czwartek, 30 sierpnia 2012

9. Fatal decision...


      No dobrze, wiem, że nic nie przebiję odcinka Joanny, bo dziś przeszła już samą siebie, a przez cały czas czytania miałam - jak to mówi FuckinBlack - karpia :D Ode mnie tym razem skromny odcineczek. I bez żadnych rewelacji. Asia nam wszystkim zasłodziła tymi cudownymi chwilami, a ja nas sprowadzę trochę na ziemię. Drodzy czytelnicy, macie dziś dzień słodko-gorzki. Dziękuję wszystkim moim kochanym dziewczyną, że czytają te moje wypociny i ba! komentują je ! Mam nadzieję, że będziecie ze mną jak najdłużej :) Przy okazji, również witam Hope na swoim blogu :) No to zaczynamy, odcinek 9 .

  Październik już dwa tygodnie temu zrobił miejsce dla listopada. Przez ten czas nad Huntington Beach słońce pojawiło się tylko dwa razy. Ten poranek również oprawiony był w mgłę i delikatny deszcz. Jenny odsunęła rolety i powiedziała cicho:
-Jeszcze tylko półtorej miesiąca.
Poczuła się jak w Phoenix. Wszystko było tak samo, jak wtedy, kiedy tam mieszkała. Brzydka pogoda, rodzice razem,  tata zajęty próbami, brak Briana. Ale przecież była Emily. Ostatnio praktycznie ze sobą nie rozmawiały. Zarówno podróż do szkoły jak i z powrotem odbywała się w milczeniu. To był ciężki czas, ale Jenny bardzo chciała to zmienić. Wybrała numer.
-Cześć Em, wpadniesz na śniadanie? – zapytała
-Tak, jeżeli chcesz.
-Bądź za piętnaście minut.
Gotowa zbiegła na dół i wzięła się za przygotowywanie gofrów.
-Czuję coś pysznego – w drzwiach kuchni zjawiła się Sarah – pomóc ci kochanie?
-Jeżeli możesz, to zaparz kawę mamo. Usiądziesz ze mną i z Em?
-Pewne.
     Emily polubiła mamę Jenny. Poznała ją ze strony bardzo miłej kobiety i starającej się matki. Jenn opowiadała jej jak było wcześniej, ale teraz obie znały powód tamtego zachowania. Zresztą same bardzo często zastanawiały się, co będzie, jeżeli Brian i Maks również całkowicie poświęcą się muzyce.
Tego dnia drzwi Emily otworzyła właśnie mama Jenny. Była jeszcze w szlafroku, zupełnie nie umalowana, a taka piękna. Miała krótką, kruczoczarną fryzurę, a jej oczy emanowały przenikliwym blaskiem. Zupełnie jak u Jenny.
-Dzień dobry Emily, gofry i kawa już gotowe – przywitała ją promiennie.
Jenny ucałowała ją , lekko odsuwając krzesło i podśpiewując „Scream”.

     Zajęcia w szkole trwały w nieskończoność. Em pod koniec lekcji angielskiego szepnęła:
-Dobrze, że wypiłyśmy tą kawę.
-Proponuję odpuścić sobie matmę i iść na ciastko.
-Świetny pomysł.
Wreszcie mogły założyć skóry i glany, więc wyglądały naprawdę groźnie, kiedy uciekały z ostatniej lekcji, zupełnie nie zwracając uwagi na patrzących na nie nauczycieli. Zahaczyły o swoją ulubioną cukiernie i przysiadły na ławce w parku.
-Lubię takie dni, jak dzisiejszy. Czuję, że natura współgra z moim nastrojem – zaczęła Emily.
-Ja też.
-Boję się Jenny. Ty i Brian to coś pewnego, zdaję się, że przetrwacie wszystko i pewnie padniecie sobie w ramiona, kiedy wróci. Ja nie wiem czego się spodziewać. Obawiam się, że Maks nie będzie taki jak dawniej. Być może pomyśli, że lepiej pozostać w strefie przyjaźni. Nie chcę się oszukiwać, wiem, że na tej całej trasie otaczają go setki dziewczyn takich jak ja. 
-Nie ma drugiej takiej jak ty.
-Ale skąd on może to wiedzieć? Niby spędzaliśmy razem dużo czasu, znamy się od dziecka, rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o nas. Tak jakby ten temat nie istniał.
-To prawda, że Maks jest trochę inny niż chłopaki, myślę jednak, że jest to kwestia nieśmiałości. Jeżeli on czegoś się wstydzi, to ty zrób ten pierwszy krok.
-Przecież zrobiłam. Pocałowałam go i powiedziałam, że mi zależy.
-Wiem, jednak chodzi mi teraz o coś innego. Otwórz go jakoś, niech będzie taki jak wtedy, kiedy gra na perkusji. Niech wyraża tysiące emocji. Pociągnij go za włosy, czy pocałuj namiętniej niż zazwyczaj. Zaszalejcie. A póki co, mam pewien pomysł...
-To znaczy?
-Tęsknisz za nim, to pewne. W dodatku chcesz mu pokazać, że warto czasem nie martwić się o konsekwencje. Pójdziemy zrobić ci twój pierwszy tatuaż !
-Jenny, nie wiem czy to dobry pomysł. Tatuaż to rzecz na całe życie.
-Przecież nie musisz tatuować sobie jego twarzy, ani nawet imienia. Wystarczy, że zawsze będziesz miała cząstkę Maksa przy sobie.
-Można spróbować.
-No to już, po co tracić czas.
     Dziewczyny wybrały się do Erica, ponieważ on nie wymagał zgody rodziców. Ci na pewno zgodziliby się na pierwszy tatuaż, jednak mieli próbę, więc sprawa przeciągnęłaby się do następnego dnia. Przy dźwiękach „ Blinded in Chains” Eric zrobił wzór, teraz wystarczyło go tylko przenieść na ciało Emily. Dziewczyny poszły na kompromis, według którego Jenny mogła wybrać miejsce, a Em napis. Jenn wskazała umiejscowienie tatuażu nisko na brzuchu, dokładnie tam, gdzie sama posiadała dziarę. Emily za to zdecydowała się na napis „My love is your love” z literką „M” pod spodem. Zgodnie z ideą Patricka o nierobieniu sobie jednego tatuażu, Emily wytatuowała sobie również nadgarstki w identyczny sposób, w jaki zrobiła to Jenny, zastępując swoje imię jej imieniem. Postanowiła jednak nie zdradzać szczegółów Maksowi, czekając z tym do jego powrotu.

