Wszystkim, którzy jeszcze czytają, a jeszcze mocniej tym, którzy poświęcają chwilę i skomentują. W tym odcinku znów mamy gościa, który pojawia się i znika.
Nie wiem kiedy kolejny, może po weekendzie. Miłej lektury ;)
Nie wiem kiedy kolejny, może po weekendzie. Miłej lektury ;)
*Miłość posypała się płatkami w dół...*
Obudził go silny
ból. Chwycił się za głowę, chcąc powstrzymać pisk w swoich uszach. Rozejrzał
się wokół i ku swojemu zdziwieniu leżał na kanapie w studiu. Nie pamiętał nic z
wczorajszej nocy. Nie wiedział jak się tutaj znalazł i jak zakończył się
miniony wieczór. Jego ostatnia wizja to śmiejące się usta Michelle i ona sama,
próbująca go obściskiwać. Dalej pustka.
Ciężko wstał z kanapy i wyszedł przed studio. Jego samochodu nie było, więc zabrał gitarę i pobiegł do klubu, gdzie spędził ostatnią noc. Tam jego autem zainteresowała się grupka nastolatków, którzy prawdopodobnie chcieli go ukraść.
-Spieprzajcie ! – wrzasnął i pobiegł w ich kierunku.
Najniższy z nich zdążył rzucić kamieniem i wybić przednią szybę.
-Cholera! Jeszcze tego brakowało – westchnął i oparł się o maskę samochodu.
Nie czuł się najlepiej, ale zdecydował się wsiąść za kierownice.
Ciężko wstał z kanapy i wyszedł przed studio. Jego samochodu nie było, więc zabrał gitarę i pobiegł do klubu, gdzie spędził ostatnią noc. Tam jego autem zainteresowała się grupka nastolatków, którzy prawdopodobnie chcieli go ukraść.
-Spieprzajcie ! – wrzasnął i pobiegł w ich kierunku.
Najniższy z nich zdążył rzucić kamieniem i wybić przednią szybę.
-Cholera! Jeszcze tego brakowało – westchnął i oparł się o maskę samochodu.
Nie czuł się najlepiej, ale zdecydował się wsiąść za kierownice.
-Gdzie byłeś ?- spytał ojciec.
-Tylko nie próbuj prawić mi kazań. Jestem już dorosły.
-Dorosły nie znaczy dojrzały. Nie możesz robić wszystkiego, co ci się podoba. – Spojrzał na zaparkowane przed domem auto – Czas ponieść konsekwencję swoich szczeniackich zachowań.
Brian nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Rzucił gitarę na łóżko, a sam poszedł wziąć prysznic.
Tymczasem w drzwiach domu Jenny stanęła Michelle.
-Dzień dobry Jenn. Mogę wejść?
-O co chodzi? – spytała zdezorientowana dziewczyna.
-Wolałabym nie rozmawiać o tym przez drzwi.
-Zapraszam...
Jenny wprowadziła ją na piętro. Odgarnęła ręką ubrania z krzesła i wskazała jej miejsce. Sama stanęła naprzeciwko niej i obdarzyła pytającym wzrokiem.
-Słucham, mów.
-Wiesz Jenn, maluszku, nie wiem jak ci to powiedzieć, żeby cię nie zranić. Twój Brian... trochę nas poniosło, wypiliśmy o kilka drinków za dużo, a potem... Sama rozumiesz, mnie też ciężko o tym mówić. Na początku nawet się cieszyłam, ale potem pomyślałam o tobie. Niestety nie było już odwrotu...
-Co chcesz mi powiedzieć? – Jenny zbladła i oparła się o biurko.
-Po prostu przespaliśmy się wczoraj. Brian wykorzystał mnie i to, że byłam pijana. Przepraszam cię Jenny, tak mi przykro.
Jenn zamarła. W jej głowie kołatało się miliony myśli. Nie potrafiła uzewnętrznić krzyku swojej duszy. Nienawidziła Michelle. Nienawidziła Briana. „Jak mógł mi to zrobić” – pomyślała. Już po pierwszej, większej kłótni pobiegł do innej dziewczyny. Jak miała mu ufać?
W tym momencie w drzwiach pokoju Jenny stanął Brian.
-Nic tu po mnie – powiedziała Michelle – Resztę niech opowie ci twój ukochany. Przy okazji, nawet nie spodziewałam się, że jest taki dobry w łóżku. Gratulacje mała Jenny i współczuję, że go straciłaś.
