholu już krążyła w jego krwi, był nieugięty.
-Czas na coś silniejszego –powiedziała do siebie i ruszyła w kierunku baru.
-Czego potrzebujesz? – zapytał barman.
-Tego co zawsze – uśmiechnęła się znacząco.
Chłopak kilka chwil później przyniósł jej małe zawiniątko. Wróciła do stolika, rozejrzała się dookoła i zrobiła swoje. Wiedziała, że ma złą naturę. Osiągała swój cel kosztem innych. Nie sądziła, że to nieodpowiednie, ponieważ była przekonana, że należy jej się wszystko co najlepsze.
Tymczasem Brian kończył papierosa przed klubem. Zaciągnął się z całych sił, uwalniając powietrze ze swoich płuc. Sam jeszcze nie rozumiał tego, co mu się przytrafiło. Miał przekonanie, że to była tylko jedna, koszmarna noc. Wyobraził sobie promienny uśmiech jego Jenn. Postanowił dać jej czas na oswojenie się z tym wszystkim. Sam również tego potrzebował. Zdecydował pożegnać się z Michelle, a jutro – gdy emocje już opadną – pojechać do domu Jenny.
Przebił się przez tłum ludzi na parkiecie i wrócił do stolika, gdzie czekała na niego Michelle.
-Dziękuję, za dzisiejszy wieczór – powiedział - Może nie jesteś taka zła jak myślałem. Teraz już pójdę, muszę poukładać swoje sprawy.
-Poczekaj. Dokończ chociaż drinka. – Wskazała mu miejsce – to tylko chwila, a mnie będzie miło, że nie uciekasz.
„To nic nie zmieni” – pomyślał i usiadł do stolika. Podniósł wysoki kieliszek z drinkiem i fikuśną palemką.
-Za zmiany ! – powiedziała Michelle, postukując swoim kieliszkiem.
Skrzywił się dziwnie i wstał od stolika. Chciał wyjść, lecz zakręciło mu się w głowie i opadł na krzesełko. Oczy zaszły mu mgłą, a źrenice wyraźnie się rozszerzyły. Spojrzał na Michelle, a ona uśmiechnęła się dwuznacznie. Słyszał jej śmiech, widział potrójnie, nie umiał opanować trzęsących się dłoni. Otoczenie się zmieniło, poczuł rękę Michelle na swoim udzie, pośladkach, twarzy. Potem ciemność. Cisza. Pustka...



piątek, 21 września 2012

18. Tension...And a little a7x :)



 No hej :D Piątek oznacza - dodajemy odcinek. Dziś trochę inaczej niż zazwyczaj, dziewczyny błagam - nie zabijajcie :) Joanno, wklejam dużo na raz, Ty wiesz dlaczego. Dobra, dostałam natchnienia, więc wstawiam i dalej biorę się za pisanie.

Tak jak ustalili wcześniej, chłopaki z In The Darkness pojechali do studia Avenged Sevenfold. Dominowały w nim ciepłe kolory, a w jego wnętrzu znajdowało się mnóstwo sprzętu. Przywitał ich Zacky, bo Shadows akurat nagrywał z Gatesem solową partię i chórki w zupełnie nieznanych, nowych piosenkach.
-Mieliście do nas jakąś sprawę? – zapytał Brian.
-Tak, siadajcie. Chłopaki chodźcie tu ! Johnny , chociaż przez chwilę przestań jeść! – zwrócił się do pochłaniającego ogromną kanapkę Christa – Shadows, wytłumacz chłopakom o co chodzi.
-Więc jak pewnie nie zauważyliście, to studio nazywa się „Soundtrack Recording”. Jeżeli wasz menager już się z wami skontaktował, to wiecie, że od tego tygodnia będzie tutaj nagrywać swoją płytę.
-Ale jak to? To jest właśnie to studio?
-Napomnieliśmy swojemu wydawcy słowo... – odpowiedział Gates.
-Albo dwa – wtrącił Arin.
-Pokazaliśmy mu wasze demo i zgodził się wziąć was pod skrzydła swojej wytwórni. Będziecie dzielić z nami studio, więc możecie czuć się jak u siebie.
-Tylko proszę, nie zawiedźcie nas – dodał Zacky.
-Dzięki chłopaki, można na was liczyć! – Patrick uścisnął ich wszystkich przyjacielsko.
-Nawet nie podejrzewaliśmy, że to wasza sprawka.
-Macie kogoś od sprzętu, czy pomóc wam załatwić? – spytał Shadows.
-Garry „wyposażył” nas w Michelle, ale nie wiemy jeszcze, czy dziewczyna zna się na rzeczy – odpowiedział Maks.
-Michelle? Jego złośliwa córcia? Lepiej na nią uważajcie – powiedział Johnny.
-Co masz na myśli? – zapytał Simon.
-Sami się przekonanie do czego jest zdolna. Pod tą śliczną buźką kryje się niemała wredota.