     Jak co dzień Brian zadzwonił do Jenny wieczorem. Leżała już na łóżku a jej brzuch ogrzewał Jimmy, który spał w najlepsze
-Jak się udał koncert? – zapytała.
-Chyba w porządku, nie licząc tego, że Simonowi poszła struna, a Larry nie był na to kompletnie przygotowany i buszował na kulisami dobre dziesięć minut zanim znalazł zastępstwo. Każdy z nas odegrał w tym czasie pewnie najdłuższe solo w swoim życiu. A co tam u was?
-Emi zrobiła sobie swój pierwszy tatuaż. A raczej trzy.
-Trzy?! Ma przerąbane jak wrócę. Niech zgadnę czyj to był pomysł Jenny. Sprowadzasz moją siostrę na złą drogę – zaśmiał się do słuchawki.
- No daj spokój. Myślę, że sprawę załagodzi fakt, że na jednym z nich jesteś uwzględniony.
-W takim razie nie zabiję jej, ale poddam torturom. Jenn, napisałem dziś nową piosenkę, oceń czy ci się podoba.
Odłożył telefon , chwycił gitarę i mikrofon, i zaczął śpiewać

Kiedy mrok otoczył ziemię
A wiatr chciał odebrać nam wszystko co mamy
Stanąłem na samej górze swoich możliwości
krzycząc : „Nie pozwolę na to”

Objąłem cię swoimi ramionami
Wpuszczając do twojego serca więcej światła niż zazwyczaj
Ucałowałem twoje włosy szalejące na wietrze

I gdyby ktoś mi powiedział, że jutra nie będzie
Ostatni dzień swojego życia chciałbym spędzić z tobą

Kiedy deszcz zalał cały ten pieprzony świat
A śnieg zamroził nasze nieczułe serca
Krzyknąłem z przestrzeni, że jeszcze nie czas na to
Gubiąc powietrze ze swoich płuc

Przytuliłem cię po raz ostatni
Osuszając twoje mokre ramiona
Chwyciłem twoje ręce, dając im ostatnią odrobinę mojego ciepła

I właśnie ktoś powiedział mi, że jutra nie będzie
Więc ostatni dzień swojego życia spędzam z tobą

Żegnam cie, lecz będę w pobliżu
Dbaj o moje serce, zostawiłem je przy tobie

Minęła chwila, lecz Jenny nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Jenny i jak?
-Brian, to jest przepiękne.
-To piosenka specjalnie dla ciebie. Nazwałem ją nawet „ Dla Jenn”. Pewnie znajdzie się na kolejnej płycie. Cieszę się, że ci się podoba.
-Chciałabym, żebyś był teraz obok.
-„Dbaj o moje serce, zostawiłem je przy tobie” – zanucił raz jeszcze – Już późno Jenny. Śpij dobrze. Kocham cię.
-Ja ciebie tez. Dobranoc.
     Pierwszy raz od jego wyjazdu zasnęła z uśmiechem na ustach, otulona dźwiękiem. Był teraz tak daleko, lecz czuła się, jakby leżał tuż obok. Tej nocy śniła o nim, o jego ciemnych włosach, silnych ramionach trzymających gitarę. A z nieba sypał śnieg opadający na jego dłonie.

     Cały kolejny tydzień spędziła z Emily na wspólnej nauce, każdego dnia miały jakiś test. W przerwach oczywiście muzykowały, czasem nawet przyłączali się do nich rodzice. Z „kilku dni” pobytu mamy Jenny zrobiło się kilka tygodni. John i Sarah podjęli decyzje o zamieszkaniu razem. Miała to być rzecz jasna próba, szansa na to, aby mogli jeszcze normalnie żyć. Nie sprzedali domu w Phoenix, ale wynajęli. Tej soboty mieli podpisać umowę z nowymi lokatorami, przy okazji postanowili zabrać rzeczy Sary z domu. Jenny została sama, więc razem z Emily pojechały do sklepu muzycznego, a popołudnie spędziły na długich rozmowach. Wieczorem Jenn i Em pożegnały się.
     Rodzice jeszcze nie wrócili, więc Jenny zrobiła sobie kolację i usiadła na werandzie. Było już bardzo późno, a Jimmy skomlał niemiłosiernie. Był przyzwyczajony do wieczornych spacerów po plaży, a tego dnia Jenny nie miała czasu z nim wyjść. Kiedy Brian był jeszcze w domu, chodzili na nie razem, potem zastąpili go rodzice lub Emily. Ale dzisiejszy wieczór Jenn spędzała sama.
-Nie mam serca ci odmówić – powiedziała, przypinając mu smycz.
     Ruszyli w stronę plaży, chwilowo nawet przysiedli na zimnym piasku. Jimmy podbiegał do morza, potem wracał uciekając przed goniącą go falą. Zrobiło się strasznie zimno, więc  Jenny przypięła mu smycz i skierowali się do domu.
Kiedy przechodzili obok rzędu drzew, gdzie kończyła się plaża, ktoś mocno złapał Jenny za rękę i pociągnął za sobą.
-Zostaw mnie ! Puść ! – krzyczała najgłośniej jak potrafiła.
-Zamknij się, bo będzie gorzej – usłyszała w odezwie.
Barczysty mężczyzna przyparł ją do jednego z drzew, policzkując przy tym i rozcinając jej wargę. Jenn puściła smycz z Jimmym, który szczekał jak szalony. Mężczyzna ściągnął z niej bluzę i rozerwał koszulkę. Nie miała siły się bronić, a wymachiwanie rękami i niecelne ciosy wyglądały wręcz śmiesznie.  Myślała, że to koniec, że nie będzie w stanie nic zrobić. Z oczu popłynęły jej łzy. Nagle usłyszała donośny głos :
-Ej, może chcesz pogadać ze mną?
Podszedł i z całej siły odepchnął go. Ten wylądował na piasku. Zdołał się podnieść, lecz szybko został powalony kolejnym ciosem w twarz.
Chłopak zabrał smycz z Jimmym, objął Jenny ramieniem i przyspieszył kroku.
-Gdzie mieszkasz? – zapytał.
-W domu obok – odpowiedziała, cała się trzęsąc.
Jenn była w amoku. Nie potrafiła powstrzymać kapiących łez. Niezdarnie próbowała zatamować krew płynącą z jej wargi i w jakiś sposób okryć bluzą klatkę piersiową, gdzie koszulka była podarta.
     Trochę jej ulżyło, że rodziców nie było jeszcze w domu, chociaż wiedziała, że całej sytuacji nie będzie dało się ukryć przez posiniaczone ciało i rozwaloną wargę.
-Pójdę się przebrać – powiedziała Jenn do chłopaka, który stał teraz w jej kuchni.
-Gdzie trzymasz herbatę? Pewnie bardzo zmarzłaś.
-W szafce obok lodówki.
Jenny zdjęła resztki koszulki i założyła szeroki t-shirt. Zatamowała cieknącą krew i zmyła doszczętnie rozmazany przez łzy makijaż. Przysiadła na łóżku i znów zaczęła płakać. W głowie kołatała się jej tylko jedna myśl : „ Dlaczego Briana nie było ze mną?”. Nagle przypomniała sobie, że na dole czeka chłopak, który jej pomógł.
Usiadła na barowym krześle, a chłopak podał jej napój.
-Dziękuję ci.  Rzecz jasna nie tylko za herbatę. Jak ci na imię?
-Charlie. A ty jesteś...?
-Jenny. Naprawdę dzięki. Gdyby nie ty to ...
-Nie myśl o tym. Na szczęście byłem w pobliżu. Musisz podziękować też swojemu psiakowi .  Szczekał w niebogłosy – uśmiechnął się szeroko.
Jenny dopiero teraz skupiła się na jego wyglądzie. Miał bardzo delikatną twarz i pasujące mu błękitne oczy, które czasem przysłaniała blond grzywka. I jeszcze usta, które miały barwy malinową. Miał na sobie koszulę koloru jego oczu.
-Jest już późno, więc będę się zbierał, a ty odpocznij i pamiętaj, żeby więcej nie wychodzić wieczorem sama. Tutaj nie zawsze jest bezpiecznie.
-Niestety miałam okazję się przekonać. Dzięki jeszcze raz. Dobranoc.
-Dobranoc Jenny.
     Nie zdążyła położyć się spać, nim rodzice wrócili do domu. Opowiedziała im wszystko i chociaż skarcili ją za lekkomyślność to bardzo się przejęli. Sarah zdecydowała, że Jenny zostanie parę dni w domu, zanim siniaki nie znikną.
Brian dzwonił kilkukrotnie, ale Jenn bała się odebrać. Nie chciała jednocześnie wzbudzać podejrzeń.
-Tak?
-Cześć Jenny. Czemu nie odbierałaś?
-Byłam z Emily i zapomniałam telefonu.
-Z Emily? Rozmawiałem z nią , nie mówiła, że jest z tobą.
-Bo... widziałyśmy się popołudniu a ... wieczorem grałam, więc nie słyszałam, że dzwoniłeś.
-Jenn, na pewno wszystko w porządku?
-Tak, po prostu jestem zmęczona. Porozmawiamy jutro. Dobranoc.
-Jenn, czekaj...
Ale ona już odłożyła słuchawkę.
„Dziwne”- pomyślał.