Jenn nie miała nawet siły rzucić się na nią z pazurami, chociaż tak bardzo chciała. Patrzyła bezradnie na Briana z zaszklonymi oczami i nie potrafiła powiedzieć nawet słowa.
-Co ty tu robisz? – zwrócił się do Michelle.
-Opowiedz swojej małej Jenny o wczorajszej nocy. Nie martwcie się, już wychodzę. Męcz się z tym sam. Ciao!
-Jenny, mam nadzieję, że jej nie uwierzyłaś? – Chciał podejść i ją objąć, ale odsunęła się w kierunku okna.
-Nie dotykaj mnie... – Leciutko zadrżał jej bezbronny głosik.
-Jenn...
-Nie mów tak do mnie ! Dlaczego to zrobiłeś Brian?
-To nie tak. Nic się wczoraj nie wydarzyło, proszę, uwierz mi.
-Dlaczego miałabym to zrobić?
-To prawda, trochę wypiłem. Faktem jest nawet, że urwał mi się film i obudziłem się w studiu, jednak jestem pewien, że do niczego nie doszło Jenny, musisz mi uwierzyć.
-Nie pogarszaj swojej sytuacji. Byłeś pijany, zły na mnie, zrobiłeś to, a teraz kłamiesz. I jak ci było? Jaka Michelle jest w łóżku?! Przecież wiedziała, że podoba się wam wszystkim. Dodatkowo widziałam, jak na ciebie patrzy. Była gorąca i ostra? No powiedz! – Popchnęła go z całej siły, a z jej ciemnych jak węgle oczu popłynęły przezroczyste łzy.
-Co ty wygadujesz? Pozwól mi wyjaśnić.
-Wyjdź...- szepnęła.
-Jenn, ja...
-Wyjdź!!! – jej głos rozbrzmiał nie tylko w domu, ale również na słonecznej ulicy Huntington Beach.
Ugięły się pod nim kolana. Chciał w tym momencie zwyczajnie ją przytulić, albo złapać chociaż jedną z jej wielkich jak grochy łez.
-Co się tutaj dzieje? – Do pokoju przez otwarte drzwi wpadł John.
Zbladł widząc zapłakaną Jenny i ledwo trzymającego się na nogach Briana. Nikt mu nie odpowiedział. Chłopak odwrócił się i zbiegł po schodach. Trącił Sarę, której zupełnie nie zauważył.
-Co się stało kocie? – John objął córkę, a ona ciężko oddychała, czerpiąc powietrze z szeroko otwartego okna.
-Nic tato. Po prostu to już koniec. Zostaw mnie samą.
Wyszedł. Bezradnie stała w oknie ze znikomą nadzieją, że to wszystko co się zdarzyło to tylko koszmarny sen, że za chwilę obudzi się obok Briana i wszystko będzie dobrze. On przemierzał opustoszałą ulicę Huntington Beach. Nie mógł się bronić, nie wiedział jak skończył się wczorajszy wieczór. Jedyne co miał, to przekonanie, że nie mógł tego zrobić, nie potrafiłby skrzywdzić Jenny. To jednak nie wystarczyło, aby ją przekonać. To koniec. Emocje wrą. Przedstawienie skończone. Szczęśliwa egzystencja „rodziny” właśnie legła w gruzach. „Co dalej”- pomyślał Briana, ocierając pot z czoła i wyszeptała Jenny, łapiąc ostatnią łzę.
Ostatni tydzień
maja ciągnął się w nieskończoność. Jenny i Brian raczej się mijali. Dziewczyna
nie odwiedzała Emily w domu, żeby się z nim nie spotkać. W szkole były zbyt
zajęte organizacją balu. Sala wyglądała już pięknie, teraz wystarczyło czekać
jednie na ten cudowny klimat, aby końcowy efekt był doskonały. Sytuacja Courtney
i Simona raczej się ustabilizowała. Grupa przyzwyczaiła się do ich rozstania,
zresztą, dla nich samych było to już rutyną. Znowu. Tym razem dużo mniej
przyjemną i całkowicie pustą. Spędzali czas osobno, ich przyjaźń została
wystawiona na próbę, więc był to naprawdę ciężki i burzliwy okres.
Ten dzień również miał być zwyczajny, nie różniący się od ostatnich. I był taki, do czasu, kiedy do studia wpadł wściekły Garry. Wyłączył cały sprzęt i wyciągnął Briana z pomieszczenia, w którym właśnie dogrywał solówkę. Za nim nieśmiało wkroczyła Michelle. Miała na sobie szeroką bluzę, drogie conversy i związane włosy.