-Nasz Christ miał z nią już do czynienia. Opowiedz im Johnny! – Gates poklepał go po ramieniu.
-Nie chcę do tego wracać, to traumatyczna historia. Po prostu uważajcie na jej zagrywki.
     Tymczasem Jenny i Luise zawieszały zasłony na sali, gdzie miał odbyć się bal. Chwilę później przyjechali pracownicy firmy wynajmującej sceny. Konstrukcja stanęła w mig. Przybiegła Lilly razem z Courtney i Emily.
-Przyprowadziłyśmy ze sobą grupę ludzi.
-A dokładniej osoby z koła plastycznego. Pomogą nam dekorować salę – powiedziała Lilly.
-Świetnie. W takim razie cała scena ma być obita czarnymi ćwiekami. Z góry zwisać mają zasłony i czerwony tiul, tak samo jak na ścianach – powiedziała Luise, a cała ekipa zabrała się do pracy.
-Technicy ze szkolnego kółka mają być tutaj za godzinę.
-A ekipa od oświetlenia? – spytała Luise.
-Za jakieś dziesięć minut – poinformowała Lilly, skrupulatnie notująca wszystko w małym zeszyciku.
-Zabieramy się do pracy !
Dziewczyny nastawiły muzykę dosyć głośno. Ze wzmacniaczy, które już rozstawiono na sali, popłynęło mocne „Bat Country”. Plastycy z ogromną inwencją twórczą wykonali oprawę sceny, a dziewczyny kończyły rozwieszać zasłony. Ekipa oświetleniowa przywiozła reflektory, technicy je sprawdzili, a potem cały sprzęt ustawiono w salce obok hali gimnastycznej, wcale nie takiej małej i zamykanej na kluczyk.
-Koniec na dzisiaj – ciężko odetchnęła Luise – W przyszłym tygodniu dokończymy pracę ze sceną i rozstawimy reflektory już na stałe.
-A za dwa tygodnie powiesimy balony i ustawimy stoły - dodała Courtney.
-Przed samym balem technicy zajmą się sprzętem, chłopaki zrobią sobie próbę, a potem pozostanie nam tylko dobrze się bawić. – Jenny wzięła Emily do prowizorycznego tańca.
-A jak będzie z tobą Courtney? – Lilly pogłaskała ją po plecach.
-Nie mam pojęcia. Mam swoje własne zaproszenie, więc chyba nie będzie większego problemu.
-Do rozstrzygnięcia tej sprawy został jeszcze miesiąc. Wszystko może się zmienić – starała się pocieszyć  ją Jenn.
-Wątpię. Zabierzmy się lepiej do ustalania listy z przekąskami.
-Już dzwoniłam do firmy cateringowej. Wszystko będzie czekać na gości. Obiecali, że wszystkim się zajmą, więc nie musimy się martwić. – Luise wyciągnęła mały notesik – Prawdopodobnie zostanie nam jeszcze trochę pieniędzy.
-W co je zainwestujemy? – spytała Jenny.
-Myślałam o paru klimatycznych świecach przy wejściu do sali. – Dziewczyna wskazała im miejsce.
-Będą wyglądać nieziemsko.
     W drodze do domu Jenny znów wyobrażała sobie bal. „Na pewno będzie cudownie „ – pomyślała. Miała dziś dzień wolny, więc zabarykadowała się w swoim pokoju z butelką zmrożonego soku. Szeroko otworzyła okno, aby wpuścić do pomieszczenia trochę powietrza i chwyciła gitarę. Bardzo lubiła tę formę odpoczynku. Mogła zająć się sobą i nie myśleć o tych koszmarnych problemach zewnętrznego świata. Aby muzyka odzwierciedliła to, co akurat siedziało w jej myślach. Zagrała całe „Nightmare”. Przejmowała się problemami innych, być może bardziej niż swoimi. W końcu byli to jej pierwsi przyjaciele. Była pewna, że gdyby to ona miała jakieś komplikacje, zachowaliby się tak samo. Mocno uderzyła w strunę, a ta się zerwała.
-Cholera! – powiedziała sama do siebie.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi jej pokoju.
-Tato, mówiłam ci, żebyś nie przeszkadzał !
-To ja Jenn – usłyszała głos Briana.
-A co ty tu robisz ? – spytała otwierając mu drzwi – Nie powinieneś być na próbie?
-Ta Michelle tak podnosi mi ciśnienie, że postanowiłem wyjść wcześniej. – Przysiadł na łóżku i zerknął na gitarę – Co ty z nią robisz, że cały czas pękają struny? Wymienimy je jutro i zrobimy to porządnie.
-Co się stało Brian? – Pogłaskała go po dłoni widząc jego zdenerwowanie.