     Następnego dnia Jenny nie mogła nawet spojrzeć na siebie w lustrze. „Gdyby Brian mnie teraz zobaczył ...”. Wiedziała, że gdyby chłopak był tutaj to niczego takiego by nie doszło. „Jednak go nie było...”. Jenn zakryła pudrem podbite oko, a siniaki przykryła szeroką bluzą. Wczorajsza historia pewnie na długo zostanie w jej pamięci. Usłyszała głos Johna:
-Jenny, ktoś do ciebie.
W kuchni stał Charlie. Dziś ubrany był w zieloną bluzę i podarte gdzieniegdzie jeansy.
-Cześć. Mamo, tato to jest Charlie. To właśnie on pomógł mi wczoraj.
-Przyszedłem tylko zobaczyć jak się czujesz.
-Tak jak widać. Nienajlepiej.
-W takim razie zapraszam na kawę – uśmiechnął się obłędnie.
-Nie chcę się pokazywać w takim stanie.
-Nic się nie martw. Ubierz się ciepło i idziemy.

     Stanęli przed bramą maleńkiego domku.
-Witam w moich skromnych progach.
Domek był mały, ale bardzo przytulny. W kuchni stał drewniany stolik z dwoma krzesłami, niska lodówka i zielony blat kuchenny.
-Usiądź. Kawa z mlekiem?
-Poproszę. Wiesz ja nic o tobie nie wiem, czuję się trochę niepewnie.
-No wiesz, jesteś w domu u nieznajomego , ale to się zaraz zmieni. Co chcesz wiedzieć?
-Ile masz lat, co robisz na co dzień?
-Mam dwadzieścia lat i jestem surferem.
-Zawodowo czy z zamiłowania?
-Żyję z tego, jak zresztą widać. A ty, co robisz w życiu?
-Chodzę do liceum, w wolnych chwilach pracuję w muzycznym. Gram na gitarze, śpiewam.
-Dla siebie?
-Nie tylko. Dogrywałam nawet głos i gitarę na płytę zaprzyjaźnionego zespołu.
-Musisz mi ją podrzucić, chętnie przesłucham. Widać, że rockowa z ciebie dziewczyna.
-Nie wyobrażam sobie bez tego życia. A ty czego słuchasz?
-Lubię reggae. Muzyka surferów. 
-Mieszkasz tutaj sam?
-Tak. Rodzice zginęli w wypadku , kiedy byłem w twoim wieku. Od tej pory muszę sobie radzić sam. Musiałem szybko dojrzeć.
-Nie mów mi tylko, że masz żonę – zażartowała Jenn.
-Nie, tego jeszcze nie planuję. A ty Jenny , masz kogoś?
-Tak , mam. Brian jest gitarzystą w zespole, o którym ci mówiłam.
-I pozwala ci wychodzić samej w nocy?
-Aktualnie jest w trasie koncertowej.
-Ja bym się bał zostawić taką dziewczynę samą w Huntington Beach.
-To znaczy?
-Nie dość, że widać, że niegrzeczna, to niesamowicie piękna.
     Po południu odprowadził ją do domu. Na werandzie czekała na nią Emily.
-Jenny, jak ty wyglądasz? Co się stało? I ... kto to jest?
-Emi, za chwilę wszystko ci opowiem. Dzięki za dziś Charlie.
-Do zobaczenia Jenn.
-Jenny możesz mi do jasnej cholery wytłumaczyć, co się tutaj dzieje? Masz podbite oko, rozwaloną wargę, spod rękawów bluzy widać ci siniaki, prowadzasz się z jakimś obcym gościem i cały dzień nie odbierasz telefonu. Co się z tobą dzieję?
-Nie denerwuj się Emily. Zaraz wszystko ci wytłumaczę.
Dziewczyna opowiedziała jej wczorajszą historię.
-Zachowałaś się nieodpowiedzialnie. Trzeba było po mnie zadzwonić. Ale czego ja oczekuję, skoro ty nawet nie raczyłaś poinformować mnie o wszystkim wczoraj, ani nawet dziś. Wolałaś spędzić dzień ze swoim wybawcą. Myślałam, że uważasz mnie za kogoś ważnego Jenny. Chyba się pomyliłam – odwróciła się i ruszyła do domu.
-Emily, zaczekaj !
-Kiedy naprawdę będziesz chciała pogadać to zadzwoń.
     Jenny stanęła jak wryta. Faktycznie, powinna opowiedzieć o wszystkim przyjaciółce, ale bała się, że ta poinformuje Briana. „Teraz i tak pewnie wszystko mu opowie” – pomyślała. I nie myliła się.
Wieczorem zadzwonił telefon.
-Czemu mi nie powiedziałaś? – krzyknął Brian już na samym początku.
-Daj mi wytłumaczyć.
-No proszę, słucham.
-Brian, Jimmy skomlał , musiałam z nim wyjść. Wiem, że to było niemądre ale ...
-Pomijając fakt, że to było nieodpowiedzialne, to dlaczego nie zadzwoniłaś? Nie opowiedziałaś co się stało? Nie odbierałaś od nas telefonu. Zostawiłaś Emi w niepewności na cały dzień. Ja sam od dwóch dni umieram ze strachu. A co gdyby stało się coś gorszego Jennifer?
-Nie ma cię tutaj Brian ! Nie wiesz jak ciężko mi bez ciebie. Uważasz, że to tylko jedna sytuacja, przez którą możesz mnie pouczać. Ja nie miałam pretensji, kiedy powiedziałeś, że wyjeżdżasz, chociaż wiedziałam, że sobie tutaj nie poradzę.
-To zupełnie inna sprawa.
-Inna? Dałeś mi nadzieję, że będę wreszcie bezpieczna, a potem mi ja odebrałeś.
-Gdyby to ode mnie zależało, całe moje życie zostawiłbym dla ciebie. Kocham cię Jenny i dlatego się martwię.
-Martwisz się... nie zapytałeś nawet, jak się czuję, czy mnie boli. Znam cię, wiedziałam, że tak właśnie zareagujesz. Powinieneś tu być, z każdym dniem potrzebuję cię coraz bardziej. Czy ty wiesz w ogóle co to znaczy miłość? Bo ja myślę, że to znaczy bycie razem. A jeżeli jesteśmy daleko od ciebie fizycznie, to miałam nadzieję, że będziesz blisko swoją troską.
-Przecież wiesz, że cię kocham Jenny. Przecież mówię, że się martwię, a to, że trochę na ciebie nakrzyczałem... Jenn, przecież wiesz jaki jestem.
-A skąd niby mam to wiedzieć? Wyczytać to z twojego krzyku? Tłumaczyć sobie twoje zachowanie zawsze w ten sam sposób? „On po prostu taki jest. Nasza miłość jest właśnie taka” ?
-Bo to prawda.
-To ty tak myślisz. Zastanów się Brian. W końcu to ty mnie tu zostawiłeś, a nie ja ciebie.
-Więc to moja wina?
-Nie mówię tego. Brian, mam cię przeprosić za to, co się wydarzyło?
-To ja powinienem przeprosić ciebie. Może faktycznie trochę przegiąłem ale ...
-Teraz już za późno. Śpij dobrze Brian.
-Jenny...
-Tak?
-Mam nadzieję, że kiedy wrócę, wszystko będzie jak dawniej.
-Dobranoc Brian.
     Po tych słowach włączył „ Tears don’ t fall” , tak głośno jak pozwalały mu na to głośniki. Miał wyrzuty sumienia, że nie ma go tam, gdzie powinien być. „Co będzie dalej” – pomyślał, ale chyba nie chciał znać odpowiedzi na to pytanie.