-Słuchaj synku! – Pociągnął Briana za koszulkę – Widzę cię tutaj ostatni raz i nie mów mi, że nie rozumiesz o co chodzi.
David rzucił się, żeby pomóc przyjacielowi. Odciągnął Garrego chwytając z tyłu jego ręce. Ten wrzeszczał dalej:
-Upiłeś i wykorzystałeś moją Michelle dupku, więc możesz już stąd wyjść! Dla ciebie kariera w tym miejscu się kończy! – Spojrzał w kierunku oniemiałych chłopaków z In The Darkness – Możecie wyjść za nim, tylko potem nie wracajcie. A ty na co czekasz?!
Brian zabrał swoją gitarę i bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Z lekceważeniem szturchnął Michelle. Maks podniósł się z sofy i chciał wyjść razem z nim.
-Nie stary. Zostań. Nie pozwolę, żebyś zmarnował sobie przyszłość – powiedział Brian i kiwną chłopakom , że chodzi również o nich.
Zajechał na plaże. Zostawił samochód gdzieś przy drodze, a sam pobiegł i rzucił się na piasek. Wrzasnął. Mocno uderzył pięściami z wątłe podłoże. Jak miał poradzić sobie, kiedy walił się jego cały świat? Wszystko co miał właśnie w tym momencie wypadało mu w rąk. Był bezradny i nie miał nawet odwagi płakać, a co dopiero walczyć o swoje. Nie potrafił stoczyć wojny o Jenny, o swoich przyjaciół i o prawdę. Nie znał prawy. Co jeżeli Michelle nie kłamała? Nie chciał nawet o tym myśleć. Wszystko kojarzyło mu się z Jenny. Nawet ta głupia plaża, każda piosenka, tosty z serem, gwieździste niebo. Stanął nad brzegiem morza, ściągnął koszulkę i rzucił się na fale. Objęła go tafla wody, która w jakiś sposób ukoiła jego dusze. Nie odpowiedziała jednak na wszystkie pytania, które krążyły w jego głowie. Nie zmieniło się nic, problemy nie zniknęły. Jednak krucha nadzieja pozostała.
Ten dzień również miał być zwyczajny, nie różniący się od ostatnich. I był taki, do czasu, kiedy do studia wpadł wściekły Garry. Wyłączył cały sprzęt i wyciągnął Briana z pomieszczenia, w którym właśnie dogrywał solówkę. Za nim nieśmiało wkroczyła Michelle. Miała na sobie szeroką bluzę, drogie conversy i związane włosy.
-Słuchaj synku! – Pociągnął Briana za koszulkę – Widzę cię tutaj ostatni raz i nie mów mi, że nie rozumiesz o co chodzi.
David rzucił się, żeby pomóc przyjacielowi. Odciągnął Garrego chwytając z tyłu jego ręce. Ten wrzeszczał dalej:
-Upiłeś i wykorzystałeś moją Michelle dupku, więc możesz już stąd wyjść! Dla ciebie kariera w tym miejscu się kończy! – Spojrzał w kierunku oniemiałych chłopaków z In The Darkness – Możecie wyjść za nim, tylko potem nie wracajcie. A ty na co czekasz?!
Brian zabrał swoją gitarę i bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Z lekceważeniem szturchnął Michelle. Maks podniósł się z sofy i chciał wyjść razem z nim.
-Nie stary. Zostań. Nie pozwolę, żebyś zmarnował sobie przyszłość – powiedział Brian i kiwną chłopakom , że chodzi również o nich.
Zajechał na plaże. Zostawił samochód gdzieś przy drodze, a sam pobiegł i rzucił się na piasek. Wrzasnął. Mocno uderzył pięściami z wątłe podłoże. Jak miał poradzić sobie, kiedy walił się jego cały świat? Wszystko co miał właśnie w tym momencie wypadało mu w rąk. Był bezradny i nie miał nawet odwagi płakać, a co dopiero walczyć o swoje. Nie potrafił stoczyć wojny o Jenny, o swoich przyjaciół i o prawdę. Nie znał prawy. Co jeżeli Michelle nie kłamała? Nie chciał nawet o tym myśleć. Wszystko kojarzyło mu się z Jenny. Nawet ta głupia plaża, każda piosenka, tosty z serem, gwieździste niebo. Stanął nad brzegiem morza, ściągnął koszulkę i rzucił się na fale. Objęła go tafla wody, która w jakiś sposób ukoiła jego dusze. Nie odpowiedziała jednak na wszystkie pytania, które krążyły w jego głowie. Nie zmieniło się nic, problemy nie zniknęły. Jednak krucha nadzieja pozostała.