-Ta cała córcia Garrego bez mojej wiedzy wymieniła mi struny w gitarze na jakieś ekstremalnie grube i kłóciła się jeszcze, że wie co jest dla mnie najlepsze. Dobrze, że miałem w zapasie swoje własne. Jenn, ona mi tak uprzykrza życie, że niedługo zwariuję!
-Nie denerwuj się tak, pewnie chciała dobrze.
-To nie zmienia faktu, że nikt nie może dotykać mojej gitary bez mojej wiedzy! W dodatku Garry zaprosił nas wszystkich na kolację do swojego domu.
-Dlaczego tak reagujesz? Przecież to świetny pomysł. My będziemy miały okazję poznać te całą Michelle i ocenić, czy aby na pewno nie przesadzasz. Z tego co wiem, tylko ty jesteś do niej taki uprzedzony.
-Kto ci tak powiedział? Emily? Prawda jest taka, że chłopaki ślinią się na sam jej widok, a mnie to irytuje. – Podszedł do okna i odwrócił się do niej plecami.
-No już Brian, przepraszam. – Objęła go z tyłu i przytuliła się do jego pleców – Pojedziemy tam i przekonamy się o co w tym wszystkim chodzi.
-To nie jest dobry pomysł Jenn, ale jeżeli chcesz, to pojedziemy. – Objął ją i ujął twarz rękoma – Obiecaj mi tylko, że nie będziesz przejmować się jej głupimi zagrywkami.
-Przecież wiesz, że silna ze mnie dziewczyna.
-Wiem. Mój „mały metal”. – Ucałował ją lekko – Nie będę ci przeszkadzał w wolny dzień?
-Pewnie, że nie. Siadaj. W co ubierzesz się na bal? – zapytała.
-Jeszcze nie wiem, nie przyrównuję do tego większej uwagi. Dziewczyny podchodzą do tego inaczej. Sukienki, dodatki... – Objął ją w pół i zaczął całować po szyi.
-Bo to ważne. – Przyjechała ręką po jego włosach.
-Najpiękniejsza dla mnie i tak jesteś bez niczego na sobie – zaśmiał się flirciarsko.
-Chyba nie chciałbyś, żebym na bal przyszła bez ubrania?
-O nie, to jest zarezerwowane tylko dla mnie. – Ściągnął jej koszulkę i rozpiął guziki spodni.
-Odpowiada mi taka forma odpoczynku. – Przymknęła okno i wróciła do Briana.

 Aż do soboty dziewczyny zajmowały się tylko i wyłącznie sprawami związanymi z balem. Sala wyglądała pięknie, jednak nic nie było dopięte na ostatni guzik. Za to chłopaki całe dnie spędzali w studiu. Praca w takich warunkach bardzo im się spodobała. Było zupełnie inaczej, niż w garażu. David cały czas powtarzał, że jest już przekonany co do przyszłości, a reszta mu wtórowała. Nawet Michelle przestała im przeszkadzać, a nawet jeśli, to nie reagowali, ponieważ Garry gościł na każdym nagraniu. Okazało się, że to naprawdę nie zabawa, a bardzo ciężka praca. Kilka razy minęli się w studiu z chłopakami z Avenged, jednak byli tak zmęczeni, że oprócz przelotnego klepania się po plecach, nie mieli z nimi żadnego kontaktu.
-Mam nadzieję, że wytrzymacie presję – zwrócił się do nich Shadows.
-Jak wy to robicie, że wcale nie jesteście zmęczeni?
-Dowiecie się za jakieś dziesięć lat. – Syn uśmiechnął się wspominając dawne czasy – Wszystko będzie dobrze, tylko się nie poddawajcie!
     Tymczasem Jenny i Emily szykowały się na wieczorną kolację. Obie założyły czarne sukienki, z tym, że Jenn wybrała odciętą i plisowaną, a Em dopasowaną, bez ramiączek. Jak zawsze zrobiły ciemny makijaż i użyły kontraktującej, czerwonej szminki. Od niedawna polubiły chodzenia na wysokich obcasach, więc cieszyły się z idealnej okazji do ich założenia. Zeszły na dół, a że została im chwila do przyjazdu chłopaków, zdążyły jeszcze wypić kawę z Megan.
-Wyglądacie cudownie – powiedziała – W dodatku jesteście do siebie takie podobne.
-Mamo, słyszymy to chyba każdego dnia. Opowiedz lepiej jak tam zespół?
-Napisaliśmy parę nowych piosenek i nie zamierzamy zwalniać tępa. Koncertujemy cały czas, a urlop będzie dopiero w wakacje. Prawdę mówiąc Jenn, twój tata ma najwięcej pary z nas wszystkich. Jak już sobie coś postanowi, to daje z siebie wszystko – uśmiechnęła się.
-Tak samo jak ty Jenn – dodała Emily – Chłopaki chyba podjechali. Pa mamo.
-Bawcie się dobrze.
W samochodzie Briana był jeszcze Maks i Courtney. Reszta miała dojechać z Patrickiem.