wtorek, 28 sierpnia 2012

8. It's not easy


  Wstawiam, bo naślą na mnie mafię sycylijską ! :D Dla tych dwóch erotomanek i całej reszty, która konsekwentnie czyta :)
 
  Jenn wstała rano w doskonałym nastroju. Obudziła Briana lekkim pocałunkiem.
-Dzień dobry kochanie. Pójdę zrobić śniadanie.
 Zeszła na dół, zajrzała do salonu, gdzie zastała ojca i matkę. Sarah spała na jego kolanach.
-Jak dzieci. Od teraz musi być dobrze – szepnęła.
Weszła do kuchni i przygotowała tosty. Obudziła rodziców podając im śniadanie.
-Jenny...- zaczęła matka
-Nic nie mów mamo. Porozmawiamy później.
Brian był już ubrany i przygrywał „Forever and Always”.
-Coś czuję, że będę ją od ciebie pożyczał. Chłopaki z Avenged sprawili ci niesamowity prezent.
-Nie lepszy niż ty – powiedziała, całując go w policzek.
Zjedli razem śniadanie, potem Jenny odprowadziła Briana, który musiał się jeszcze spakować.

     Wróciła do domu, w kuchni siedzieli rodzice, więc dosiadła się do nich.
-Jenny, wczoraj długo rozmawialiśmy i chyba podjęliśmy decyzję – zaczął ojciec.
-Do jakich doszliście wniosków?
-Zdecydowaliśmy, że mama zostanie jeszcze parę dni. Będziesz jej teraz potrzebować.
-Na pewno. Cieszę się, że wreszcie pomyśleliście nie tylko o sobie - uśmiechnęła się Jenny.
Spędzili razem poranek i południe. Razem, jak za dawnych lat.

     Wieczorem pod domem Maksa wszyscy się już pożegnali. Została tylko Jenny i Emily. Dziewczyny ściskały chłopaków płacząc i śmiejąc się na zamianę. Em podeszła do Maksa.
-Wiesz Maks, mam nadzieję, że będziesz za mną tęsknił.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.
Pocałował ją tak, jak jeszcze nigdy w życiu. To jej wystarczyło, mogła czuć się spokojna. Zastygli objęci.
Tymczasem Jenn nie potrafiła opanować łez.
-Brian , ja...
-Jenn ja też.
-Mam twoją bluzę, możesz jej potrzebować.
-Nie, weź ją. Kiedy będziesz bardzo tęsknić, połóż się w niej spać, idź na plaże czy do szkoły. To tak jakbym był obok ciebie.
Przytulił ją, a ona wtuliła się w jego ramiona, jakby to miało być ich ostatnie spotkanie.
-Damy sobie radę Jenny. Szybko zleci, zdziwisz się nawet, że już jestem - próbował żartować Brian.
     Cała rodzina stanęła razem
-Dziewczyny – zaczął Patrick – pamiętajcie, że macie trzymać się razem i uważać na siebie.
-Wy też. Macie być grzeczni. I wracajcie szybko - powiedziała Jenny, a Emily pokiwała głową.
     Ostatnie pocałunki, uściski. Ostatnie „ nie zapomnij”,  „ trzymaj się” , „poradzimy sobie”, „dzwoń codziennie”. Ostatnie uśmiechy oraz otarte łzy. Chłopaki wsiadają do samochodu. Ostatnie, nieme „Pamiętaj”.