Jenny niemrawo
snuła się po kuchni. Zaparzyła sobie ciepłą herbatę i przysiadła na kuchennym
blacie. Ciepło, które dobywało się z ogromnego, czerwonego kubka, ogrzewało jej
dłonie. „Kiedyś robił to Brian”. Nie umiała opędzić się od tej myśli. Teraz nie
mieli ze sobą żadnego kontaktu. Wszyscy stanęli po jej stronie, chociaż
praktycznie nikt nie rozmawiał z Brianem o tej sytuacji. Nawet Emily mijała się
ze swoim bratem bez słowa. Dla wszystkich było to trudne, jeszcze nienaturalne.
Jenny zrezygnowała z pracy, aby mieć więcej czasu dla siebie. Sarah wciąż powtarzała, że teraz Jenn powinna zająć się sobą. Póki co, dziewczyny były zajęte organizacją balu. Była trochę rozżalona, że poświęciła temu tyle czasu, a teraz nie będzie mogła nawet tam być. Tak długo wyobrażała sobie tą chwilę, z niecierpliwością czekała na ten wieczór.
Delikatnie pogładziła dłonią czarną sukienkę wiszącą w jej szafie. Niezauważalnie w pokoju zjawił się Syn Gates.
-Będziesz w niej pięknie wyglądać – powiedział.
-Nie będę miała okazji jej włożyć.
-Przykro mi Jenn. Wiem już o wszystkim. Przepraszam, że pojawiłem się tak późno, ale nagrywamy płytę, sama wiesz. Jak się czujesz?
-A jak myślisz? Jak może czuć się zdradzona osoba? – Spuściła głowę.
-Nie wiem Jenn. W ogóle nie wiem jak to wszystko możliwe. – Gates zbliżył się do niej i wyciągnął z szafy sukienkę przygotowaną na bal – Przydałaby się jej próba generalna.
-Nie mam ochoty wychodzić. – Odwróciła się do niego plecami.
-Nie możesz zamykać się w domu Jenn. W weekend jedziemy z chłopakami z Avenged na bankiet, z okazji sfinalizowania sprawy najbliższego koncertu, a ja akurat nie mam partnerki. – Chwycił Jenny za ramiona i przyciągnął do siebie – Odpoczniesz, zajmiesz się czymś innym. Mam nadzieje, że umiesz tańczyć? – Uśmiechnął się uroczo.
-Umiem, nawet całkiem nieźle. Powiedz mi tylko, dokąd jedziemy?
-Do stolicy miłości Jenn. Jedziemy do Paryża!
Jenny zrezygnowała z pracy, aby mieć więcej czasu dla siebie. Sarah wciąż powtarzała, że teraz Jenn powinna zająć się sobą. Póki co, dziewczyny były zajęte organizacją balu. Była trochę rozżalona, że poświęciła temu tyle czasu, a teraz nie będzie mogła nawet tam być. Tak długo wyobrażała sobie tą chwilę, z niecierpliwością czekała na ten wieczór.
Delikatnie pogładziła dłonią czarną sukienkę wiszącą w jej szafie. Niezauważalnie w pokoju zjawił się Syn Gates.
-Będziesz w niej pięknie wyglądać – powiedział.
-Nie będę miała okazji jej włożyć.
-Przykro mi Jenn. Wiem już o wszystkim. Przepraszam, że pojawiłem się tak późno, ale nagrywamy płytę, sama wiesz. Jak się czujesz?
-A jak myślisz? Jak może czuć się zdradzona osoba? – Spuściła głowę.
-Nie wiem Jenn. W ogóle nie wiem jak to wszystko możliwe. – Gates zbliżył się do niej i wyciągnął z szafy sukienkę przygotowaną na bal – Przydałaby się jej próba generalna.
-Nie mam ochoty wychodzić. – Odwróciła się do niego plecami.
-Nie możesz zamykać się w domu Jenn. W weekend jedziemy z chłopakami z Avenged na bankiet, z okazji sfinalizowania sprawy najbliższego koncertu, a ja akurat nie mam partnerki. – Chwycił Jenny za ramiona i przyciągnął do siebie – Odpoczniesz, zajmiesz się czymś innym. Mam nadzieje, że umiesz tańczyć? – Uśmiechnął się uroczo.
-Umiem, nawet całkiem nieźle. Powiedz mi tylko, dokąd jedziemy?
-Do stolicy miłości Jenn. Jedziemy do Paryża!