-Nie wiem czy to dobry pomysł, że tam jadę – odezwała się Courtney – Przecież nic nas już nie łączy.
-Co ty mówisz Court?! – zaprotestował Brian – Jesteś naszą przyjaciółką i częścią rodziny. To nasz wspólny sukces!
-Nie mogłoby cię tam zabraknąć – dodał Maks.
Domu Garrego strzegła ogromna brama z kamienia, która otworzyła swoje wrota, kiedy samochód podjechał wystarczająco blisko. Sam wjazd był tak długi, że mieli wrażenie, że ta droga nigdy się nie skończy. To dodatkowo potęgowało w nich stres i lekkie obawy przed dzisiejszym wieczorem. Po bokach alei, która prowadziła do domu, rosły wysokie drzewa, krzewy i różnokolorowe kwiaty. Przestrzeń wyglądała jak ogromny park. Minęli duże oczko wodne, z którego wyskakiwały barwne ryby, a na samym końcu ogromną fontannę, oświetloną halogenami. W końcu zajechali pod śnieżnobiałą willę. Miała po bokach cztery wysokie wieżyczki, co pozwalało kojarzyć ją z pałacem. W dodatku wielkie okna i spadzisty dach, a w nim witraże.
-To nasz Garry mieszka w takim miejscu? – Maks nie mógł uwierzyć własnym oczom.
-Na to wygląda.
Stanęli przed potężnymi drzwiami. Odnieśli wrażenie, że nie pasują do tego miejsca, co więcej – Garry do niego nie pasuje. Otworzył im mężczyzna ubrany w jedwabny garnitur. Przeprowadził ich przed marmurowy holl do wielkiej sali. Po środku stał obficie zastawiony stół, a na samym końcu kominek, który w bardzo niewielkim stopniu wprowadzał domową atmosferę.
-Witajcie! – Pojawił się sam pan domu – Cieszę się, że już jesteście.
-Mogę cię o coś zapytać? Jak to się stało, że taki facet jak ty, mieszka w takim miejscu?  - spytała Emily.
-To dom po mojej żonie. Teraz mieszkam tu tylko z Michelle. O właśnie, zawołam ją.
W pokoju pojawili się Lilly z Patrickiem oraz Simon i David z Luise. Mieli identyczne miny jak ich poprzednicy, wchodzący do pałacu Garrego. Usiedli do stołu i zajęli się rozmową o domu, a potem nowych piosenkach In The Darkness. Wtedy na szczycie długich, krętych, drewnianych schodów stanęła Michelle. Miała na sobie czerwoną sukienkę do samych kostek, a lekko pofalowane włosy opadały na jej ramiona. Promiennie się uśmiechnęła, rozszerzając przy tym kości policzkowe. Trzepotała zalotnie ekstremalnie długimi rzęsami. Schodziła pewnie, emanując swoją egzotyczną urodą, nie rozglądając się na boki. Patrzyła prosto na Briana, czego starał się nie zauważać. Idealnie pasowała do tego miejsca. Była piękna i wiedziała o tym. W dodatku potrafiła to wykorzystać.
-To jest Michelle? – Jenny chwyciła Briana mocno za rękę, instynktownie zaznaczając swój teren.
Nie zdążył jej odpowiedzieć, ponieważ dziewczyna już stanęła na parterze i wyciągnęła rękę do każdego po kolei.
-Jestem Michelle – przedstawiła się dziewczyną – ale pewnie wasi chłopcy już wam o mnie mówili. - Mrugnęła do Jenny.
-Na chłopca od gitar to ty nie wyglądasz. – Courtney zmierzyła ją wzrokiem.
-A ktoś twierdził, że nim jestem ? – Spojrzała na nią z góry.
-Court, skończy już i usiądź obok mnie – odezwał się Simon.
-Wolę obok Briana – zlekceważyła propozycję byłego chłopaka.
-Ja usiądę obok ciebie. Wolne, prawda? – Michelle przejechała dłonią po jego ramieniu.
-Proszę.
Jenny i Emily posłały sobie porozumiewawcze spojrzenia. Czuły się źle w kreacji, którą przybrały. Nie mogły porównać się do Michelle, która świetnie odnajdowała się w całej tej sytuacji.
-Wiesz Garry, że to właśnie chłopaki z Avenged wspomnieli o nas w tym studiu? Oni też tam nagrywają – powiedział Patrick.
-Chłopcy zawsze są pomocni – wtrąciła się Michelle – Szczególnie mały Johnny – zaśmiała się, lecz jej słowa nie zostały skomentowane.
-A jak podobają ci się nowe piosenki Garry? – zapytał Brian.
-Są świetne, nawet lepsze niż te z poprzedniej płyty. Materiał jest udany. Bardzo dobre teksty, riffy, przejścia na bębnach, wspaniałe solówki i połączenia ostrych brzmień z harmonią fortepianu. Luise – to także twoja zasługa, jesteś świetnym muzykiem. Szczególnie kawałek „Dla Jenn” chwyta za serce.