     Dziewczyny w piątkę wracają do domu nieco posmutniałe.
-Przecież damy sobie radę, prawda? – zaczęła Courtney.
-Tak. To tylko trzy miesiące – dodała Lilly.
-Pomyślcie jak cudownie będzie zobaczyć ich po takim czasie. Sądzę, że dopiero wtedy docenimy siebie nawzajem i to, jacy jesteśmy dla siebie ważni – stwierdziła Luise.
Niebo przybrało ciemną barwę, a chwile potem już padało.
-Kogo my chcemy oszukać... – westchnęła Em.
Przysiadły na plaży moknąc doszczętnie, ale to już nie było ważne.
     Jenny weszła do domu kompletnie przemoczona.
-Kochanie, co się stało? – przytuliła ją matka – Pożegnałyście się z chłopakami? Wiesz... nic nie mów. Przebierz się, weź koc i zejdź na dół. Napijemy się gorącej czekolady.
Deszcz trochę ustał, lecz chmury wciąż obejmowały całe Huntington Beach.
-Kochanie pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Nie ważne jest to, co stało się w przeszłości, ani to, co będzie jutro.
-Mylisz się mamo. Myślisz, że możesz zniknąć na całe dwa miesiące, zdradzić tatę, po czym przyjechać tutaj i udawać, że jesteśmy kochającą rodziną?
-Jenn wiem, że jesteś zła, ale nie oceniaj mnie
-Niby dlaczego mamo? Przecież to prawda, że nas skrzywdziłaś. Czasem ma wrażenie, że nas nienawidzisz, że nienawidzisz muzyki. A my ją kochamy.
-To nie tak, pozwól mi wytłumaczyć. Kocham was, wciąż jesteśmy rodziną, ty, ja i tata. To prawda, pogubiłam się, ale sądzę, że kiedy teraz jesteś z Brianem powinnaś zrozumieć...
-Co masz na myśli?
-Kocham muzykę Jenny, z całej siły. Jednak tata był nią tak zafascynowany, że mało ze sobą rozmawialiśmy,  jeżeli już, to o zespole, o chłopakach z zespołu, o sprzęcie. Wiecznie go nie było. Nie przyjechał nawet do szpitala, kiedy się rodziłaś, bo miał próbę. To przeważyło o wszystkim. Przepraszam, ponieważ wiem, że nie miałaś we mnie oparcia. Jeżeli tylko dasz mi szanse... jeżeli będziecie potrafili mi zaufać...
-Mamo, przepraszam. Nie wiedziałam – powiedziała zmieszana Jenny.
-Kiedy tata zadzwonił i opowiedział mi o wszystkim, co się zdarzyło, postanowiłam przyjechać. Jak mogłam ominąć twój pierwszy dzień w liceum, pierwszy pocałunek. Nic nie jest ważne, liczysz się tylko ty.
Rozmawiały to późna, potem John wrócił do domu i przyłączył się do nich. Było jak za dawnych lat, kiedy Jenny była jeszcze dzieckiem. Zawsze byli tylko we trójkę, teraz rodzina powiększyła się o Jimmiego, In The Darkness, w tym Emily i Briana oraz ich rodziców.
-Muszę przygotować się do szkoły. Wiecie... dzięki za wszystko – powiedziała Jenn i ruszyła do swojego pokoju.
Złapała nową gitarę, przysiadła na łóżku i patrząc w gwiazdy zagrała „ And All things will end”.

     Chłopaki bardzo szybko dojechali do Los Angeles, gdzie mieli spotkać się z Garrym - menadżerem trasy i zespołu. Okazał się nim być czterdziestolatek, wytatuowany od góry do dołu, jednak zachowujący przy tym elegancje. Widać, że znał się na swojej pracy. Od razu polubił chłopaków. Nazywał ich „synkami” i cały czas słuchał piosenek z płyty.
-Jak już mówiłem, całkiem dobrze to brzmi i podoba mi się, ale musi też spodobać się ludziom na każdym koncercie. Wbrew pozorom to wcale nie jest takie proste. Za sprzęt odpowiadacie wy i Larry. Promocją zajmę się ja. To co, zaczynamy zabawę?
-Zaczynam się bać – szepnął Maks.
-Nic się nie bój synku, z waszym talentem musi się udać. No już, w drogę. Następny przystanek – Santa Barbara ! Tam zjemy kolację, prześpimy się , a następnego dnia zagracie pierwszy koncert.
-Zaczyna brzmieć poważnie – odezwał się David.
-Kariera to poważna sprawa, ale pamiętajcie, że muzyk jest wolny, kiedy gra tylko po to, by być szczęśliwym. Wtedy sława schodzi na dalszy plan. Liczy się tylko zabawa i muzyka.
-I miłość – dodał Simon .
-Masz rację synku, ale przecież wiadomo, że najpiękniejszą muzykę tworzymy, kiedy kochamy – mrugnął do nich.
Droga do Santa Barbara minęła im na rozmowach o wszystkim i dwóch przerwach na papierosa. Po drodze zgarnęli jeszcze Larrego, który miał im pomagać przy sprzęcie. Okazał się być świetnym chłopakiem, więc pierwszy raz poczuli, że trasa nie koniecznie musi być taka zła.
Na miejsce dojechali w środku nocy. Brian spojrzał w niebo.
-Tyle marzeń ile gwiazd – szepnął.
Nie musiał się martwić. Wiedział przecież, że niebo nad Huntington Beach wyglądało tak samo.

     Jak mijały Jenny kolejne dni? Wszystkie były takie same. Dużo nauki, spotkań z dziewczynami, gry na gitarze. Poranne wstawanie i wieczorne spacery po plaży z Jimmym, gorąca czekolada z Emily i telefony od Briana. Mówił, że jest im dobrze, że wszystkie koncerty się udają, że miejsca, w których grają, są piękne. Wspominał, że to cudowne uczucie rozdawać autografy, po występach rzucać kostkami, kiedy ludzie wyciągają ręce i wysłuchiwać słów uznania od osób dużo lepszych, a raczej bardziej doświadczonych niż oni. Chwalił Garrego i Larrego. Opowiadał, czego ostatnio się nauczył, po czym kazał włączyć głośnomówiący, grał i śpiewał dla Jenny.  W końcu kończył rozmowę mówiąc, że bardzo tęskni, że wszystkim tutaj brakuje jej uśmiechu, że wróci niedługo, że bardzo ją kocha i że sobie poradzą.  Zazwyczaj po tych słowach Jenny już płakała i z całych sił przytulała bluzę, którą jej zostawił.
     Pewnego dnia monotonię przerwał dzwonek do drzwi.  Jenny zbiegła na dół , otworzyła je i zupełnie nie wiedziała co powiedzieć.
-Cześć Jenny. Pomyślałem, że miło będzie cię odwiedzić. Może chociaż troszkę zastąpię ci twojego Briana.
Przed nią w czarnej bluzie w kapturem stał Gates.
-Zjawiasz się w dobrym momencie. Potrzebuję pogadać
Usiedli w salonie i zanim wypowiedzieli jakieś słowo, Haner dorwał się do gitary, grając naprawdę skomplikowane rzeczy. A przychodziło mu to z niezwykłą łatwością. Cały czas miał zamknięte oczy i uśmiech na twarzy. „Jak on to robi?” – pomyślała Jenny. Historia, która jej się przydarzyła, była niesamowita. Jeszcze rok temu Gates był dla niej gwiazdą, w której potajemnie się kochała, idolem, autorytetem i nauczycielem. Teraz siedziała z nim na jednej kanapie i przyglądała się jego skupieniu.
Przestał grać.
-Jak sprawuje się gitara? – zapytał.
-Jest niesamowita. Męczę ją każdego dnia.
-To wspaniale. Ucz się, bo gitara to naprawdę cudowny sprzęt. Słuchaj Jenny, jak się czujesz? Co u Briana?
-Dzwoni codziennie. Mówi, że są zadowoleni. Niby jest ciężko, ale najważniejsze, że są tam razem.
-Musisz wiedzieć, że co by się nie działo, to ta rozłąka na pewno umocni wasz związek. Zarówno ty jak i on przekonacie się, że ciężko wam bez siebie żyć. To tak jakby...
-... próbować oddychać, ale ...
-... nie mieć siły zaczerpnąć powietrza.
Spojrzał jej głęboko w oczy.
-Nie wierzę, że masz dopiero szesnaście lat. Jesteś prawdziwym skarbem Jenny.
Usłyszeć coś takiego od Gatesa?  Przecież to obłęd. Nie wiedziała co powiedzieć, więc jedynie uśmiechnęła się lekko.
-Piękna – szepnął niedosłyszalnie.
Spędzili razem cały dzień rozmawiając o wszystkim i grając. Chociaż było to dziwne, że tak dobrze potrafią się ze sobą dogadać, w końcu Syn był od niej piętnaście lat starszy. Ale czy to było ważne?
„Jak dobrze, że tu jest” – pomyślała Jenny.
Kiedy wychodził, powiedziała:
-Dziękuję, że pamiętałeś. Dobrze czasem pogadać z kimś, kto dużo wie o życiu.
-Już mnie tak nie postarzaj. Czasem czuję się emocjonalnym gówniarzem. Popieprzone uczucie.
-Mimo wszystko dziękuję.
Złapał jej ramię i przytulił do siebie.
-Wszystko musi być dobrze. Przetrwałaś już miesiąc, silna z ciebie dziewczyna.
-Wiem.
-Pójdę już. Trzymaj się Jenn.
     Co uświadomiła sobie Jenny przytulając słynnego Briana Hanera? Pewnie to, że będąc gwiazdą, wciąż jest człowiekiem. Również to, że niesamowicie przystojny z niego facet. Jednak przede wszystkim zdała sobie sprawę, że nawet będąc w jego objęciach, nic nie jest ważniejsze od Jej Briana i nikt nie jest w stanie go zastąpić.
Zadzwoniła do niego wieczorem.
-Kocham cię Brian – powiedziała na wstępie.
-Widzę, że musisz bardzo za mną tęsknić – roześmiał się.
-To też. Po prostu wyobraziłam sobie świat bez ciebie. Nie akceptuje takiego świata.
-Jenn, coś się stało?
-Nie, idź już spać. Pewnie znów cały dzień ćwiczyliście.
-To prawda. Jutro mamy koncert w Ohio.
-Więc śpij dobrze. Uściskaj ode mnie chłopaków.
-Dobrze. Jenn...
-Tak?
-Też nie akceptuje świata bez ciebie. Kocham cię. 
   