-Mnie też się podoba. Pewnie sam ją napisałeś, prawda Brian? – spytała Michelle.
-Tak.
-Jest przepiękna. Ty to masz szczęście mała Jenny.
„Mała”. Jenn nerwowo poprawiła włosy. Próbowała chwycić widelec, ale ten wypadł jej z rąk. Brian od razu zauważył zezłoszczoną minę Jenny. Chciał jakoś załagodzić sytuację, próbował pogłaskać ją po ramieniu, jednak strąciła jego rękę.
-Nie daj się sprowokować – szepnęła jej do ucha Em.
-To raczej Brian jest szczęściarzem – powiedział David – Jenny to cudowna dziewczyna, to aż dziwne, że tak długo wytrzymuje już z naszym szaleńcem Brianem – dodał, a wszyscy w wokół się zaśmiali. Brian dał Jenny czułego całusa.
-Nie wątpię – wrednie uśmiechnęła się Michelle.
Wieczór mijał już bez żadnych spięć, aż do chwili, kiedy niepoinformowany o wątpliwościach chłopaków Garry, powiedział:
-Nie mogę się doczekać, aż jesienią znów ruszymy w trasę. Tym razem z Michelle. Nie będę musiał zostawiać jej w pustym domu.
-Moment – odezwała się Luise.
-W jaką trasę? – Jenny podniosła głos.
-Chłopaki wam nie powiedzieli ? – Michelle udała przejęcie.
-O czym?
-In The Darkness oprócz kontraktu płytowego dostało jeszcze możliwość koncertów ją promujących. Jesienią ruszymy w trasę. Chłopcy na szczęście się zdecydowali. Nie warto marnować takiego talentu – powiedział Garry.
-Chyba na nas już czas – odezwała się Lilly.
-To prawda. Było miło Garry.
     Podróż do domu minęła im bez słowa. Dopiero przy bramie Maksa, Emily powiedziała:
-Brian, przyjedź po mnie za godzinę.
-Odwiozę cię – odezwał się Maks.
-Poradzę sobie – warknęła.
Jenny za to odezwała się do Briana dopiero w swoim pokoju.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś, że podjąłeś decyzję?
-Nie było okazji. Jenn...
-Nie bądź śmieszny. Po prostu się bałeś, prawda? Zresztą, nic nie mów. Dlaczego podjąłeś decyzję beze mnie?
-Jenny, nie przeginaj.
-Odpowiedz!- Popchnęła do lekko.
-Dlaczego masz z tym taki problem? Co to za różnica, czy będę w trasie, czy w collegu? I jedna i druga opcja zakłada to, że będę daleko od ciebie.
-Będę spokojniejsza z faktem, że się uczysz, a nie balujesz, pijesz do upadłego i podrywasz panienki.
-Jesteś egoistką Jennifer. Chodzi ci wyłącznie o siebie! Po drugie, ty w ogóle mi nie ufasz.
-Jak mam ci ufać, skoro nawet nie powiedziałeś mi, że zdecydowałeś o swoim dalszym życiu w trasie? Wiem jaki jesteś.
-Wiesz? Co ty wiesz Jennifer?! Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć! Chodzi o moją przyszłość.
-Jeżeli nie chcesz skonfrontować swojego zdania z moim i nie masz zamiaru dzielić ze mną przyszłości, to chyba nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. – Uchyliła drzwi.
-Źle mnie zrozumiałaś.
-Źle?! Właśnie powiedziałeś, że ci nie ufam , jestem skrajną egoistką i nie ma dla mnie miejsca w twojej przyszłości. Co w tym niezrozumiałego?
-A w czym się pomyliłem?!
-To ty jesteś egoistą Brian. Dla ciebie liczy się tylko ta twoja kariera i świetlana przyszłość – powiedziała przez łzy.
-To nieprawda Jenny. Jeżeli tak sądzisz, to chyba dalsza rozmowa nie ma sensu.- Skierował się do drzwi.
-Chyba wspólna przyszłość nie ma sensu. Dla ciebie nigdy nie miała. W końcu i tak nie liczysz się z moim zdaniem.
Stanął jak wryty. Jeszcze nigdy nie usłyszał czegoś podobnego od Jenny. Przez pewien czas sądził, że jest jej niezbędny, ale teraz właśnie kazała mu wyjść, a wcześniej wzniosła sprzeciw co do jego decyzji. Wyszedł. Wsiadł do samochodu i z piskiem opon zajechał pod dom Maksa. Emily również trzasnęła drzwiami. Nie rozmawiali ze sobą całą drogę. Pierwszy raz w życiu stanęli po dwóch różnych stronach ogromnej barykady. Em wbiegła do domu i zrzuciła torbę z ramienia.
-Co się stało córeczko? – spytał ojciec.