niedziela, 26 sierpnia 2012

7. I don't wanna miss a thing ...


 No dobra kochane, tym razem mam dla Was moc niespodzianek w odcinku. Mam nadzieję, że spodoba się wszystkim moim najlepszym czytelniczką, a i "krytykom z wyższej półki" przypadnie do gustu. Odcinek 7., ponoć to szczęśliwa liczba, więc nie czekajcie, tylko czytajcie i komentujcie, chcę wiedzieć, co myślicie ! :)

 Jenny nie przespała tej nocy. Wszystko w niej krzyczało.
 Była sobota, ale ona nie poszła na próbę. Został tydzień. Za tydzień Briana już nie będzie. Nie pocałuje jej na dzień dobry i nie przytuli na dobranoc. Zeszła na śniadanie i opowiedziała o wszystkim tacie.
-To dlatego byłaś wczoraj taka smutna. Jenny, przecież to nie koniec świata.
-Wiem tato, ale nie wmówisz mi, że nic się nie zmieni.
-Czego się obawiasz?
-Boję się, że Brian po prostu o mnie zapomni.
-Kochanie, musisz pamiętać, że to, że ktoś wyjeżdża i zostawia cię fizycznie, nie oznacza, że cię nie kocha.
-A ty kochasz mamę?
-Nigdy nie powiedziałem, że tak nie jest. Kocham Sare po prostu się pogubiliśmy. Wy nie popełnijcie tego błędu.
Jenny nie odpowiedziała.
-A teraz przyjemniejsza sprawa. Za tydzień są twoje urodziny. Pomyślałem, że zorganizujemy imprezę, zaprosimy wszystkich. Przy okazji pożegnamy się z chłopakami.
-To dobry pomysł. Dziękuję tato.
-Zadzwoń po Emily, nie siedź sama w domu. Ja jadę na próbę.

     Em przyszła jednak niezapowiedzianie. Jenny męczyła „małą J.” na werandzie. Nic nie mówiąc, przysiadła obok. Zauważyła łzę spływającą po policzku Jenn.
-Już wiesz...- przytuliła ją .
-Tak. Ty też się boisz Em?
-Jak cholera. Jednak wiem, że jeżeli Maksowi na mnie zależy, to nie zrobi niczego głupiego. Ty nie ufasz Brianowi?
-Ufam, wiesz przecież.
-Jeżeli tak, to pozwól mu jechać, nie wywierając na nim poczucia winy. Wiem, że w takiej trasie na chłopaków czekać będą różne pokusy, jednak jeżeli nas kochają, to będą bawić się bezpiecznie. My w końcu też zostajemy tutaj w piątkę.
-Ty zawsze wiesz co powiedzieć.
     Słońce było już słabsze, plaża opustoszała. W odróżnienia od września, październik nie zapowiadał się obiecująco.
-Jenny, za tydzień twoje urodziny, masz jakiś pomysł?
-Razem z tatą pomyśleliśmy, żeby połączyć moje urodziny z imprezą pożegnalną chłopaków. Zaprosimy In The Darkness, ich dziewczyny, waszych rodziców.
-Świetny pomysł. Powiedz Jenny, co chciałabyś dostać ?
-Może to banalnie zabrzmi, ale chcę tylko twojej przyjaźni.
-Faktycznie, tanio to brzmi. Nie martw się, to masz jak w banku. A co do prezentu, to muszę sama coś wymyśleć. I to coś ekstra. 

     Wieczorem Brian zapukał do pokoju Em.
-Cześć, musisz mi pomóc- usiadł obok niej.
-Pewnie nie wiesz, co kupić Jenny na urodziny.
-Skąd ty zawsze wszystko wiesz? Ale tak, właśnie o to chodzi.
-Sama mam ten problem, ale na szczęście wpadło mi też do głowy parę pomysłów.
-Odstąp jeden.- Zrobił minę skrzywdzonego psa.
-Nie ma mowy. Ale moim zdaniem, powinieneś się bardziej postarać, zrobić coś samemu.
-Wiesz - zamyślił się- mam szalony pomysł.

     To był najwspanialszy tydzień w życiu „rodziny”. Dużo się śmiali, organizowali przyjęcie i spędzali razem mnóstwo czasu. Kiedy jednak ktoś zaczął temat trasy, nastroje robiły się ponure, więc nauczyli się zgrabnie omijać ten wątek. Brian zachowywał się dziwnie, jakby czymś się stresował, John również. Dzień przed swoimi urodzinami Jenny zbiegła z samego rana do kuchni, gdzie ojciec podśpiewywał „Dignity”.
-Słyszę, że razem z Emi i Brianem zaraziliśmy cię trochę Bulletami ? - Jenn dała mu całusa w policzek.
-Może trochę. Jak się czujesz w przeddzień urodzin?
-Właśnie o tym chciałam pogadać. Wszystko już ustalone? Goście zaproszeni? Jedzenie gotowe?
-Nie stresuj się, wszystko jest ok. O, zobacz, ktoś podjechał.
Jenny wyjrzała przez okno. Przed zaparkowanym samochodem stał cały skład In The Darkness. Nie było tylko Briana.
-Co wy tu robicie? Robimy niezapowiedzianą próbę? Idziemy na plażę? – uśmiechnęła się Jenny.
-O nie siostrzyczko. Dzisiaj dostaniesz od nas swój prezent urodzinowy. Wskakuj do samochodu.
Jakieś piętnaście minut później Jenny znalazła się w miejscu, w którym nigdy nie była.
-Właśnie tutaj Jenn tworzą się wszystkie cuda, które mamy na sobie - odezwał się Simon.
-To prawda. Prezent od nas to... werbel proszę - David stworzył napiętą sytuację, a Maks wyjął z kieszeni pałki i odegrał wyżej wymieniony werbel.
-...TWÓJ PIERWSZY TATUAŻ! – krzyknęli chórem.
-Tatuaż? Chłopaki, ale jak to? Nie będzie potrzebna zgoda rodziców?
-Będzie, dlatego załatwiliśmy to z Johnem – odpowiedział Patrick.
-Zgodził się? - niedowierzała Jenn, a wtedy David wyciągnął z kieszeni napisaną przez ojca Jenny zgodę.
-No to do dzieła. A... i ani słowa Brianowi, że to nasza sprawka. Chcemy jeszcze pożyć – dodał Patrick.
Efekt był powalający. Jenny zdecydowała się na więcej niż jeden tatuaż. Na lewej łopatce powstał duży napis „In The Darkness”, na jednym nadgarstku po wewnętrznej stronie „ Emily forever”, a na drugim „ Brian forever”. Ale to nie koniec. Nisko na brzuchu wytatuowany został napis „ Avenged Sevenfold” i skrzydlata czaszka oraz „ Syn Gates forever”. A ostatnim, najlepszym, był projekt Maksa, a mianowicie napis „ A Little Peace of Heaven” W studiu tatuażu spędzili cały dzień.
-No dobra, trochę zaszaleliśmy- skwitował Maks.
-Jak tatuaż, to nigdy nie jeden - dodał Patrick- Teraz jesteś już nasza.
-John chyba to przeżyje, ale Brian... powyrywa nam nogi z tyłków.
-Chyba dam radę go udobruchać - odezwała się Jenny - Dziękuję chłopaki, to cudowny prezent.
Ucałowała każdego z nich, po czym odwieźli ją do domu.
-Pokaż to cudo - przywitał ją ojciec.

Jenny ujawniła wszystkie tatuaże.
-Chłopaki zaszaleli. Ale cóż, jesteś młoda, niech ci będzie. Teraz idź już spać. Jutro dzień pełen wrażeń.