-Zapytaj Briana i całej reszty artystów!
Zaraz po niej do domu wpadł zdenerwowany chłopak. Trzymał w ustach zapalonego papierosa, zupełnie nie przejmując się obecnością rodziców.
-Brian, powiesz nam co się stało? – Tym razem spróbowała matka.
-Będę robił karierę. Nie idę na studia, razem z In The Darkness nagrywamy płytę, a potem wyjeżdżamy. Jenny właśnie mnie rzuciła, a ja palę przy was fajkę, chociaż wiem, że tego nienawidzicie.
Wyjął papierosa z ust i rozdeptał go w kuchni. Miał szaleństwo w oczach i ten dystans, z którym już dawno przestał być kojarzony.  Pobiegł na górę i zapukał do Emily. Leżała na łóżku z głową schowaną w poduszkę.
-Ostatni raz wiedziałem jak płaczesz jakieś dziesięć lat temu, kiedy nie potrafiłaś pływać , a ten idiota Simon wrzucił cię do morskiej wody. Fale były wtedy ogromne, ale ty byłaś dzielna i machałaś tymi rączkami jak szalona, żeby tylko wypłynąć na brzeg. Bałaś się, ale dałaś sobie radę, pamiętasz?
-Pamiętam.
-Więc czego wy się tak boicie? Przecież wszystko będzie dobrze.
-Ty nic nie rozumiesz? Wyjeżdżacie najpierw na trzy miesiące, potem na pół roku. Będziecie sławni. Zapomnicie. Co z Jenn?
-Rozstaliśmy się. Wyrzuciła mnie z domu. Za dużo słów.
-Poważna sprawa. Róbcie co chcecie Brian, tylko żebyście tego później nie żałowali.

wtorek, 18 września 2012

17. beginning or the end of the tale?



    A proszę bardzo Asiu, mówisz-masz ;* Ja wiem, że Ty się nie możesz doczekać , hmm, sama wiesz czego, więc skrócę Ci tą ciekawość :) 

-właśnie zbiera się ogromna fala z nieszczęściami... -

   Morska bryza delikatnie ochłodziła ich nogi i ramiona. Chłopak objął Jenny i lekko ucałował jej włosy. Siedzieli na brzegu morza i wpatrywali się w łączącą się gdzieś za horyzontem taflę wody i niebo.
-Szkoda mi Courtney i Simona. Byli wspaniałą parą. Po drugie, teraz sprawa jest skomplikowana. Przyjaźnimy się ze sobą od lat, a teraz...
-...jest trudniej? – Jenny położyła głowę na jego ramieniu.
-Courtney jest cudowną dziewczyną, ale sama rozumiesz... Simon to mój kumpel. Żaden z nas nie wie jak postąpić, jak się zachowywać.
-Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.
-Wierzysz w to?
-Tyle gwiazd ile marzeń. – Wskazała mu przepiękne, gwieździste niebo – Możesz mi coś obiecać?
-Co tylko chcesz Jenn.
-Obiecaj, że nigdy mnie tak nie zranisz.
-Dlaczego miałbym to robić osobie, którą kocham?
-Przecież Simon też kochał Courtney i pewnie nadal tak jest. Po prostu się pogubili.
-Ja nie będę mieć tego problemu. Każda moja droga prowadzi do ciebie.
Lubili takie wieczory. Ciepłe powietrze uderzało w ich policzki, które pod natłokiem emocji stawały się różowe. Morska bryza lekko ochładzała ich stopy, a piasek był jeszcze ciepły. Zazwyczaj Jenny wtulała się w ramiona Briana, a on lekko gładził jej włosy i całował policzki. Rozmawiali, ale jednocześnie lubili razem milczeć. Taka cisza wyrażała więcej, niż tysiące najpiękniejszych słów. Kochali spędzać czas razem, lecz teraz nie mieli na to tak dużo czasu, więc każdą okazję wykorzystywali do końca i czerpali z niej mnóstwo radości. Wtedy zazwyczaj szkoda byłoby im czasu na słowa, woleli mówić do siebie spojrzeniami.
     Kiedy Brian odprowadzał Jenny do domu było już  grubo po dziesiątej. Okrył jej ramiona swoją koszulą.
-Dzwonił do mnie Gates i prosił, żebyście przyszli do ich studia w przyszłym tygodniu.
-Nie mówił nic więcej? Mają do nas jakąś sprawę?
-Najwidoczniej tak, ale nie pytałam o szczegóły. Mówił, że są w studiu cały tydzień od rana do wieczora i czekają na was.
-No dobrze, porozmawiam z chłopakami i ustalimy jakiś dzień. A tym czasem... –objął ją mocno w pasie – pożegnaj się ze mną ładnie, bo jutro chyba nie będziemy mogli się zobaczyć.
-Sądziłam, że umawialiśmy się na jutro. Plany się zmieniły?