     Z samego rana Jenny zrobiła makijaż i ułożyła włosy. Zeszła na śniadanie, gdzie czekała na nią Emily i tata z małym torcikiem.
-Sto lat, sto lat !- zaśpiewali razem.
-Duży tort będzie wieczorem, Emily pomoże nam w przygotowaniu wszystkiego, a tym czasem pierwsze życzenia - powiedział John - No już kocie, chodź do taty. Przede wszystkim życzę ci spełnienia wszystkich marzeń, mnóstwo miłości i wspaniałych przyjaciół. Chciałbym, żebyś już nic w sobie nie zmieniała, bo idealna z ciebie córka. I graj dalej na gitarze, bo jesteś w tym świetna. Swoją drogą, niedługo prześcigniesz Briana. A i jeszcze jedno... nigdy nie zapominaj, jak dużo jesteś warta.
-Dziękuję. Kocham cię – ucałowała go mocno.
Emily zbliżyła się do niej i na samym początku obdarzyła ją uściskiem. Rozpłakała się i ciężko było jej coś powiedzieć.
-Słuchaj Jenn, twój tata pożyczył ci wszystkiego, co ułożyłam sobie w domu, więc muszę improwizować. Sądzę, że wystarczy obietnica, że nigdy cię nie zostawię. Na zawsze razem, prawda? Jestem dumna, że mam taką cudowną przyjaciółkę i cholernie szczęśliwa, że mogłam cię poznać.
Dziewczyny ściskały się dobre dziesięć minut, potem Jenny chwaliła się nowymi tatuażami. Następnie pojechały na zakupy. Ojciec przygotował przyjęcie na dole, a Jenn i Em szykowały się na górze. Jenny ubrała czerwoną sukienkę z głębokim dekoltem na plecach, aby wyeksponować tatuaże. Do tego spięła wysoko włosy i jak zawsze umalowała oczu na ciemno. Emily za to założyła czarną spódniczkę i granatową bluzkę z napisem „ Happy Birhtday for my METAL”, którą sama zaprojektowała. 
-Prezent ode mnie. - Emily wręczyła solenizantce ciężką paczkę.
Jenny otworzyła ją szybko, po czym rzuciła się przyjaciółce na szyję.
-Martensy?! Lepiej nie mogłaś trafić. Dziękuję Em, są piękne.
-Starałam się.
-Emily... nie uważasz, że to dziwne, że Brian mnie dzisiaj nie odwiedził, ani nawet nie zadzwonił.
-Słyszę pierwszych gości. Chodźmy na dół – Emily pociągnęła ją za rękę.
-Czy ty zmieniasz temat?
-Troszeczkę.
     W salonie czekał już Simon z Courtney, Patrick z Lilly, David z Luise, Maks i rodzice Emily. Briana wciąż nie było. Jenn dostała od dziewczyn bransoletkę z ogromną ilością charmsów oraz drugą z imionami wszystkich z „rodziny”. Od rodziców Em zestaw płyt Avenged i koszulkę Metallicy. Przyszedł czas na ojca.
-Proszę kocie.
Jenny rozpakowała prezent. Były to duże, zielone słuchawki.
-Tato, skąd wiedziałeś, że chciałam właśnie takie?
-Dobrze znam swoją córkę – John objął ją w pasie i podniósł do góry.
-Em ci powiedziała?
-No dobra, tak. Ale przyznaj, że są super.
-Tak tato, dziękuję.
-Ale to jeszcze nie wszystko...
W drzwiach stanęła jej matka. Trzymała na ręku malutkiego, czarnego pieska. Jenny zamurowało. 
-Witaj Jenn, ja ... rozmawiałam trochę z tatą, wszystko mi powiedział. Piesek jest twój, żebyś nie była samotna, kiedy Brian będzie daleko.
Ale Jenny nie odpowiedziała. Podeszła do mamy i przytuliła ją z całej siły. Płakały, nic w tym momencie się nie liczyło. Emily również uroniła łzę, a John otarł swoją tak szybko, że nikt jej nawet nie zauważył.
W tym momencie do domu wszedł Brian.
-Cześć wam. Rozumiem, że się za mną stęskniliście, ale żeby od razu zbiorowy płacz? – zażartował.
Podszedł do Jenny i cmoknął ją w policzek.
-Brian, poznaj moją mamę.
-Bardzo mi miło. A ten przystojniak to kto? – wskazał na psiaka, z którym bawił się Simon.
-Twój zastępca.
-Jenn, starałem się, żeby to było coś ekstra, więc mój prezent znajduje się za drzwiami – mówiąc to zbliżył się do nich i otworzył.
Jenny nie wierzyła własnym oczom. Przed jej domem stał cały skład Avenged Sevenfold.
-Dzisiaj skończyliśmy trasę, więc postanowiliśmy odwiedzić starą znajomą - uroczo uśmiechnął się Zacky.
-O mój Boże! A7X na moich urodzinach !
-Mamy nawet dla ciebie prezent - dodał Gates i pobiegł do samochodu.
Wrócił z piękną, obwiązaną czerwoną kokardą gitarą z jego sygnaturą. Wręczył ją Jenny, a ona popłakała się jak dziecko. Przytulił ją z ogromnym uśmiechem na twarzy i powiedział :
-Słyszeliśmy, że właśnie o takiej marzyłaś. Koleżanko, od naszego ostatniego spotkania przybyło ci trochę dziar.
-Mam jeszcze jedną, ale tamta jest zarezerwowana dla mojego Briana.
-A właśnie, podziękuj mu ładnie, chłopak naprawdę się nabiegał, żebyśmy mogli tu być – powiedział Shadows.
-A’ propo tej „sekretnej dziary” – dodał Christ – to co na niej jest?
-„Avenged Sevenfold” z czaszką i „Syn Gates Forever”
-Brawo , grzeczna dziewczynka. A raczej niegrzeczna. Czuję się zaszczycony - powiedział prowokująco Syn łapiąc ją za biodra.
-Po pierwsze, to porozmawiamy o tych dziarach później Jenny. A po drugie, to wiesz Gates, jesteś  moim idolem, wielbię cię bla bla bla, ale proszę, zabieraj łapska od mojej dziewczyny – powiedział uśmiechając się Brian.
-Robi się mistrzu. To co, imprezę czas zacząć?
Przyjęcie jak się okazało, było bardzo liczne. Zabawa nie zwalniała nawet na chwilę. Pies robił furorę, jednak nikt nie mógł oderwać wzroku od Jenny.
-Masz już pomysł jak nazwać tego małego świra? – spytał Zacky.
-Nawet nie miałam czasu o tym pomyśleć.
-Może po prostu Jimmy? – zaproponował Arin.
-Widzisz młody, czasem na coś się przydajesz. Zostajesz ojcem chrzestnym Jimmiego – dodał Christ.
Pomysł został przyjęty z entuzjazmem. Wszyscy tańczyli, pili i rozmawiali. Wszyscy odnieśli wrażenie, jakby znali się od lat. Nawet rozmowy o trasie nie były takie straszne. Avengedzi dawali chłopakom wskazówki i rady jak powinni się zachowywać i na co uważać. Wspólnie przesłuchano płytę In The Darkness . Wszystkim bardzo się podobała.
Wspólne muzykowanie rozpoczęło się późnym wieczorem. W końcu ten jeden pokój gromadził ośmiu gitarzystów, czterech wokalistów, chociaż wszyscy ochoczo śpiewali, trzech perkusistów, dwóch basistów i pianistkę.
Jenny i cała reszta bawiła się wspaniale, jednak impreza nie mogła trwać wiecznie, bo jutro... jutro było dniem wyjazdu. Jenn poprosiła chłopaków z Avenged o podpis na nowej gitarze i pożegnała gości.
Matka przysiadła z ojcem w salonie i długo rozmawiali. Brian objął Jenny i powiedział:
-Pojadę się przebrać i wrócę za chwilę. Chyba nie sądzisz, że to był jedyny prezent?
-Czekam – powiedziała zalotnie i pocałowała go czule.

     Jenny siedziała w swoim pokoju i próbowała grać ”Critical Acclaim”. Wtedy do pokoju wszedł Brian.
-Proszę, to taki dodatek – podał jej czerwoną książkę.
Jenny otworzyła ją i zobaczyła, że to album z fotografiami. W środku mnóstwo zwariowanych fotek ze wspólnych prób, zdjęcia z Emily i resztą „rodziny”, a nawet z dzisiejszej imprezy, kiedy Jimmy zrobił wielką plamę obok nogi Christa, kiedy Arin i Maks wymienili się pałkami, cały skład Avenged śpiewający „ Happy Birthday” i podrzucający Jenn do góry, Shadows, Gates, a pomiędzy nimi Jenny z najgłupszymi minami na świecie, bardzo dużo zdjęć z Brianem, kiedy się obejmują, całują lub oboje robią głupie miny. I ostatnie zdjęcie...
-Skąd to masz?
Na ostatniej stronie wklejone było zdjęcie Jenny z oryginalnym składem Avenged.
-Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy? Kiedy uciekałaś przede mną ta fotografia wypadła ci z futerału. Schowałem ją do kieszeni spodni mając nadzieję, że jeszcze kiedyś cię zobaczę.
-To piękny prezent Brian.
-Będziesz miała nas wszystkim obok, kiedy będziemy daleko - ucałował ją w czoło – Jenny...
-Tak?
-Chciałbym zobaczyć ten ukryty tatuaż – z lekko przymrużonymi oczami powiedział Brian.
     Jenny wskazała palcem, aby podszedł. Rozsunął suwak jej sukienki, która upadła na ziemie. Stanęła przed nim w samej bieliźnie i pokazała tatuaż.
-Ładny.
Brian ciężko oddychał. Zsunęła bieliznę jeszcze trochę niżej, aby pokazać mu tatuaż o którym nikt nie wiedział. Został zrobiony przez Erica. Był to napis „ My Little Crime with Brian”. Chłopak zupełnie oszalał. Zaczął namiętnie ją całować, a ona ściągnęła z niego koszulkę. Jednym ruchem odpiął jej lekko upięte włosy, które opadły na jej twarz. Czuł drżenie jej ciała, przyciągnął je do siebie jeszcze mocniej.
-Jenn. Poczekaj chwilę. Powiedz mi, czy jesteś pewna, że tego chcesz?
-Chyba nie sądzisz, że puszczę cię w tą trasę bez żadnego zobowiązania. Chcę, żebyś o mnie pamiętał.
Dotknęła dłonią jego policzka, a on lekko pocałował jej usta. Dotykał ją bardzo delikatnie. Jenny trochę nawet śmieszyło, jak bardzo starał się nie popełnić błędu. Pokój oświetlało jedynie światło księżyca.
-Moja niegrzeczna dziewczynka – rzucił zadziornie odpinając jej stanik jednym ruchem ręki.