-Przepraszam Jenn, ale Garry dzwonił. Mówił, że ma do nas jakąś pilną sprawę, że mamy kogoś poznać. Wszystko opowiem ci jutro wieczorem.
- To znaczy, że wpadniesz chociaż na chwilę?
-Oczywiście. – Namiętnie ją pocałował, a potem zniknął za zakrętem.
     Kolejny majowy weekend rozpoczął się słonecznym porankiem i bezchmurnym niebem. Brian wstał z łóżka i dopadł gitary. Zagrał całe „Hand of blood” podśpiewując przy tym. Robił tak przed każdą próbą. Zwykł też jadać wtedy gofry z ogromną ilością świeżysz owoców, przygotowane przez mamę. Na dworze było naprawdę upalnie. Od garażu Maksa dzieliło go kilka przecznic, więc postanowił się przejść. Chłopaki już czekali na miejscu. Simon uczył się jakiejś nowej solówki, a Maks z Patrickiem grali bardzo przyzwoity rytm.  Zagrali kilka nowych kawałków. Rozmawiali ze sobą oschle. Simon rozumiał, że to z jego powodu, ale nie miał zamiaru z niczego się tłumaczyć. Kiedy byli już rozgrzani, a struny głosowe Davida rozśpiewane, do garażu wszedł Garry.
-Cześć chłopaki ! Jak dawno was nie widziałem ! Chodźcie się przywitać, no już ! Ale wymężnieliście.
-Co się dzieję? Propozycja jakiegoś koncertu?- David uścisnął mu rękę.
-Lepiej synku. Usiądźcie, porozmawiamy.
Nie było tam dużo miejsca, jednak wszyscy jakoś się pomieścili. David i Garry zajęli miejsca na sofie, Maks za perkusją, a gitarzyści na wysokich, metalowych krzesłach. Sięgnęli po butelki z piwem i rozmawiali na temat przyszłości, ich zawodowej przyszłości.
-No dobrze chłopaki. Sprawa wygląda następująco: wczoraj dzwonił do mnie jeden ze sponsorów. Jest zainteresowany wzięciem In The Darkness pod swoje skrzydła.
-Kto to był?
-Właściciel studia „Soundtrack Recording”. Stwierdził, że wasze demo jest świetne, cholernie mu się podobało i chce z wami pracować, do tego jak najszybciej podpisać umowę.
-To by znaczyło, że... – Brian spojrzał na niego pytająco.
-Szybko nagrywamy płytę w studiu synku, a jesienią ruszamy w trasę!
Popatrzyli po sobie z głupawymi uśmiechami na twarzach.
-No to jak? Robimy karierę i ruszamy w świat?
-Jasne – nieśmiało odpowiedział Maks.
-Jest coś jeszcze. Chłopaki, musicie kogoś poznać.
Do garażu Maksa wkroczyła długonoga szatynka o promiennym uśmiechu. Miała na sobie bardzo opiętą, czerwoną sukienkę, która odsłaniała jej opalone ciało. Ruchem rodem ze stolicy Francji zdjęła swoje przeciwsłoneczne okulary i ukazała ogromne, niebieskie oczy. Chłopaki wbili wzrok w jej rozkołysane biodra i jędrną, niesamowicie seksowną pupę.
-Poznajcie Michelle. Od dzisiaj będzie zajmowała się sprzętem. W dodatku jest moją córką.
-Moją specjalnością są gitary – uśmiechnęła się, ukazując śnieżnobiałe zęby.
-Poznaj chłopaków córciu. Ten wysoki brunet, w koszulce „Dream Theatre” to David, wokalista. Za garami siedzi Maks, ten szatyn o twarzy błędnego romantyka to basista Patrick, a pozostała dwójka to gitarzyści. Prowadzący- Brian i rytmiczny – Simon.
-Bardzo mi miło. Lepszego składu niż piątka chłopaków nie mogłam sobie wyobrazić – uśmiechnęła się zalotnie, przygryzając dolną wargę.
-Cała piątka jest zajęta – szorstko odpowiedział Brian.
Michelle wywarła na nim nienajlepsze pierwsze wrażenie. Nie lubił takich dziewczyn. Przypominała mu Camill: pewną siebie, pozornie czarującą jędzę. Popatrzył na chłopaków. Każdemu z nich na widok Michelle oczy wychodziły z orbit. To prawda, była piękna. Ale pod tą buźką kryło się coś dziwnego.
-Zadziorny, to dobrze. – Michelle zmierzyła się z nim wzrokiem
-Koniec tych sporów! –Napiętą sytuację przerwał Garry – Michelle będzie odpowiedzialna za sprzęt : wymiana strun, strojenie gitar, sprawdzanie mikrofonów. Proponuję się zaprzyjaźnić, bo będziecie spędzać razem mnóstwo czasu. No dobrze, pokażcie nam nowe kawałki, a potem proponuję jakoś uczcić początek cudownej przyszłości.
Kiedy chłopaki grali, Michelle wpatrywała się w nich jak w obrazek. Po zaprezentowaniu materiału Simon wziął ją pod rękę i tak jak wcześniej zaproponował Garry, poszli do knajpy niedaleko osiedla, na którym mieszkał Maks.
-Poprosimy sześć butelek najlepszego piwa i jedną colę – zwrócił się bo barmana menager.
-Poprawka – zamiast tej coli poproszę jakiegoś drinka. Zdaję się na ciebie. – Michelle mrugnęła do chłopaka za barem.
-Sytuacja diametralnie się zmieni – zwrócił się do chłopaków Garry- Decyzja, którą podejmiecie musi być przemyślana od początku do końca.
-Nie wprowadzaj nerwowej atmosfery Garry – zaśmiał się David.
-Przyszłość, a tym bardziej kariera, to poważna sprawa synku. To wyklucza college i oznacza bardzo ciężką pracę. W tym miejscu kończą się żarty. Czas dorosnąć. Długie trasy i koncerty na całym świecie to dopiero szczyt. Wcześniej są godziny spędzone w studiu, pot i łzy. Obrazek kalifornijskich zespołów, którym wszystko poszło łatwo to ściema. Wy macie talent, więc o ile nie będziecie się mazać, to wszystko powinno pójść zgodnie z planem.
-Będziecie musieli zapoznać mnie ze swoim sprzętem. Jeszcze wszystkiego się uczę – wtrąciła Michelle.
Długo rozmawiali o tym, co stanie się ich codziennością. Co raz bardziej przekonywali się do tego pomysłu. Rozważali wszystkie za i przeciw dochodząc do wniosku, że to najlepsze wyjście. Brian mało udzielał się w rozmowie. Był obok tego, co miało dotyczyć również jego. Podjęli decyzję, jednak postanowił o niczym nie mówić swoim dziewczynom. Dobrze wiedzieli, że rozmowa z nimi będzie najtrudniejszym etapem zmiany.
-Muszę już iść – odezwał się Brian.
-Zauważyłem, że nerwowo zerkasz na zegarek. Gdzie się śpieszysz? Przecież możemy jeszcze świętować. – Garry usilnie starał się go zatrzymać.
-Pewnie biegnie do dziewczyny. – Michelle chwyciła go za rękę, a on nerwowo się wyrwał.
-Nie twoja sprawa.
-Poczekaj chwilę synku. Spotkajcie się razem i zdecydujcie o swojej przyszłości.
-Dobranoc Garry.
     Jedna z ulic Huntington Beach, którą właśnie szybkim krokiem przemierzał Brian, była prawie nieoświetlona. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy, które do tej pory były wyznacznikiem ilości jego marzeń. Nie miał pojęcia co mu to przyniesie, ale podjął decyzję. W jego głowie szalały sprzeczne myśli. Jeszcze nigdy temat przyszłości nie był tak bliski. Wszystko działo się zbyt szybko. Najchętniej spędziłby życie tutaj, w Huntington Beach, w słonecznej Kalifornii, obok Jenny. Ale trzeba było iść dalej.
Zadzwonił do drzwi jej domu, ale na odzew musiał chwilę poczekać. Nie dał jej dość do słowa, wiedział o co zapyta, więc zamknął ją w objęciu.
-Wejdziesz? – spytała.
-Wolę zostać tutaj – powiedział i usiadł w fotelu na werandzie.
-Jak spędziłeś dzień? Co mówił Garry?
-„Soundtrack Recording” zainteresowali się naszym zespołem.
-Co to znaczy?
-W przyszłym tygodniu wchodzimy do studia i nagrywamy swoje piosenki. Wydajemy oryginalną płytę, która trafi do sklepów.
-To wspaniale kochanie ! – Jenny przytuliła go i ucałowała w usta – Tak się cieszę!
-Dużo mniej przyjemna strona tej sytuacji jest taka, że mamy nowego technicznego.
-Dlaczego twierdzisz, że to źle? Ten ktoś się nie zna?
-Nie mieliśmy jeszcze okazji się przekonać.
-W takim razie w czym problem? Kto to jest?
-Córka Garrego. Strasznie cwana i pewna siebie Michelle – wypowiedział z francuskim akcentem.
-Ile ma lat? Jest ładna? – Jenny zaczęła zasypywać Briana pytaniami.
-Oj Jenn, nie bądź zazdrosna. Mogę ci powiedzieć, że przypomina Camill, a sama dobrze wiesz jakie mam o niej zdanie. Pewnie będziesz miała okazję ją poznać.
-Nie wiem czy chcę.
Brian przemilczał temat trasy. Wracając do domu czuł się jak ostatni tchórz. Dobrze wiedział, że musi wreszcie podjąć ten temat w rozmowie. „Mam jeszcze czas” – próbował oszukać samego siebie...